Homo homini lupus est...
Czasem tak jest, że bliski człowiek potrafi zabrać radość z życia...
Wydawałoby się, że wyjazd na wieś - na przysłowiowe łono natury, to najpiękniejszy i wyczekiwany moment w życiu!
Jednakże już wiem, że chwile spędzone na swojej ulubionej wsi wcale nie muszą mieć nic wspólnego z sielanką i błogim, czy miłym nastrojem.
Szkoda, że inna bliska osoba, potrafi zelżyć, obrzucić "błotem", zabrać każdą najmniejszą radość!
Tylko dlatego, że widzi radość, miłość, beztroski śmiech dzieci i bezinteresowne zaciekawienie.
Że mimo natłoku spraw, wielu prac, codziennych obowiązków, opieki nad dziećmi - znajdujemy czas, aby przyjechać, pokosić, zagospodarować teren, uporządkować drzewa i krzewy, naprawić płoty, pomalować okna, itp, itd...
A tu leje się zwykła, polska, gorzka żółć...
Widać po minie, po spojrzeniach, po odzywkach...
Aż się przelała! Wyzwiskami, przekleństwami, strasznymi obelgami, groźbami...
One już chyba świadczą, nie tylko o złym nastawieniu, ale chyba o chorobie psychicznej... (oby NIE!)
Taki miałem "piękny prezent urodzinowy"...!
Nie wiem, jak się zachować.
Nie wiem, co robić.
Teraz nie jeżdżę.
Uciekłem!
Wpadam w przelocie, na chwilę, na krótko - kiedy jest pusto...
Nie wiem, kiedy pojadę na dłużej...
Tylko JEJ mi szkoda! Bo wiem, że czeka, wygląda, płacze, tęskni za dziećmi...
Wiem, że to nie rozwiązanie!
Wiem, że tak nie można!
Ale...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz