poniedziałek, 28 listopada 2011

Jesienne zabawy!

Czas mija, coraz ostrzejsze powietrze, a zima idzie wielkimi krokami...
Dzieci się pochorowały...
Filipa dopadła ospa (efekt kontaktów przedszkolnych), a Tosi i Ignacemu dokucza katar.
Mam nadzieję, że to nie wynik ostatniego wypadu na świeże powietrze.
A oto kilka wspomnień z minionej poprzedniej niedzieli...
Przyjechaliśmy wczesnym przedpołudniem. Słoneczko ładnie świeciło, wiatru nie było słychać i chłód jesienny słabo odczuwalny. Mały przegląd gospodarstwa pod kątem malowniczych śladów jesieni...
Tu berberys ubrany w czerwoniutkie koraliki...

Tam po dorodnych paprociach leśnych (przeszczepionych z lasu wraz ze świerkami) pozostały suche liście (wiosną  odbiją od nowa!).


"Skalniak" zdziczał nieco i zasnął pod pierzynką liści...


Płot zdobiły pomponiki pnącza, które mimo kilku lat co tam rośnie, słabo się rozkrzewia - chyba mróz i chłód wiejący od pobliskiej rzeczki mu dokucza...


Ooo, i kwiatuszki jeszcze "kwitną"... :-)


Ale opał na mroźne dni gotowy!
Dobrze, że wpadłem wcześniej w piątek i napaliłem w kominku, bo było tylko 7 stopni.
Dla rozgrzanych "mieszczuchów blokowych", to niemalże Syberia!
Ja zabrałem się za powtórne rozpalenie ognia (do niedzieli zostało 14 stopni - więc nie zamarzną!), a rodzinka umilała sobie czas harcami na podwórku...


Po kilkudziesięciu minutach, kiedy ogień rozpalił się na dobre, wyszedłem na dwór do rodzinki zaciekawiony piskami, które dobiegały z zewnątrz!
Po tym co zobaczyłem, musiałem nieźle trzymać nerwy na wodzy!
Ignac, podczas gdy pozostali ganiali za piłką, zechciał się pobawić w piasku...
Żeby go wytrzepać, trzeba było rozebrać do majtek :-)


W tym czasie Tosia grzecznie ćwiczyła chodzenie...


i próbowała grać z Filipem w piłkę!



Ale u mamy na rączkach było najlepiej!


Kiedy zgrzani, rozpaleni, z wypiekami i zmęczeni zabawą Igo z Tosią udali się na południowy odpoczynek w nagrzanym już domku - my z Filipem udaliśmy się na spacer po okolicy...
"Gdzie idziemy?"
"Jak to "gdzie?" Do młyna!"
"Tatko, tatko, czekaj, wezmę wiaderko na kamienie, będziemy wrzucać je do wody!"
Zawsze zbieramy je w kieszenie - ale teraz widać zanosiło się na dużą zaplanowaną akcję!


O, właśnie tak!


"Teraz puste - musimy zbierać od nowa!"


"Chodź - nazbieramy idąc groblą do młyna!"


"Coś mało tu tych kamieni..."


"Oj tam! Kamienie... Zobacz! Słońce zachodzi..."


"Oj tam, Słońce... Zobacz! Jaki kamień, ale będzie plusk!"


"Oooo! A nie mówiłem!"
I rozmawiając sobie w ten sposób doszliśmy na włości Pana Leszka.
Zajrzeliśmy do młyna.
A tu przywitał nas stary znajomy - kociak Pana Leszka!
"O, cześć" - powiedział Filip.
Kociak chciał wyjść, ale oprócz głowy nic innego nie mógł przecisnąć...
Wycofał się do tyłu i zniknął.
Filip posmutniał: "uciekł..."
"Zobaczysz, że nie uciekł. Zaraz przybiegnie do Ciebie inną dziurą".


No i przybiegł!
I wracał z nami całą drogę, a jak wyjeżdżaliśmy do miasta, to czekał pod drzwiami domku i miauczał śpiewnie widząc gromadkę dzieci!
Kiedy wsiadaliśmy do samochodu niepostrzeżenie wskoczył za nami i ukrył się pod siedzeniem.
Chyba nas polubił!
Pewnie będzie przychodził ze młyna i czekał na powrót dzieci!

wtorek, 15 listopada 2011

Jesień za nami...

No i zleciała...
Jesień!
Jak z bicza strzelił!
Kilka wypadów na wieś - porządki przygotowujące do zimy i mrozów...
I dobre rady ojczulka: "Pamiętaj, zakręć wodę w kranie na dworze, żeby mróz nie rozsadził", "schowaj huśtawkę", "przytnij maliny", "przesadź winogron"...
Dobrze, że pogoda jesienna zrehabilitowała letnią i było pięknie, ciepło, malowniczo...
I daliśmy radę z tym wszystkim!
A ostatni dzień spędzony na wsi był po prostu wspaniały - słonko, cisza, zero wiatru. Dzieciaki cały czas na świeżym powietrzu. Całą brygadą pomagali sprzątać opadłe liście. Każdy z chłopaków miał swoje grabie i taczki. Ile pracy wykonaliśmy! A ile radości przy tym było! Tarzanie się w suchych stertach liści, tradycyjne przejażdżki na taczkach..., a później wygrzewanie przy czarującym cieple kominka. Teraz zima nam nie straszna - czekamy na śnieg, mróz, sanki, Święta, choinkę...

Tak właśnie uczciliśmy Święto Niepodległości! Ciesząc się sobą i Wolną Ojczyzną.
Więc kiedy usłyszeliśmy zza płotu głos sąsiadki: "Wy tu się tak bawicie, a w Warszawie się tak leją!!!", stwierdziliśmy, że ludzie zapomnieli o tym, po co kiedyś inni za nas walczyli, po co ginęli, po co się poświęcali. Gdzie jest ten "POKÓJ i MIŁOŚĆ"??? Czy tylko u nas?
Trzeba nauczyć się żyć bez wojen, kłótni i konfliktów. Trzeba umieć żyć obok siebie - mimo różnych poglądów, zdań, religii... Ważne jest zrozumienie, znalezienie złotego środka, kompromisu...
Wiem, łatwo się mówi! Ale próbować trzeba...