Niedzielny wypad był szybki! Spontaniczny i nieplanowany.
Dziewczyny zostały w domu - groźba mrozu ich przeraziła!
Ale prawdziwym facetom, jakiś tam mróz - nie straszny!
Więc szybko spakowaliśmy plecak - rękawiczki, skarpetki, spodnie na zmianę, cztery kotlety, jedno jabłko, dwa banany, tabliczka czekolady, dwa serki homogenizowane, woreczek ryżu i jazda! Prowiant zapewniony - z głodu nie umrzemy.
Chłopcy jak usłyszeli tylko hasło: "wieś", stali w pełnym rynsztunku w ciągu dwóch minut pod drzwiami.
Wskoczyliśmy w autko i za niecałą godzinę byliśmy na działeczce.
Synkowie od razu z samochodu wyskoczyli z "jabłkowymi" ślizgaczami.
"Tata, biegniemy na górkę!"
I pobiegliśmy...
Mróz jednak robił swoje - po kilku zjazdach, małe rączki skostniały, a zimny wiatr wyciskał z małych oczu łezki. Ubogi jeszcze śnieg i wyglądająca spod niego uschła trawa nie dawała komfortu zabawie. Maluchy złapały focha!
Do domku zmarznięte towarzystwo "zaciągnąłem" pchając przed sobą.
A we wnętrzu ... niewiele cieplej... Ledwo ponad 5 stopni (choć i tak myślałem, że będzie zimniej!),
... ale przynajmniej mrozu nie czuć i wiatr nie wieje.
Szybko zabraliśmy się za rozpalenie ognia w kominku.
Chłopcy zrzucili kurtki i zasiedli przy palenisku, chciwie wyciągając czerwone łapki do rozgrzewającej się szyby. Humory się zaczęły poprawiać!
Lecz po chwili, mimo że w ręce zrobiło się milej, chłodek zaczął łechtać główki i plecki.
"Tataaa, trrroochę ziiimnooo..."
Ano zimno, szczególnie, jak w mieście jest się przyzwyczajonym do 24 stopni i bieganiu po domu boso.
A tu, nienagrzana podłoga ma temperaturę powietrza!
Nie zastanawiałem się długo, mając w głowie wizję zaziębienia i srogą burę od żony!
"Chłopy! Czapki na głowy! Bambosze na nogi! Kolejne polarki na siebie! Koce na plecy! I czekamy przy kominku, aż się trochę zagrzeje!"
Siedzieli jak zaczarowani!
Rozgrzewki dopełniła gorąca herbata malinowa i szybki podobiadek - gorzka czekolada z bananem!
Po godzinie "ostrego hajcowania" w piecu - krzesełka można było odsunąć od szyby, zdjąć koce i zacząć witać się ze stęsknionymi zabawkami.
Po obiedzie zuchy wygrzebały moje stare szachy - miło było patrzeć jak sześciolatek tłumaczy zasady czterolatkowi. Cieszę się, że ta gra coraz bardziej się im podoba i mimo swojego wieku potrafią się na niej skupić przez kilka rund i to zachowując zasady!
Na koniec kreska na termometrze osiągnęła magiczne 16 stopni.
Przed wyjazdem dołożyliśmy jeszcze drewna do kominka, aby ciepło w domku utrzymywało się jak najdłużej przez kilka dni, i żeby zaoszczędzić na grzaniu elektrycznym.
Kiedy wieczorem wracaliśmy do miasta, gwardia usnęła po przejechaniu kilku kilometrów.
I znowu czekało mnie wnoszenie "kochanego ciężaru" na czwarte piętro...
Nie ma co narzekać, przynajmniej mi zimo nie było!
Teraz przed nami wizja ferii świątecznych - może spędzimy tam znów kilka miłych chwil przy żarze bijącym od ognia...