poniedziałek, 5 grudnia 2011

15tomiesięczna Tosia


W piątek 2.grudnia 2011 r. nasza kochana Tosia skończyła 15 miesięcy!
Tradycyjnie, jak co miesiąc u wszystkich dzieci, postanowiliśmy uwiecznić te chwile na fotografiach.
Przeważnie zdjęcia robię sam, ale tym razem miałem pomocnika...
Powyższe wspaniałe zdjęcie zrobił Ignacy! Nieźle, jak na trzyipółletniego fotografa!
Z okazji swojej małej miesięcznicy Tosia ładnie się nam zaprezentowała w balowej sukni oraz urządziła pokaz mody.
Najlepiej wychodziło jej przymierzanie czapek i skarpetek.

Zabawę miała cała rodzinka z braciszkami włącznie.

Ze ździwienia wychodziły im oczy... (tak naprawdę zapatrzeni w bajkę:-))
Najważniejsze, że zabawa miała smak pomarańczy!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Jesienne zabawy!

Czas mija, coraz ostrzejsze powietrze, a zima idzie wielkimi krokami...
Dzieci się pochorowały...
Filipa dopadła ospa (efekt kontaktów przedszkolnych), a Tosi i Ignacemu dokucza katar.
Mam nadzieję, że to nie wynik ostatniego wypadu na świeże powietrze.
A oto kilka wspomnień z minionej poprzedniej niedzieli...
Przyjechaliśmy wczesnym przedpołudniem. Słoneczko ładnie świeciło, wiatru nie było słychać i chłód jesienny słabo odczuwalny. Mały przegląd gospodarstwa pod kątem malowniczych śladów jesieni...
Tu berberys ubrany w czerwoniutkie koraliki...

Tam po dorodnych paprociach leśnych (przeszczepionych z lasu wraz ze świerkami) pozostały suche liście (wiosną  odbiją od nowa!).


"Skalniak" zdziczał nieco i zasnął pod pierzynką liści...


Płot zdobiły pomponiki pnącza, które mimo kilku lat co tam rośnie, słabo się rozkrzewia - chyba mróz i chłód wiejący od pobliskiej rzeczki mu dokucza...


Ooo, i kwiatuszki jeszcze "kwitną"... :-)


Ale opał na mroźne dni gotowy!
Dobrze, że wpadłem wcześniej w piątek i napaliłem w kominku, bo było tylko 7 stopni.
Dla rozgrzanych "mieszczuchów blokowych", to niemalże Syberia!
Ja zabrałem się za powtórne rozpalenie ognia (do niedzieli zostało 14 stopni - więc nie zamarzną!), a rodzinka umilała sobie czas harcami na podwórku...


Po kilkudziesięciu minutach, kiedy ogień rozpalił się na dobre, wyszedłem na dwór do rodzinki zaciekawiony piskami, które dobiegały z zewnątrz!
Po tym co zobaczyłem, musiałem nieźle trzymać nerwy na wodzy!
Ignac, podczas gdy pozostali ganiali za piłką, zechciał się pobawić w piasku...
Żeby go wytrzepać, trzeba było rozebrać do majtek :-)


W tym czasie Tosia grzecznie ćwiczyła chodzenie...


i próbowała grać z Filipem w piłkę!



Ale u mamy na rączkach było najlepiej!


Kiedy zgrzani, rozpaleni, z wypiekami i zmęczeni zabawą Igo z Tosią udali się na południowy odpoczynek w nagrzanym już domku - my z Filipem udaliśmy się na spacer po okolicy...
"Gdzie idziemy?"
"Jak to "gdzie?" Do młyna!"
"Tatko, tatko, czekaj, wezmę wiaderko na kamienie, będziemy wrzucać je do wody!"
Zawsze zbieramy je w kieszenie - ale teraz widać zanosiło się na dużą zaplanowaną akcję!


O, właśnie tak!


"Teraz puste - musimy zbierać od nowa!"


"Chodź - nazbieramy idąc groblą do młyna!"


"Coś mało tu tych kamieni..."


"Oj tam! Kamienie... Zobacz! Słońce zachodzi..."


"Oj tam, Słońce... Zobacz! Jaki kamień, ale będzie plusk!"


"Oooo! A nie mówiłem!"
I rozmawiając sobie w ten sposób doszliśmy na włości Pana Leszka.
Zajrzeliśmy do młyna.
A tu przywitał nas stary znajomy - kociak Pana Leszka!
"O, cześć" - powiedział Filip.
Kociak chciał wyjść, ale oprócz głowy nic innego nie mógł przecisnąć...
Wycofał się do tyłu i zniknął.
Filip posmutniał: "uciekł..."
"Zobaczysz, że nie uciekł. Zaraz przybiegnie do Ciebie inną dziurą".


No i przybiegł!
I wracał z nami całą drogę, a jak wyjeżdżaliśmy do miasta, to czekał pod drzwiami domku i miauczał śpiewnie widząc gromadkę dzieci!
Kiedy wsiadaliśmy do samochodu niepostrzeżenie wskoczył za nami i ukrył się pod siedzeniem.
Chyba nas polubił!
Pewnie będzie przychodził ze młyna i czekał na powrót dzieci!

wtorek, 15 listopada 2011

Jesień za nami...

No i zleciała...
Jesień!
Jak z bicza strzelił!
Kilka wypadów na wieś - porządki przygotowujące do zimy i mrozów...
I dobre rady ojczulka: "Pamiętaj, zakręć wodę w kranie na dworze, żeby mróz nie rozsadził", "schowaj huśtawkę", "przytnij maliny", "przesadź winogron"...
Dobrze, że pogoda jesienna zrehabilitowała letnią i było pięknie, ciepło, malowniczo...
I daliśmy radę z tym wszystkim!
A ostatni dzień spędzony na wsi był po prostu wspaniały - słonko, cisza, zero wiatru. Dzieciaki cały czas na świeżym powietrzu. Całą brygadą pomagali sprzątać opadłe liście. Każdy z chłopaków miał swoje grabie i taczki. Ile pracy wykonaliśmy! A ile radości przy tym było! Tarzanie się w suchych stertach liści, tradycyjne przejażdżki na taczkach..., a później wygrzewanie przy czarującym cieple kominka. Teraz zima nam nie straszna - czekamy na śnieg, mróz, sanki, Święta, choinkę...

Tak właśnie uczciliśmy Święto Niepodległości! Ciesząc się sobą i Wolną Ojczyzną.
Więc kiedy usłyszeliśmy zza płotu głos sąsiadki: "Wy tu się tak bawicie, a w Warszawie się tak leją!!!", stwierdziliśmy, że ludzie zapomnieli o tym, po co kiedyś inni za nas walczyli, po co ginęli, po co się poświęcali. Gdzie jest ten "POKÓJ i MIŁOŚĆ"??? Czy tylko u nas?
Trzeba nauczyć się żyć bez wojen, kłótni i konfliktów. Trzeba umieć żyć obok siebie - mimo różnych poglądów, zdań, religii... Ważne jest zrozumienie, znalezienie złotego środka, kompromisu...
Wiem, łatwo się mówi! Ale próbować trzeba...







poniedziałek, 5 września 2011

1-sze urodziny Tosi!

Nasza Tosia skończyła roczek!
Zleciało, jak z bicza strzelił!
Z tej okazji zaplanowaliśmy kinderbal!
Trochę inny - plenerowy, działkowy, swojski...
Dopisali przyjaciele. Pogoda pomogła!
Najpierw było dmuchanie świeczki - trzeba było Tosi pomóc, bo bardzo jej się ogienek podobał i dmuchać nie chciała.

Zamiast tradycyjnego już grilla - przewidziałem "nieco zapomniane" ognisko.
Radochę mieli i mali i duzi, ci drudzy - chyba nawet większą...
Ignaś zaczął zabawę z małym opóźnieniem, bo ucinał sobie poobiednią drzemkę.
Ale jego radość widać po oczach!

Ci mali zainteresowanie przejawili przez 10 minut - więc smażenie dokończyli tatusiowie.
Dzieciaki uciekli do innych zabaw.
Najpierw złapali maleńką jaszczurkę, ale po krótkiej sesji zdjęciowej wypuścili ją do rodzinki koło drewutni.
Filipek nawet się nie bał (a motyla się boi...)...
A później zaczęły się zabawy z farbkami do malowania twarzy.
To się dopiero działo!
Zaczęło się niewinnie - wąsiki, kropeczki, jeden piesek, drugi kotek...

Chłopcom się spodobało i dokańczali makijaż własnoręcznie.
Lusterko okazuje się zbędne - ważna jest wyobraźnia!
Bieganiu, szczekaniu i miauczeniu nie było końca!
Na wieczór trudno ich było ściągnąć do domu, a jeszcze trudniej wytłumaczyć, że trzeba się umyć!
Po takim szaleństwie padli jak muchy zaraz po usadzeniu w samochodzie.
Ja tylko miałem problem wnieść ich po powrocie do miasta na czwarte piętro...
Jednego śpiącego na plecach, drugiego na rękach!
Szkoda, że mi żona zdjęcia nie zrobiła!!!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Spacer po zaprzyjaźnionym Szydłowcu

Przyjechaliśmy w sobotę koło południa.
Przez cały dzień dzień wiał silny wiatr, choć słonko przygrzewało pięknie, nie dając studzić powietrza.
Filip dzielnie pomagał mi przy koszeniu trawy - to znaczy ja kosiłem kosiarką bez zapiętego kosza (bo trawsko nieco przerosło), a on grabiami próbował zbierać siano na kupki. Zmachał się przy tym okrutnie, ale za wygraną dać nie chciał!
Po pracy, w nagrodę, zafundowałem im przejażdżkę ... na taczce... Chłopcy bardzo lubią tę zabawę. Miała być krótka - do hydrantu i z powrotem - jednak wyszło inaczej. Koło hydrantu padły okrzyki "do krzyża przy zakręcie!", później "tatku, tą dróżką przez pola!" - no i skończyło się niezłą wprawą przez zarośnięte polne drogi, bo pól uprawnych w naszych stronach, jak na lekarstwo - same ugory, które zaczynają już porastać samosiejkami brzóz i sosen. Ja taczką z chłopcami dawałem radę, ale żonie wózek z Tosią pchać było dużo gorzej.

Tej najmniejszej - niedogodności drogi niewiele przeszkadzały - usnęła w najlepsze twarzą prosto w ślicznie zachodzące słońce.
Niedziela przywitała nas pięknym dniem - bezchmurnym niebem i brakiem wiatru.
Wybraliśmy się na mały spacer do pobliskiego Szydłowca.
Nad kościołem św. Zygmunta świecił jeszcze na rannym, błękitnym niebie księżyc.
Zauważyłem, że miasto pozyskało wiele funduszy unijnych na remonty i modernizację.
Na wielu budynkach wiszą olbrzymie banery informujące o pozyskaniu środków i rozpoczęciu prac - niedługo nowego blasku przybędzie wiekowemu "Domowi pod dębem", ratuszowi miejskiemu i zamkowi.
Widząc baner nad bramą zamkową poszliśmy zobaczyć, czy rozpoczęły się tam już jakieś prace remontowe.
Filip sprawdził furtę przed mostem - "ale ciężka!"
Ignac musiał zajrzeć do fosy, "cy rybki pływają?"
Obeszliśmy zamkową wyspę oglądając rzeźby...
elementy architektoniczne...
różne zakątki...
... nieodwiedzane od dawna...
ale wywołujące ciekawość małych odkrywców: "co jest za tymi drzwiami?"
Zajrzeliśmy na dziedziniec. Oprócz delikatnych prac przy instalacji elektrycznej, nie zauważyliśmy większych zmian. Muszę jednak przyjechać kiedyś na zamek sam z aparatem, na dłuższą sesję fotograficzną i uwiecznić piękno starego muru zamkowego i jego fotogenicznych zakątków - zanim po remoncie zostanie "ubrany' w piękny, gładziutki tynk akrylowy.
Na tą chwilę jest "po staremu":
Wejście do sali bibliotecznej:
I scena, na której odbywają się liczne koncerty, gdzie Igo próbuje swoich zdolności aktorskich
Kiedy zabawa i mury zamkowe okazały się już za monotonne, padło hasło "tatko, wracamy na działeczkę!"
... No tak, na zamku nie ma przecież piaskownicy, hulajnogi, grabi, kosiarki itp.
Mam nadzieję, że kiedyś pokochają bardziej te miejsca z duszą, pełne historii i uroku...
Na koniec dla zainteresowanych, krótka notka o zamku w Szydłowcu...