Czas mija, coraz ostrzejsze powietrze, a zima idzie wielkimi krokami...
Dzieci się pochorowały...
Filipa dopadła ospa (efekt kontaktów przedszkolnych), a Tosi i Ignacemu dokucza katar.
Mam nadzieję, że to nie wynik ostatniego wypadu na świeże powietrze.
A oto kilka wspomnień z minionej poprzedniej niedzieli...
Przyjechaliśmy wczesnym przedpołudniem. Słoneczko ładnie świeciło, wiatru nie było słychać i chłód jesienny słabo odczuwalny. Mały przegląd gospodarstwa pod kątem malowniczych śladów jesieni...
Tu berberys ubrany w czerwoniutkie koraliki...
Tam po dorodnych paprociach leśnych (przeszczepionych z lasu wraz ze świerkami) pozostały suche liście (wiosną odbiją od nowa!).
"Skalniak" zdziczał nieco i zasnął pod pierzynką liści...
Płot zdobiły pomponiki pnącza, które mimo kilku lat co tam rośnie, słabo się rozkrzewia - chyba mróz i chłód wiejący od pobliskiej rzeczki mu dokucza...
Ooo, i kwiatuszki jeszcze "kwitną"... :-)
Ale opał na mroźne dni gotowy!
Dobrze, że wpadłem wcześniej w piątek i napaliłem w kominku, bo było tylko 7 stopni.
Dla rozgrzanych "mieszczuchów blokowych", to niemalże Syberia!
Ja zabrałem się za powtórne rozpalenie ognia (do niedzieli zostało 14 stopni - więc nie zamarzną!), a rodzinka umilała sobie czas harcami na podwórku...
Po kilkudziesięciu minutach, kiedy ogień rozpalił się na dobre, wyszedłem na dwór do rodzinki zaciekawiony piskami, które dobiegały z zewnątrz!
Po tym co zobaczyłem, musiałem nieźle trzymać nerwy na wodzy!
Ignac, podczas gdy pozostali ganiali za piłką, zechciał się pobawić w piasku...
Żeby go wytrzepać, trzeba było rozebrać do majtek :-)
W tym czasie Tosia grzecznie ćwiczyła chodzenie...
i próbowała grać z Filipem w piłkę!
Ale u mamy na rączkach było najlepiej!
Kiedy zgrzani, rozpaleni, z wypiekami i zmęczeni zabawą Igo z Tosią udali się na południowy odpoczynek w nagrzanym już domku - my z Filipem udaliśmy się na spacer po okolicy...
"Gdzie idziemy?"
"Jak to "gdzie?" Do młyna!"
"Tatko, tatko, czekaj, wezmę wiaderko na kamienie, będziemy wrzucać je do wody!"
Zawsze zbieramy je w kieszenie - ale teraz widać zanosiło się na dużą zaplanowaną akcję!
O, właśnie tak!
"Teraz puste - musimy zbierać od nowa!"
"Chodź - nazbieramy idąc groblą do młyna!"
"Coś mało tu tych kamieni..."
"Oj tam! Kamienie... Zobacz! Słońce zachodzi..."
"Oj tam, Słońce... Zobacz! Jaki kamień, ale będzie plusk!"
"Oooo! A nie mówiłem!"
I rozmawiając sobie w ten sposób doszliśmy na włości Pana Leszka.
Zajrzeliśmy do młyna.
A tu przywitał nas stary znajomy - kociak Pana Leszka!
"O, cześć" - powiedział Filip.
Kociak chciał wyjść, ale oprócz głowy nic innego nie mógł przecisnąć...
Wycofał się do tyłu i zniknął.
Filip posmutniał: "uciekł..."
"Zobaczysz, że nie uciekł. Zaraz przybiegnie do Ciebie inną dziurą".
No i przybiegł!
I wracał z nami całą drogę, a jak wyjeżdżaliśmy do miasta, to czekał pod drzwiami domku i miauczał śpiewnie widząc gromadkę dzieci!
Kiedy wsiadaliśmy do samochodu niepostrzeżenie wskoczył za nami i ukrył się pod siedzeniem.
Chyba nas polubił!
Pewnie będzie przychodził ze młyna i czekał na powrót dzieci!