wtorek, 23 sierpnia 2016

Lato na wsi, lato w mieście, lato na wycieczkach...

Moja babcia zawsze mawiała, że po 15 sierpnia już zaczyna się jesień...
Pola pokoszone, duża część już zaorana... Zaczynają otaczać nas kolory ziemi - brązy, beże, żółcie...
Jabłka spadają, śliwki dojrzewają, dynie pomarańczowieją, maliny kuszą smakiem i kolorem...
Jeszcze chwila i dzieci wrócą do szkoły, do nauki, do codziennych obowiązków.
W tym obliczu nadchodzącego zakończenia wakacji i końca lata warto wspomnieć kilka miejsc, które w lipcu i sierpniu odwiedziliśmy podczas naszych wypraw i wycieczek.

Wracając z Gorców zajrzeliśmy do zabytkowego, historycznego miasteczka. Często porównywane jest do Kazimierza Dolnego, do jego uroku, klimatu, charakteru, położenia. Zawsze chciałem go zobaczyć... Lanckorona!


Przespacerowaliśmy się na wzgórze zamkowe, gdzie oprócz mocno zdewastowanych i zarośniętych ruin, nie było nic ciekawego... Spodziewałem się choć skromnej infrastruktury turystycznej! Tym bardziej, że teraz w tego typu  ruinach "życie kwitnie" i coś się "dzieje" - wystarczy wspomnieć tylko Iłżę, czy Chęciny... A tu jedynie tablica na pamiątkę konfederatów barskich... Rynek podobnie - niby ładny, malowniczo położony na skłonie, wokół drewniane, stare domy, estetyczne retro szyldy na wzór staroświeckich - oszpecony kilkoma budynkami, kiczowatymi reklamami, czy wystawami sklepowymi!



Podobał mi się bankomat w starym domu, estetycznie schowany za rustykalnym okienkiem - żeby z niego skorzystać należało najpierw wejść na skrzynkę, następnie uchylić skrzydło okienne i dopiero zacząć operacje bankowe. Z galerii mieszczącej się w jednym z najstarszych domów lanckorońskich dostaliśmy od naszych dzieci uroczą ceramiczną rzeźbę rodziny aniołów oraz ramkę na ślubne zdjęcie - prezent na 17 rocznicę ślubu. Będą wspaniałą pamiątką i ozdobą naszego wiejskiego domku.


Co prawda Lanckorona to nie Kazimierz nad Wisłą, ale swój urok ma! Pewnie jak byśmy pobyli tam dłużej, to bardziej byśmy poznali jego uroki, zakamarki, kafejki. Jednakże był to tylko przystanek na naszej powrotnej drodze do domu!

Po przyjeździe do domu (a raczej dotarciu na wieś) mało nam było atrakcji i zaraz ruszyliśmy z powrotem na południe, aby aktywnie wykorzystać ostatnie dni upływającego urlopu. Naszym celem był park narodowy, o którym wiosną Filipek przygotował ciekawą prezentację na zajęcia szkolne - Ojcowski.

Mimo, że była to wyprawa jednodniowa, szybka, nieplanowana i spontaniczna, to zwiedziliśmy dużo! Fenomenalny był pawilon ojcowskiego parku z jego nowoczesną i multimedialną ekspozycją. Szczególnie ciekawie zaprezentowano wnętrze jaskini, czy wnętrze lasu z jego roślinnością i mieszkańcami w postaci zwierząt, ptaków, owadów. Później wyprawa do Jaskini Łokietka, pod zamek w Ojcowie, później Maczugę Herkulesa i zamek w Pieskowej Skale. Do domu dotarliśmy o północy przy blasku pięknie świecącego księżyca.



Urlopy się skończyły, ale lato trwało! Dzieci, po chwili odpoczynku w mieście, czy na wiejskim podwórku, zaczynały się nudzić. W ruch szły telefony, tablet, konsola, telewizor ... Wszystko czego nie lubię i na dłuższą metę przyprawia mnie o roztrój nerwów! Trzeba było wymyślić coś nowego, atrakcyjnego, gdzie jeszcze nie byli i nie widzieli!
Z pomocą przyszło pobliskie Województwo Świętokrzyskie ze swoimi atrakcjami i mimo, że pogoda bardzo nie rozpieszczała, to zobaczyliśmy kilka fajnych miejsc.

Na początek "poszło" Centrum Nauki DaVinci w Podzamczu pod Chęcinami. Padało wtedy całą środę - od rana do nocy. W niczym nam to nie przeszkadzało. Przeciwnie - było super! Tylko zamek w Chęcinach oglądaliśmy przez szybę z tarasu widokowego...

Miejsce dobrze zorganizowane, przystosowane dla młodych, ciekawskich poszukiwaczy przygód - nauka na wesoło i interaktywnie. Polecam gorąco. Tak nam się podobało, że w niedzielę zawitaliśmy tam znowu - tym razem na warsztaty ceramiczne, zabierając ze sobą naszych przyjaciół. Co prawda spodziewałem się większego profesjonalizmu i kreatywności ze strony obsługi oraz prezentacji metod pracy z gliną (chociażby na kole garncarskim), ale wszak był sezon urlopowy - trzeba być wyrozumiałym. Dzieci i tak były zachwycone i bryłka gliny pochłonęła ich bez reszty, a półtoragodzinne zajęcia minęły, jak z bicza strzelił!



A później przez kolejne kilka godzin, do samego wieczora, obcowali z innymi ciekawostkami Centrum. Interesowały ich multimedialne stanowiska obrazujące funkcjonowanie organizmu człowieka - mózgu, szkieletu, układów oddechowego czy pokarmowego. Ale najwięcej zabawy i rywalizacji było przy drewnianych konstrukcjach projektu legendarnego Leonardo!










W trakcie innego wyjazdu odwiedziliśmy prehistoryczne kopalnie krzemienia w Krzemionkach Opatowskich. Wyobrażałem sobie je całkiem inaczej - bardziej jak tradycyjny kamieniołom. A tu: przygotowana kilkusetmetrowa trasa podziemna po najprawdziwszej kopalni. A krzemienne bryły zatopione w białej skale wapiennej, jak rodzynki w cieście! Poznałem też historię powstawania bólw krzemiennych, jako stwardniałego żelu z prehistorycznych gąbek, który znalazł miejsce w wydrążonych w mule kanałach przez inne ślimakowate wymarłe stworzenia.




Na zakończenie tego dnia dotarliśmy jeszcze do nieodległego Ćmielowa. Naszym celem było Żywe Muzeum Porcelany przy kultowej, znanej na całym świecie, manufakturze AS (kiedyś Świt).





Załapaliśmy się na ostatni tego dnia pokaz. Miła pani z zaangażowaniem opowiadała nam o technikach i sposobach wytwarzania tego "białego złota" polskiego. Mieliśmy okazję zobaczyć, a dzieci nawet uczestniczyć w procesie przygotowywania masy ceramicznej, zalewania i otwierania formy, wykańczania zastygłych figurek.




Przy kolejnych stanowiskach przewodniczka opowiadała o kolejnych etapach prac nad wytwarzaniem ceramiki - wypalaniu, szkliwieniu, kolejnym wypale, malowaniu, zdobieniu, znakowaniu. W starym, olbrzymim piecu do wypalania ceramiki obejrzeliśmy filmy opowiadające o historii miejsca i tradycyjnej technologii.


Po wyjściu z manufaktury odwiedziliśmy jeszcze fabryczny sklep, który był bardziej galerią prezentującą bogatą ofertę firmy. Byliśmy pod wrażeniem cen produktów oraz klienteli - od prezydentów Stanów Zjednoczonych, przez inne głowy mocarstw i państw świata, polityków, sportowców, artystów.
Na pamiątkę przywieźliśmy dla mojej żony, zakochanej w porcelanie i filiżankach do kawy, mały kubeczek porcelanowy w skromnej cenie 25 zł (przy zakupie biletu, bez niego 50 zł). Miejsce cudne! Polecam i podpowiadam, żeby mieć ze sobą chociaż ze trzy stówki na malutką filiżaneczkę na prezent dla ukochanej osoby! Warto - na pewno na wartości nie straci!

Wracając, już w okolicach Starachowic, zahaczyliśmy o miejscowość Krynki słynącej z pięknej drewnianej dzwonnicy. Mój mistrz i inni fotograficy często uwieczniają ją na swoich zdjęciach lub pracach. W okolicach jest też rezerwat geologiczny wart zobaczenia z wypiętrzonymi skałkami w pobliskim lesie. Ale to już będzie pretekstem na kolejną wyprawę...


A nam co pozostaje - pijąc kawę, wspominać przygody wakacyjne, mając w głowie bagaż kolejnych doświadczeń i wiedzy z zakresu geografii, historii, geologii, anatomii - szykować się do rychłego roku szkolnego.