niedziela, 27 lutego 2011

Cudowny pobyt na wsi...


Jak mawia Ignaś: "Ojej! Caaała nasa lodzinaaa!"
Cała nasza rodzina spędziła uroczy weekend na wsi.
Pobyt upłynął w charakterze spacerów, zabaw na śniegu i robieniu zdjęć...




W piątek wieczorem, zaraz po przyjeździe, Filip zatęsknił za bajką - tradycyjna pora wieczorynki dla maluchów - i mówi: "Tata, włączysz nam bajkę?"


Ja nie zdążyłem zareagować, a mały Igo szybo "wypalił":


"A widzis tu gdzieś telewizol?"


Wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem, a chłopcy od razu zapomnieli o bajkach, na 3 dni! (mimo, że w rezerwie miałem komputer, jakby chęć "bajkowania" była bardzo silna).


Najpierw pomagali mi rozpalić w kominku, a później ustawili swoje małe krzesełka przed rozświtloną ogniem szybą i siedzieli wpatrzeni w płomienie grzejąc dłonie.


Po kilkunastu minutach pobiegli na poddasze, gdzie szybciej robi się ciepło (bo odprowadzone jest ciepło z czopucha kominka) i gdzie mają urządzony swój dziecięcy kącik - książki, kolorowanki, narzędzia, samochody... Tam po krótkiej zabawie "temperatura" zrobiła z nich "ciepłe kluseczki" i szybko zasnęli...


A o 6.30 rano w sobotę Ignaś skoro tylko otworzył swe wielkie, niebieskie oczy zakomunikował: "Wstawaj tata, jus jest dzień! Idziemy na dwól"


Ledwo udało się go namówić na szybkie śniadanie. Jak tylko skończyli jeść, ubierali się na wyścigi, kto pierwszy. To był męski spacer - mama została z małą Tosią w domu, bo miała mały kaszelek, a pogoda nie była za piękna - spory mróz i wiatr do tego. Dziewczyny pilnowały domowego ogniska - dosłownie i w przenośni...


Wybraliśmy się tradycyjnie w stronę młyna, ale dzisiaj naszym celem było źródełko na "Dymarkach"...


"Dymarki" to określenie miejsca - tak mawiają o nim okoliczni mieszkańcy.


Położone jest kilkaset metrów za wsią, jeszcze spory kawałek drogi przez las za młynem. Leżące jest na skłonie terenu ciągnącym się od duktu pod lasem do samej rzeki. Dno rzeki w tym miejscu ma rdzawy kolor od złóż rudy żelaza, w które bogaty był tu teren. Podobno w dawnych czasach, znajdowaly się to kopalnie rudy i było tu miejsce wytopu żelaza w prymitywnych piecach hutniczych, zwanych dymarkami. Wypływa tu źródło znane u miejscowych ze smacznej i czystej wody (podobno nawet leczniczej). Kilku mieszkańców parę lat temu obudowało źródełko, żeby nikt go nie zanieczyszczał, i żeby łatwiej nabierać wodę do butelek.

Latem i wczesną jesienią teren ten jest bardziej urokliwy - tuż przy źródle rośnie okazały dąb czerwonolistny, a w bliskim sąsiedztwie znajdują się wrzosowiska i porastają kępy jeżyn. Wypływająca z Dymarek woda tworzy małe bagienko ciągnące się przez kilkadziesiąt metrów do rzeki. Podobno znaleźć tam można nawet owadożerną rosiczkę.


Tam właśnie wybraliśmy się z chłopcami.

Po drodze, spotkaliśmy pod Zyfertowym Młynem, kota należącego do Pana Leszka. I mieliśmy juz towarzystwo na cały spacer - nie odstępował nas ani na krok...

A Filip i Ignaś mieli z niego super uciechę. Szczególnie jak dla zabawy wskakiwał niemalże na każde napotkane większe drzewo...


Kiedy wróciliśmy - opowiadaniom nie było końca.

Mama zrobiła chłopcom ciepłej herbaty z cytryną i uprażyła popcornu.

A zimne ręce, buty i rękawiczki suszyły się przy cieple rozgrzanego kominka...

A oto kilka kadrów z tej wyprawy:
Najpierw musimy przekroczyć rzeczkę...
Koło młyna czekał na nas kot Pana Leszka...

Filip miał super zabawę, ale Igo wolał się patrzeć z pewnej odległości...


"Igo, nie bój się kotka, zobacz jak się łasi tacie do nóg..."
Kot ruszył w ślad za nami...

Kto pierwszy do źródełka?


 Filip pierwszy, Igo drugi, kot trzeci...

A w domku ciepły popcorn i herbata...




czwartek, 24 lutego 2011

Polecam

http://www.pozamiastem.com

Wspaniale teksty, zdjęcia i siedlisko autorstwa Pana Mieczyslawa Pocobejo.

środa, 23 lutego 2011

Wspomnienie o Bieszczadzkich Aniołach...

Ferie dobiegają końca..., a ja wdrażam się do nowej pracy!
Wyjechać w tej chwili się nie da... Dzieci, obowiązki, brak funduszy...
Minus 15 stopni spędza sen z powiek, czy na działce nie zamarzną rury, jak nie pojadę o dzień za długo...
W sobotę, jak odjeżdżałem, było wewnatrz 23 stopnie. Dziś środa. Ciekawe ile na termometrze...?
Siedzę, myślę, martwię się ... i wspominam...
Bieszczady...
Z małym synkiem Filipem gdzieś pomiędzy Połoniną Caryńską, a schroniskiem Koliba na przełęczy Przysłup Caryński...
Pasmo Otrytu, dzikie ostępy. Schodzimy z Chaty Socjologa ścieżką pełną świeżych tropów jeleni i dzików...

Troje "transcendentalnych wędrowców" zmierza do schroniska "Pod Małą Rawka"...

Hurra! Zdobyliśmy Połoninę Caryńską! Trochę wieje...!

"Strzyga Skrzydlata w Bezruchu Bynajmniej" (od nazwy rzeźby obejrzanej na wystawie w galerii "Synagoga" w Lesku) przedziera się wzdłuż potoku Caryńczyk do ruin sanktuarium i cmentarza... na spotkanie z Bieszczadzkimi Aniołami... Wyszły nam naprzeciw...
Kiedy weszliśmy za ogrodzenie cmenarza coś się wydarzyło...
Z początku na to nie zwróciłem uwagi. Chodziłem w tą i z powrotem robiąc zdjęcia, to wchodząc na teren cmentarza, to wychodząc. Jak widać na fotografii był piękny, słoneczny dzień. Na niebie żadnej chmurki.
W pewnym momencie żona (która cierpi na niemożliwą podzielność uwagi - w odróżnieniu ode mnie) podeszła do mnie i spytała: "Widzisz, co się dzieje?"
Nie wiedziałem, o co jej chodzi. "Posłuchaj, co się dzieje, jak wchodzisz na cmentarz!"
I wtedy zrozumiałem... Jak tylko przekraczałem pozostałości ogrodzenia, drzewa zaczynały szumieć, jakby zrywał się wiatr!
Włosy na nieogolonej brodzie stanęły mi dęba!
Stwierdziłem, że ONI już nie chcą, abym fotgrafował... Wystarczy!
"Żegnajcie! Zostańcie w spokoju! Wychodzimy..."
W ciszy i ze zjeżonymi włosami zaczęliśmy wracać przez chaszcze na główny szlak.
W pewnym momencie stwierdziłem, że nie mam osłonki na obiektyw! A jak wychodziliśmy z cmentarza, zasłoniłem obiektyw!
Zginęła na kilkudziesięciometrowym odcinku ścieżki! Wróciłem...Niepewnie i powoli... Pewnie spadła, strącona przez badyle..., kiedy aparat dryndał mi na ramieniu...
Doszedłem do miejsca pod ogrodzeniem, gdzie się pakowałem. Nie było! Przepadła! Jak kamień w wodę!

Jak wyszliśmy na drogę biegnącą do schroniska Koliba, po wietrze nie było śladu...
Może to był tylko wiatr, może to był tylko przypadek...
A może Bieszczadzkie Anioły...
I jedno ze zdjęć wówczas zrobionych...

Tych pięknych kasztanów już nie ma...

... i miną lata zanim młyn znów otoczy się tak bujną zielenią...

wtorek, 22 lutego 2011

Koło młyńskie

Dostałem dawno temu od Pana Leszka - właściciela Młyna - stare, wytarte koło młyńskie. Z racji gabarytu i ciężaru nie mogłem go sobie, ot tak, przynieść do siebie. Pan Leszek powiedział: "Nic się nie martw, nie zginie - odstawione pod schody niech stoi i czeka. Zabierzesz, jak będziesz mógł."
I stało parę lat...
Dom rósł i teren również - drzewa i krzewy...
Kiedy nadeszła pora - zorganizowaliśmy wyprawę do młyna i z pomocą Pana Leszka i jego traktora - koło znalazło się u nas.
Teraz stanowi ozdobę ogrodu - pełni funkcję stołu!
W sąsiedztwie znajduje się mini skalniak w rozpękniętym pniu gruszy ściętej z rodzinnej miedzy...
Teraz wszystko przysypane śniegiem i ścięte mrozem.
Ale już niedługo wiosna i pojawią się, lada moment, krokusy i przebiśniegi...
Może znowu zazieleni się moja droga, która dla sąsiadów i znajomych, była zjawiskiem niespotykanym!
Każdy się dziwił: "Drogę z drewna układasz?!"
A ona służy już parę lat i pewnie jeszcze trochę posłuży!
Ważne, że ułożona własnymi rękami, z pomocą taty i ś.p. Pana Witka (serdecznego sąsiada, Przyjaciela rodziny i Złotej Rączki - który odszedł od nas do Nieba, bo tacy ludzie pewnie zawsze chodzą do Nieba...)

Są obserwatorzy! Ale się cieszę!

Dziękuję Asi i Wojtkowi z "Siedliska pod Lipami" za rozpoczęcie obserwacji...
Pozdrawiam serdecznie.
Kordian

niedziela, 20 lutego 2011

Od czego zacząć? Może od starego zauroczenia...


Stare miejsce, malownicze, związane z historią lokalną i rodzinną.
Młyn na Romanowie. Tak mawiają o nim okoliczni mieszkańcy.
Przed wojną należał do niemieckiego osadnika Pana Zyferta. Podobno był to dobry i poczciwy człowiek. Pracował u niego we młynie mój dziadek - Bronek. Od niego wiem, że pomagał partyzantom od "Szarego" i "Ponurego" - robił mąkę dla leśnych oodziałów. Niestety poległ od kul sowieckich żołdaków na grobli swoich stawów w pierwszych miesiącach 1945 roku - tylko dlatego, że był Niemcem. Dziś pozostała po nim tabliczka wykuta w piaskowcu wmurowana z stawidła tuż przy młynie "B. ZYFERT 1939"
Od tamtego czasu posiadłość kilkakrotnie zmieniała właścicieli. Teraz należy do serdecznego Pana Leszka. Mimo, że młyn nie jest w najlepszym stanie, to jednak maszyny mielą ziarna do dzisiaj... Stare, piękne, powleczone patyną stuletniej mąki.
Jako dzieciak bawiłem się tam często, z dziadkiem, tatą... I marzyłem o tym, żeby mieć w pobliżu swój dom... I mam! Okna wychodzą na młyn, staw, rzekę...
Kiedy w ciepłe wiosenno-letnie wieczory lub noce przesiaduję na drewnianej werandzie słyszę szum wody przelewanej przez młyńskie stawidła, upojny rechot tysięcy żab i cykanie świerszczy, które mają schronienie w szczelinach drogi ułożonej z podkładów kolejowych...
Teraz - w mroźne zimowe wieczory - upajam się ciepłem promieniującym od kamiennego kominka "wystruganego" z lokalnego piaskowca.
Kocham zimowe wieczory, kiedy przyjeżdżam do domku.
W domu na termometrze 2o Celsjusza.
Trzeba się brać za rozpalanie w kominku i siedzieć blisko ognia, żeby nie skostnieć z zimna. W dłoniach kubek gorącej herbaty z sokiem malinowym pomaga ogrzać ciało.
Blask ognia oświetla strony "Werandy Country". Można siedzieć, czytać, myśleć, planować przyszłość...
I rozgrzewać dom, bo jutro przyjedzie cała rodzina: Iwona z dziećmi - Filipkiem, Ignasiem i maleńką Tosią.
Będzie miły, zimowy weekend...
Choć na co dzień mieszkam i pracuję w Radomiu - to każdą wolną chilę, weekend, święto, urlop - spędzam w swoim wiejskim domku w widokiem na Zyfertowy Młyn.
Moi synkowie, czteroletni Filip i dwuletni Ignacy nigdy nie mogą się doczekać, kiedy tam wrócą. Niemal codziennie rano i wieczorem słyszę pytanie: "Tatusiu, kiedy pojedziemy do nasego domku na działecke?" i spojrzenie maślane niczym proszących o mleczko kotków.
Tam mają swobodę, jakiej w mieście bezskutecznie szukać...
Zabawy na podwórku, spacery nad rzekę i tradycyjne do Młyna...
A Pan Leszek ma traktor! I może da w nim posiedzieć i pobawić się!
W ubiegłym tygodniu padła pod naporem wiatru wiekowa topola. Zerwała przewody elektryczne doprowadzające prąd do Młyna i skutecznie zablokowała drogę dojazdową - starą groblę. Kiedyś staw i młyn okalały piękne stare drzewa: wierzby, akacje, olchy... Padły pod naporem wichur lub ... pił spalinowych...
Dziś została jedynie przepięna lipa, która dodaje uroku malowniczej sylwetce Zyfertowego Młyna.

Ostatnimi czasy teren zdziczał, zarósł. Okoliczne poletka zamieniły się w zagajniki pełne samosiejek brzozy, sosny, osiki... O okolicy młyna dzieki temu spotkać można leśne zwierzęta - zające, sarny, dziki, jastrzębie i myszołowy. W stawach kąpią się wydry i piżmaki. Wiosną przylatują bociany, czaple, łabędzie...