Kolejne Święta w naszym życiu.
Cieszymy się, że jesteśmy razem.
Że w odróżnieniu od innych dane nam jest wspólnie pokonywać trudy codziennego bycia.
Wiele osób nie docenia tego. Tego, że rodzina to siła! Na dobre i złe. Przyjaźń z więzów krwi.
Wiele teraz małżeństw rozstaje się. Jedne po krótkiej chwili wzajemnej znajomości, a inne po wielu latach spędzonych wspólnie. Ważniejsze okazują się: kariera, dostatek, pieniądze, wygoda.
A my? Trwamy! Mimo tego, że czasami łatwo nie jest. Codzienność jest jednakowa, prędka i zwyczajna... Praca, szkoła, przedszkole, zajęcia dodatkowe, zakupy, przygotowywanie posiłków... Choroby, infekcje, alergie...
Na szczęście mamy azyl, miejsce gdzie możemy wpaść choć na chwilę. To nasza chatka! Tu świat ma inny koloryt i urok. Inny niż codzienność! Niecodzienny! Bajkowy!
sobota, 26 grudnia 2015
Świąteczne ciepło domowego ogniska
niedziela, 6 grudnia 2015
Jesienna wiosna czy wiosenna jesień i Król Ziemi...
Udało się. W piątek wpadłem na wieś.
Prosto ze stolicy wracając z delegacji rozpędzony minąłem Radom, zahaczyłem o Szydłowiec, by przed zachodem Słońca otworzyć bramę od działki.
Pusto tam teraz i smutno... Babcia w mieście dochodzi do zdrowia, a stęskniony Tofik wygląda w stronę bramy, że może zaraz pojawi się przy furtce... Już jej nie widział ponad dwa tygodnie.
Pusto tam teraz i smutno... Babcia w mieście dochodzi do zdrowia, a stęskniony Tofik wygląda w stronę bramy, że może zaraz pojawi się przy furtce... Już jej nie widział ponad dwa tygodnie.
Na podwórku nie wiadomo do końca czy to późna jesień, czy może już wiosna. Moja drewniana droga zakwitła: pojawiło się żółte słoneczko, a na trawie rozbieliły się stokrotki. Nawet chryzantemy całkiem nie zmarzły podczas przymrozków i zdobią jeszcze poszarzały ogródek. Berberysy jeszcze nie oskubane przez ptaki, czerwienią się na tle zieleni w promieniach zachodzącego słońca.
Korzystając ze sposobności, że przyjechałem dosyć wcześnie i do zmroku miałem jeszcze jakieś półtorej godziny, zabrałem się za dalsze przycinanie starej, chyba "pradziadkowej", jabłoni, która latem bardzo skutecznie zasłaniała warzywniak swoim olbrzymim cieniem. Dzięki niedawno zakupionej pile łańcuchowej z OBI robota szła nad wyraz gładko i szybko. Ile to się wcześniej musiałem namachać i napocić zwykłą kabłąkową ręczną piłką, aby obciąć parę gałęzi. Teraz robota zajęła mi parę minut, aby pozbyć się kilku zbędnych konarów, a później parenaście następnych, aby pociąć na krótkie kawałki. Jak przeschną, to będzie czym palić w kominku! Zmęczony i głodny po całym dniu wszedłem do domku, a tu na termometrze niecałe 10 stopni. I to tylko dlatego, że zostawiłem złączone konwektory, bo gdyby nie one, to zapewne byłoby jeszcze zimniej, pewnie gdzieś około 6 stopni. Rozpaliłem więc czym prędzej w piecu, a że w lodówce tylko chłodne powietrze znalazłem, jedyne co mogłem zrobić ciepłego do jedzenia, to pieczone w ogniu ziemniaki. Warto było poczekać, grzejąc nogi przed gorącą szybą, aby po kilkudziesięciu minutach zjeść kilka rumianych kartofelków. Szkoda tylko, że z samą solą. Masełka niestety nic w lodówce nie zostało.
Jak zawsze żal było opuszczać mój wiejski domek, ale w tym drugim (a raczej pierwszym) miastowym, czekała moja kochana drużyna. Musiałem więc wracać, tym bardziej, że w niedzielę mikołajki i dziatwa wygląda Świętego i prezentów.
W sobotę tak czekali, tak czekali, aż się nie mogli doczekać. W oczekiwaniu na obiad, aby bardzo się nie nudzili, wypuściłem ich na osiedlowy plac zabaw. Przed wyjściem ostrzegałem: "Chłopaki, tylko bez głupich zabaw i wracajcie za godzinę!"
I wrócili... Ba! Nawet po 50 minutach i mówią od progu: "Tata! Ale była ekstra zabawa! Ignaś był królem ziemi! Tylko mu się trochę buty pobrudziły..." Przypomniałem sobie wtedy, że przed blokiem remontują chodniki - jest pełno piachu, zaprawy cementowej, gruzu, porozjeżdżanej ziemi...
Jak wyszedłem z kuchni, z rękami w cieście na pizzę i zobaczyłem ich w progu, dopiero co przed południem posprzątanego mieszkania, to przysiadłem z wrażenia.Tosia, która otworzyła im drzwi jęknęła tylko: "O, Boże!"
A ja jedyne co mogłem zrobić, to krzyknąć: "Stójcie i czekajcie przed drzwiami!"
Opanowując nerwy przypomniałem sobie, że "szczęśliwe dzieci, to brudne dzieci"!
Jakoś doprowadziliśmy z powrotem do ładu klatkę schodową i mieszkanie (z dużą pomocą skruszonych winowajców), nastawiliśmy pralkę z całym kompletem ubrań nygusów, wpierw wytrząsnowszy z kieszeni i zakamarków może z pół kilo piachu!
Na koniec próbowałem z wannie doprowadzić do stanu używalności traperki Ignasia, ze dwa miesiące temu kupione w Lidlu. Niestety nie dało się!
Nie wiem co ten Król Ziemi robił i gdzie wchodził, ale ilość piachu jaką miał wewnątrz butów, nie dała się wytrzepać! Po prostu poszły do kosza!
Jednakże mimo takich wybryków, człowiek i tak kocha tych swoich urwisów! Wieczorem, kiedy do domu dotarła zmęczona żona, zaraz za nią przybył Mikołaj. Wlazł przez otwarte okno. Zostawił siatkę z prezentami i list. I nawet rózgi nie przyniósł...
czwartek, 12 listopada 2015
Kto ty jesteś? Polak mały! Jaki znak twój?...
Moje ORŁY Białe...
Moi kochani, mali patrioci na obchodach Święta Niepodległości.
Przemarsz od katedry, przez Park Kościuszki, Żeromskiego, Rwańską i do Rynku pod Pomnik Czynu Legionowego.
Dostojnie, spokojnie i uroczyście!
wtorek, 27 października 2015
Piękna jesień
Złota polska jesień jest w pełnej krasie. Kiedy świeci słońce na świecie jest pięknie. Aż żal nie poobcować z przyrodą. Żeby nie przegapić tych ulotnych chwil, wybraliśmy się w niedzielne przedpołudnie do lasu - na skraj Puszczy Kozienieckiej w podradomskim Kozłowie. Podczas spaceru rozglądaliśmy się uważnie i znaleźliśmy wspólnie 23 podgrzybki. Filipek znalazł pierwszego.
niedziela, 4 października 2015
Orzechobranie i grzybobranie
Jesień jest piękna tego roku i nie chce odstępować od lata. Pierwszy przymrozek był dopiero 2 dni temu. Sucho dalej, jak przez wakacje. Grzybów w lasach jak na lekarstwo. Wpisy znajomych na Facebooku, czy innych blogach, obrazują obrazki lasu, bo koszyków nie ma co pokazywać, bo świecą pustką. A u nas niespodzianka - pod samym tarasem kolonia kilku koźlarzy babka. Słabo tylko rosną. Nie zrywaliśmy ich. Zobaczymy po kilku dniach, jak się zmienią.
Oprócz niespodzianki w postaci grzybów, po przyjeździe na działkę, czekała na nas jeszcze jedna. A w zasadzie to para. Wiewiórki, jak Chip i Dale, bawiły się z nami w ciuciubabkę i podprowadzały nam orzechy. Musieliśmy ścigać się z nimi, aby dla nas też coś zostało. A że i tak drzewo rozrosło się i zacieniło cały ogródek, to postanowiliśmy je trochę "ogolić"... Tym sposobem nazbieraliśmy 3 wiadra orzechów - będzie co skubać przez zimę...
Oprócz orzechów zebrałem ostatnie kwiaty ogródkowe tej jesieni dla mojej Żony...
poniedziałek, 21 września 2015
Wakacyjny wypad w Bieszczady
Lata minęło już bezpowrotnie. Po niedawnych upałach i temperaturach tropikalnych zostały wspomnienia. Teraz, kiedy wrześniowy chłód i deszcz przyprawia nas o pierwsze w tym sezonie katary, pora przypomnieć sobie minione chwile z wakacyjnego wyjazdu całej naszej pięcioosobowej brygady w Bieszczady.
Pod Otryt do domku leśniczego dotarliśmy o zmierzchu 13 lipca. Jednak
odległość ponad 350
kilometrów , 4 rowery na dachu, troje dzieci, sporo
fotoradarów, i kilkadziesiąt kilometrów bieszczadzkich dróg na finiszu zrobiła
swoje – prawie 8 godzin w podróży, dotarcie na miejsce po zachodzie słońca,
więc sił starczyło na rozpakowanie bagaży.
Ten poniedziałek był akurat chłodny i wilgotny, dlatego w domku panował taki sam klimat, który wraz z żoną i dziećmi, nakłonił mnie do zmiany temperatury przez rozpalenia ognia w kozie. Pani Basia, żona leśniczego, zawczasu przygotowała dla nas drewno w koszyku, dlatego szybko w chatce zrobiło się ciepło, a nawet gorąco. Jednak koza oddaje ciepło całą sobą, a ja wrzuciłem parę polan, jak w swoim wiejskim kominku. Efekt był taki, że zasypiać musieliśmy przy otwartych na oścież oknach, raz po raz wyganiając wpakowujące się do wnętrza ćmy i inne owady.
Ten poniedziałek był akurat chłodny i wilgotny, dlatego w domku panował taki sam klimat, który wraz z żoną i dziećmi, nakłonił mnie do zmiany temperatury przez rozpalenia ognia w kozie. Pani Basia, żona leśniczego, zawczasu przygotowała dla nas drewno w koszyku, dlatego szybko w chatce zrobiło się ciepło, a nawet gorąco. Jednak koza oddaje ciepło całą sobą, a ja wrzuciłem parę polan, jak w swoim wiejskim kominku. Efekt był taki, że zasypiać musieliśmy przy otwartych na oścież oknach, raz po raz wyganiając wpakowujące się do wnętrza ćmy i inne owady.
Nazajutrz wstaliśmy wypoczęci i w dobrym nastroju, pełni
werwy i ochoty do zdobywania bieszczadzkich szczytów. Po zjedzeniu śniadanka,
wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy przez Dwernik i Nasiczne do przełęczy
pomiędzy połoninami Caryńską i Wetlińską w Berehach Górnych. Tam na parkingu
przy wiacie Bieszczadzkiego Parku Narodowego zostawiliśmy auto, wykorzystując
dobrodziejstwa i przywileje jakie niesie za sobą bycie rodziną 2+3, czyli będąc
posiadaczem „Karty Dużej Rodziny”, nie płacąc za wstęp na teren parku, a
jedynie ponosząc opłatę za pozostawienia samochodu i ruszyliśmy czerwonym
szlakiem w górę w kierunku górskich łąk, gdzie stoi najwyżej położone
bieszczadzkie schronisko, czyli okryta legendą „Chatka Puchatka”.
Schronisko bardzo ascetyczne, warunki spartańskie, niecenzuralne napisy wyryte na stołach. Położone niebiańsko malowniczo, widoki, jakie ukazują się stamtąd oczom, cieszą duszę, na zdjęciach, pocztówkach, wygląda bajecznie… Niestety przy bliższym spotkaniu, miano kultowego schroniska ulega zmianie raczej na „schron”. Po powrocie przeczytałem w sieci, że obiekt ten został przejęty przez dyrekcję Bieszczadzkiego Parku Narodowego od PTTKu, po wieloletnich procesach, postępowaniach komorniczych, itp. Może coś się zmieni, może pozyskają fundusze unijne (jak w przypadku zaplecza sanitarnego u wejścia na bieszczadzkie szlaki – gdzie powstały cywilizowane, aczkolwiek znakomicie wkomponowane w otoczenie, toalety, prysznice) i może ten ważny punkt wypraw zmieni się trochę, nie tracąc wiele na swojej tradycji i legendzie. Po dotarciu do owej „Chatki” byłem dumny ze swojej drużyny, a najbardziej z Tosieńki, która mimo swojej skłonności do jęczenia, marudzenia i symulowania zmęczenia, szła samodzielnie, dzielnie znosząc trudy wspinaczki.
Chłopcy również radowali moje serce, kiedy bez najmniejszych oznak zmęczenia, w odróżnieniu ode mnie zalewanego masą strug potu zalewającego i szczypiącego oczy i moczącego plecy, koszulę i plecak, wbiegali na kolejne wzniesienia, przekomarzając się przy tym uparcie, który z nich ma być na przedzie i prowadzić naszą mała grupkę. Kiedy byliśmy na górze zmieniła się pogoda, nadeszły gęste chmury, na odkrytej przestrzeni wiał mocny wiatr, zmuszając nas do przywdziania peleryn. Baliśmy się, aby nie złapała nas groźna burza. Żółtym szlakiem udaliśmy się w dół, w kierunku Przełęczy Wyżnej. Po zejściu do parkingu przy obwodnicy bieszczadzkiej, za dzielny masz, w budce strażnika BdPN Filipkowi i Ignasiowi kupiliśmy po fajnym T-shirt’cie. Od tego czasu prawie nie zdejmowali tych koszulek opisujących ich jako „dzikich bieszczadników”. Ja natomiast dostałem taką z głową wyjącego wilka i odciskiem jego łap na plecach – też fajną.
Schronisko bardzo ascetyczne, warunki spartańskie, niecenzuralne napisy wyryte na stołach. Położone niebiańsko malowniczo, widoki, jakie ukazują się stamtąd oczom, cieszą duszę, na zdjęciach, pocztówkach, wygląda bajecznie… Niestety przy bliższym spotkaniu, miano kultowego schroniska ulega zmianie raczej na „schron”. Po powrocie przeczytałem w sieci, że obiekt ten został przejęty przez dyrekcję Bieszczadzkiego Parku Narodowego od PTTKu, po wieloletnich procesach, postępowaniach komorniczych, itp. Może coś się zmieni, może pozyskają fundusze unijne (jak w przypadku zaplecza sanitarnego u wejścia na bieszczadzkie szlaki – gdzie powstały cywilizowane, aczkolwiek znakomicie wkomponowane w otoczenie, toalety, prysznice) i może ten ważny punkt wypraw zmieni się trochę, nie tracąc wiele na swojej tradycji i legendzie. Po dotarciu do owej „Chatki” byłem dumny ze swojej drużyny, a najbardziej z Tosieńki, która mimo swojej skłonności do jęczenia, marudzenia i symulowania zmęczenia, szła samodzielnie, dzielnie znosząc trudy wspinaczki.
Chłopcy również radowali moje serce, kiedy bez najmniejszych oznak zmęczenia, w odróżnieniu ode mnie zalewanego masą strug potu zalewającego i szczypiącego oczy i moczącego plecy, koszulę i plecak, wbiegali na kolejne wzniesienia, przekomarzając się przy tym uparcie, który z nich ma być na przedzie i prowadzić naszą mała grupkę. Kiedy byliśmy na górze zmieniła się pogoda, nadeszły gęste chmury, na odkrytej przestrzeni wiał mocny wiatr, zmuszając nas do przywdziania peleryn. Baliśmy się, aby nie złapała nas groźna burza. Żółtym szlakiem udaliśmy się w dół, w kierunku Przełęczy Wyżnej. Po zejściu do parkingu przy obwodnicy bieszczadzkiej, za dzielny masz, w budce strażnika BdPN Filipkowi i Ignasiowi kupiliśmy po fajnym T-shirt’cie. Od tego czasu prawie nie zdejmowali tych koszulek opisujących ich jako „dzikich bieszczadników”. Ja natomiast dostałem taką z głową wyjącego wilka i odciskiem jego łap na plecach – też fajną.
Po zejściu ze szlaków posililiśmy się w "Starym Siole" - uroczej restauracji w Wetlinie. Polecamy miejsce ze względu na swoją atmosferę, pyszną kuchnię i niewygórowane ceny.
Kolejnego dnia pobytu postanowiliśmy spotkać się z osławioną atrakcją bieszczadzką – kolejką wąskotorową w Majdanie koło Cisnej. Przeczytaliśmy w Internecie (mimo słabego sygnału w komórce), że przejazdy organizowane są dwa razy dziennie: o 10:00 na trasie Majdan-Przysłup-Majdan oraz o 13:00 do Balnicy przy słowackiej granicy i z powrotem.
Próbowaliśmy dotrzeć na stację tak, aby zdążyć na pierwszy pociąg. Byliśmy na miejscu o 9:50, jednakże nie załapaliśmy się na zaplanowany kurs, gdyż wszystkie bilety już zostały wyprzedane. Nie pozostało nam nic innego, jak kupić bilety i poczekać do godziny 13tej na następną trasę w przeciwnym kierunku. Z racji, że mieliśmy te kilka godzin zapasu, postanowiliśmy dokładnie pooglądać skansen starej kolejki – stację, przeróżne rodzaje wagoników, parowozów i lokomotyw, zwrotnic, oznaczeń kolejowych. Później podjechaliśmy do Cisnej, poszwędać się pomiędzy straganami i knajpkami. Kupiliśmy i wysłaliśmy tradycyjne kartki do naszych przyjaciół i znajomych. Podczas wybierania pocztówek, na jednej z nich usiadła sobie pszczółka, a Tosia mądrze postanowiła ją zgonić. Nie trudno przewidzieć, czym to się skończyło. Oczywiście wieeelkim krzykiem i żądłem w palcu. Na szczęście zawsze pod ręką mamy pomoc medyczną w postaci mojej Iwonki, która w pobliskim ośrodku zdrowia zorganizowała igłę do strzykawki i przy głośnym „śpiewie” Tosi, wyjęła drażniące żądełko. Kiedy wsiadaliśmy do ciuchci po bólu nie było śladu. Za namową Filipka zajęliśmy miejsca w pierwszym wagoniku, tuż za lokomotywą. Skutek był taki, że dokładnie czuliśmy zapach spalin, wysilającej się przy podjazdach ciuchci oraz, ze względu na jej spore gabaryty, mieliśmy ograniczone pole widzenia i podziwiania widoków na trasie przejazdu. Na szczęście tylko w jedną stronę, bo po przyjeździe do Balnicy lokomotywę przetoczono po bocznym torze i przepięto na drugi koniec składu. Tym sposobem z powrotem jechaliśmy w ostatnim wagoniku i było już dużo przyjemniej. W powrotnej drodze przyjemny powiew chodził nasze głowy rozglądające się po trasie przejazdu. Na zakończenie wyjazdu zahaczyliśmy o leśny zwierzyniec nieopodal Cisnej.
Tam dzieciaki miały frajdę z obcowania ze zwierzętami – głaskali i karmili z ręki daniele, jelenie, kozy, muflony, a miały okazję zobaczyć jeszcze wiele innych stworzeń. Po całym dniu wróciliśmy do Chmiela, gubiąc po drodze na Przełęczy Wyżnej portfel Filipka, dzięki czemu kolejnego dnia spotkaliśmy się z jego uczciwym znalazcą, przemiłym panem Ramzesem z Gniezna, który szukał mnie przez wszystkie dostępne portale społecznościowe, i z którym umówiliśmy się tuż u wejścia na szlak na Rawki przy drodze do schroniska „Pod Rawkami”.
Kolejnego dnia pobytu postanowiliśmy spotkać się z osławioną atrakcją bieszczadzką – kolejką wąskotorową w Majdanie koło Cisnej. Przeczytaliśmy w Internecie (mimo słabego sygnału w komórce), że przejazdy organizowane są dwa razy dziennie: o 10:00 na trasie Majdan-Przysłup-Majdan oraz o 13:00 do Balnicy przy słowackiej granicy i z powrotem.
Próbowaliśmy dotrzeć na stację tak, aby zdążyć na pierwszy pociąg. Byliśmy na miejscu o 9:50, jednakże nie załapaliśmy się na zaplanowany kurs, gdyż wszystkie bilety już zostały wyprzedane. Nie pozostało nam nic innego, jak kupić bilety i poczekać do godziny 13tej na następną trasę w przeciwnym kierunku. Z racji, że mieliśmy te kilka godzin zapasu, postanowiliśmy dokładnie pooglądać skansen starej kolejki – stację, przeróżne rodzaje wagoników, parowozów i lokomotyw, zwrotnic, oznaczeń kolejowych. Później podjechaliśmy do Cisnej, poszwędać się pomiędzy straganami i knajpkami. Kupiliśmy i wysłaliśmy tradycyjne kartki do naszych przyjaciół i znajomych. Podczas wybierania pocztówek, na jednej z nich usiadła sobie pszczółka, a Tosia mądrze postanowiła ją zgonić. Nie trudno przewidzieć, czym to się skończyło. Oczywiście wieeelkim krzykiem i żądłem w palcu. Na szczęście zawsze pod ręką mamy pomoc medyczną w postaci mojej Iwonki, która w pobliskim ośrodku zdrowia zorganizowała igłę do strzykawki i przy głośnym „śpiewie” Tosi, wyjęła drażniące żądełko. Kiedy wsiadaliśmy do ciuchci po bólu nie było śladu. Za namową Filipka zajęliśmy miejsca w pierwszym wagoniku, tuż za lokomotywą. Skutek był taki, że dokładnie czuliśmy zapach spalin, wysilającej się przy podjazdach ciuchci oraz, ze względu na jej spore gabaryty, mieliśmy ograniczone pole widzenia i podziwiania widoków na trasie przejazdu. Na szczęście tylko w jedną stronę, bo po przyjeździe do Balnicy lokomotywę przetoczono po bocznym torze i przepięto na drugi koniec składu. Tym sposobem z powrotem jechaliśmy w ostatnim wagoniku i było już dużo przyjemniej. W powrotnej drodze przyjemny powiew chodził nasze głowy rozglądające się po trasie przejazdu. Na zakończenie wyjazdu zahaczyliśmy o leśny zwierzyniec nieopodal Cisnej.
Tam dzieciaki miały frajdę z obcowania ze zwierzętami – głaskali i karmili z ręki daniele, jelenie, kozy, muflony, a miały okazję zobaczyć jeszcze wiele innych stworzeń. Po całym dniu wróciliśmy do Chmiela, gubiąc po drodze na Przełęczy Wyżnej portfel Filipka, dzięki czemu kolejnego dnia spotkaliśmy się z jego uczciwym znalazcą, przemiłym panem Ramzesem z Gniezna, który szukał mnie przez wszystkie dostępne portale społecznościowe, i z którym umówiliśmy się tuż u wejścia na szlak na Rawki przy drodze do schroniska „Pod Rawkami”.
Ten dzień był upalny, a wejście na Rawki z naszą trójką też
nas wszystkich wymęczyło, dlatego kolejnego dnia postanowiliśmy wybrać się w
bardziej rekreacyjne i leniwe obszary bieszczadzkie, mianowicie nad zbiornik
soliński i na zaporę. Jej ogrom zawsze robi na mnie wrażanie, tym bardziej
wiedziałem, że dzieciom również się spodoba.
Tym bardziej, że to nie tylko tama, ale także stragany, pamiątki, ryby wielkości człowieka pod zaporą, helikoptery parkujące pod elektrownią, największy ekologiczny mural w Polsce na betonowym płaszczu zapory… Po zobaczeniu tego wszystkiego posiedzieliśmy, poopalaliśmy, popluskaliśmy i porzucaliśmy „kaczki” nad jeziorem z przyjemnie chłodzącą wodą. Ignaś kolejny raz zadziwiał nas bawiąc się zapamiętale, kiedy znalazł w wodzie starą sznurówkę. Przywiązał do niej spory kamień i udawał, że to jego piesek. Czego on tam z nim nie robił? Ciągnął, kąpał, głaskał, obracał… Jak to czasami niewiele potrzeba do zabawy i do szczęścia! Może posiedzielibyśmy tam i dłużej, ale znad południowych wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, a powietrze robiło się coraz gęstsze i cięższe.
Burza wisiała na włosku, a my auto zostawiliśmy po drugiej stronie zbiornika w Solinie. Kiedy zebraliśmy się z plaży, poszliśmy na obiad, mając nadzieję, że popada jak będziemy pod dachem w restauracji. Niestety, upał tylko się spotęgował. Najedzeni ruszyliśmy z powrotem, lecz kiedy tylko weszliśmy na zaporę zaczęły padać pierwsze, wielkie krople deszczu. Z początku nieśmiałe, powolne, w sporej odległości od siebie. Przyśpieszyliśmy więc kroku, jednakże zapory solińskej, która ma ponad600 m
długości, nie da się przebiec błyskawicznie. Ta nieświadomość wówczas długości
okazała się dla nas zgubna. Po przejściu ok. jednej trzeciej długości tamy
deszcz siekł równo, a kropelki miały rozmiar pięciozłotówki. Rozpoczęliśmy
bieg, trzymając za rączki nasze urwisy, chcieliśmy schronić się w otwartych
pomieszczeniach na szczycie korony. Kiedy do nich dotarliśmy, okazało się, że
już są pełne takich samych turystów jak my i nie ma nawet, gdzie palca wetknąć.
Próbując przytulając się do ścian schronić pod okapem dachu, usłyszeliśmy nagle
wycie syren, a za chwilę przez megafon rozległ się głos, który nakazywał
natychmiastowe opuszczenie zapory, ze względu na zagrożenie piorunami. Nie
pozostało nam nic innego, tylko znów złapać się za ręce i wskoczyć w lejący z
nieba potok, i biec z kierunku bramy, za którą zaczynały się gęsto stojące budki
z pamiątkami i małą gastronomią. Po przebiegnięciu truchtem kolejnych 300 metrów byliśmy
przemoczeni do suchej nitki. Na szczęście w plecaku mieliśmy suche koszulki, a
spodnie i buty szybko przeschły, bo temperatura utrzymywała się dalej
tropikalna, prawie taka sama, jak przed burzą. Korzystając z charakteru uroku
miejsca, wydaliśmy trochę grosza przy straganach na pamiątki i drobnostki.
Chłopcy kupili sobie upragnione scyzoryki, ale nie takie zwykłe noże, tylko
funkcjonalne przyborniki harcerskie z łyżką i widelcem oraz jeszcze paroma
funkcjami. Od tego czasu mieli je przytroczone do pasków i wszystko już nimi
jedli – pierogi w restauracji, jajecznicę w schronisku.
My z żoną, tradycyjnie już, wróciliśmy z dwoma kolejnymi, ręcznie malowanymi filiżankami do kawy z motywem bieszczadzkim. Miło będzie popijać w domku kawę, wspominając kolejną wyprawę w ukochane góry.
Tym bardziej, że to nie tylko tama, ale także stragany, pamiątki, ryby wielkości człowieka pod zaporą, helikoptery parkujące pod elektrownią, największy ekologiczny mural w Polsce na betonowym płaszczu zapory… Po zobaczeniu tego wszystkiego posiedzieliśmy, poopalaliśmy, popluskaliśmy i porzucaliśmy „kaczki” nad jeziorem z przyjemnie chłodzącą wodą. Ignaś kolejny raz zadziwiał nas bawiąc się zapamiętale, kiedy znalazł w wodzie starą sznurówkę. Przywiązał do niej spory kamień i udawał, że to jego piesek. Czego on tam z nim nie robił? Ciągnął, kąpał, głaskał, obracał… Jak to czasami niewiele potrzeba do zabawy i do szczęścia! Może posiedzielibyśmy tam i dłużej, ale znad południowych wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, a powietrze robiło się coraz gęstsze i cięższe.
Burza wisiała na włosku, a my auto zostawiliśmy po drugiej stronie zbiornika w Solinie. Kiedy zebraliśmy się z plaży, poszliśmy na obiad, mając nadzieję, że popada jak będziemy pod dachem w restauracji. Niestety, upał tylko się spotęgował. Najedzeni ruszyliśmy z powrotem, lecz kiedy tylko weszliśmy na zaporę zaczęły padać pierwsze, wielkie krople deszczu. Z początku nieśmiałe, powolne, w sporej odległości od siebie. Przyśpieszyliśmy więc kroku, jednakże zapory solińskej, która ma ponad
My z żoną, tradycyjnie już, wróciliśmy z dwoma kolejnymi, ręcznie malowanymi filiżankami do kawy z motywem bieszczadzkim. Miło będzie popijać w domku kawę, wspominając kolejną wyprawę w ukochane góry.
Piątego dnia pobytu znowu wybraliśmy się w dziki Bieszczad.
Tym razem chcieliśmy dzieciom pokazać malowniczą przełęcz na Przysłopie
Caryńskim i znajdujące się tam schronisko Koliba. My bywaliśmy tam parokrotnie,
podczas naszych wcześniejszych wędrówek i bardzo lubiliśmy urok tego miejsca.
Jednakże my znaliśmy Kolibę inną, starą, małą. Ostatnio byliśmy w niej z małym
rocznym Filipkiem w 2007 roku.
Ale tamtej chaty już nie ma. Od paru lat funkcjonuje w nowej, większej, a nawet dużo większej formie. Zdziwiła mnie natomiast pustka i cisza jaką zastaliśmy. Oprócz nas nie było na początku nikogo. Po dłuższym czasie zeszły dwie panie pomieszkujące w budynku, a po chwili przysiadł się jeden chłopak schodzący z Połoniny Caryńskiej, aby napić się trochę wody i zjeść kanapkę (okazało się w niedzielę, że to młody ksiądz, który w Chmielu z grupką oazowiczów spędzał wakacje). I nikogo więcej – w środku pięknego lata, na jednym z najgłówniejszych szlaków bieszczadzkich, w jednym z uroczych schronisk, z jednym z najbardziej malowniczych widoków na roztaczające się panoramy gór. Stwierdziłem wtedy, że jednak zmienił się sposób odpoczywania i spędzania wolnego czasu przez Polaków – szukają wygód, nowoczesnych atrakcji, czegoś „nowego”, „innego”… Z jednej strony to dobrze, bo przyroda skorzysta, odżyje, na nowo zdziczeje, odrodzi się. Ale z drugiej to jakoś tak dziwnie, że coraz mniej jest ludzi, którzy chcą z nią obcować, cieszyć się nią, odkrywać i poznawać…
Mnie się udało poobcować bardziej namacalnie, bo zbiegając samotnie do parkingu w Bereżkach, spotkałem pięknego, wielkiego jelenia, który podszedł do wodopoju. Kiedy mnie usłyszał czmychnął momentalnie w zarośla, a ja mogłem jedynie popatrzeć sobie na jego tropy, ładnie odciśnięte w miękkiej ściółce. Po dotarciu do auta, objechałem dookoła i przez Dwernik, starą malowniczą drożyną, udałem się przez kultowe Caryńskie (nieistniejącą już, a niegdyś tętniącą życiem wieś) w stronę Koliby, skąd schodzili Iwonka z dziećmi.
Spotkaliśmy się prawie przy tablicy upamiętniającej i opisującej tą starą miejscowość. Pokusiliśmy się również o odwiedzenie ukrytego nieco z boku w zaroślach cerkwiska i starego cmentarza, na którym mieliśmy kiedyś z żoną magiczną przygodę. Dla chłopców było to ogromne przeżycie, kiedy nagle za potokiem, po przedarciu się przez olbrzymie chaszcze, ich oczom okazało się stare ogrodzenie, a za nim masywne stare modrzewie, jesiony i świerki, a w śród których stał krzyż, a obok kilka kamiennych nagrobków i fragment cerkiewnej ściany.
Ale tamtej chaty już nie ma. Od paru lat funkcjonuje w nowej, większej, a nawet dużo większej formie. Zdziwiła mnie natomiast pustka i cisza jaką zastaliśmy. Oprócz nas nie było na początku nikogo. Po dłuższym czasie zeszły dwie panie pomieszkujące w budynku, a po chwili przysiadł się jeden chłopak schodzący z Połoniny Caryńskiej, aby napić się trochę wody i zjeść kanapkę (okazało się w niedzielę, że to młody ksiądz, który w Chmielu z grupką oazowiczów spędzał wakacje). I nikogo więcej – w środku pięknego lata, na jednym z najgłówniejszych szlaków bieszczadzkich, w jednym z uroczych schronisk, z jednym z najbardziej malowniczych widoków na roztaczające się panoramy gór. Stwierdziłem wtedy, że jednak zmienił się sposób odpoczywania i spędzania wolnego czasu przez Polaków – szukają wygód, nowoczesnych atrakcji, czegoś „nowego”, „innego”… Z jednej strony to dobrze, bo przyroda skorzysta, odżyje, na nowo zdziczeje, odrodzi się. Ale z drugiej to jakoś tak dziwnie, że coraz mniej jest ludzi, którzy chcą z nią obcować, cieszyć się nią, odkrywać i poznawać…
Mnie się udało poobcować bardziej namacalnie, bo zbiegając samotnie do parkingu w Bereżkach, spotkałem pięknego, wielkiego jelenia, który podszedł do wodopoju. Kiedy mnie usłyszał czmychnął momentalnie w zarośla, a ja mogłem jedynie popatrzeć sobie na jego tropy, ładnie odciśnięte w miękkiej ściółce. Po dotarciu do auta, objechałem dookoła i przez Dwernik, starą malowniczą drożyną, udałem się przez kultowe Caryńskie (nieistniejącą już, a niegdyś tętniącą życiem wieś) w stronę Koliby, skąd schodzili Iwonka z dziećmi.
Spotkaliśmy się prawie przy tablicy upamiętniającej i opisującej tą starą miejscowość. Pokusiliśmy się również o odwiedzenie ukrytego nieco z boku w zaroślach cerkwiska i starego cmentarza, na którym mieliśmy kiedyś z żoną magiczną przygodę. Dla chłopców było to ogromne przeżycie, kiedy nagle za potokiem, po przedarciu się przez olbrzymie chaszcze, ich oczom okazało się stare ogrodzenie, a za nim masywne stare modrzewie, jesiony i świerki, a w śród których stał krzyż, a obok kilka kamiennych nagrobków i fragment cerkiewnej ściany.
Ta wyprawa była kulminacją naszego wyjazdu. Następnego dnia
udaliśmy się poplażować trochę w Polańczyku. Mile spędziliśmy gorący dzień na aktywnym
odpoczywaniu nad wodą. Nie leżeliśmy plackiem tylko pedałowaliśmy parę godzin
po jeziorze na rowerze wodnym. Dla dzieciaków kreatywnym okazał się również sam
brzeg wody, a zwłaszcza jego gliniaste podłoże. Taplali się w tej glinie,
wymyślając różnego rodzaju wyroby. Wyobraźnia podsuwała im pączki, granaty,
buławy z wyłowionych kiji i wodorostów. Czego to małe, mądre główki nie
wymyślą? W powrotnej drodze do Chmiela mieliśmy też małą przygodę. Z racji, że jechaliśmy po
zmroku, okrężną drogą, tak aby nacieszyć oczy urokiem wysokich gór, w okolicy
wsi Nasiczne zatrzymał nas do kontroli patrol straży granicznej. Wojskowi,
kiedy zobaczyli troje śpiących w fotelikach dzieci, rozpytywali skąd i dokąd
jedziemy, dokładnie sprawdzili wszystkie dokumenty, a nawet wrzucali coś na
komputer. Wówczas to jeden z funkcjonariuszy wyjaśnił mi obecność bojowych
helikopterów, które widzieliśmy dwukrotnie parę dni wcześniej pod Rawkami i nad
Kolibą. To wojsko odbywało szkolenie ganiając się po lasach i uprawiając
survival.
Nastał ostatni dzień naszego pobytu i pora wracać do
Radomia. W powrotnej drodze zawitaliśmy do Sanoka, gdzie chcieliśmy zwiedzić
słynny skansen z charakterystycznym „rynkiem galicyjskim”.
Interaktywny charakter miejsca sprawił, że spędziliśmy tam większość dnia i byliśmy prawie do zamknięcia muzeum. Przeróżne warsztaty rzemieślnicze, sklepy i urzędy zaprezentowały stare zawody i zajęcia. Szczególnie podobała się nam poczta, apteka, zakład fotograficzny, produkcja witraży i biżuterii, skąd żona dostała stylowy, ręcznie robiony, gięty, zielony wazon na kwiaty. Zwiedziliśmy także cały teren muzeum, wszystkie chaty, cerkwie, młyny, dworki i osobliwość tamtego miejsca – ekspozycję poświęconą przemysłowi naftowemu, który miał swoją kolebkę na polskim Podkarpaciu. W pamięci zostały wieże wiertnicze, kiwaki i pojemniki na paliwo.
Interaktywny charakter miejsca sprawił, że spędziliśmy tam większość dnia i byliśmy prawie do zamknięcia muzeum. Przeróżne warsztaty rzemieślnicze, sklepy i urzędy zaprezentowały stare zawody i zajęcia. Szczególnie podobała się nam poczta, apteka, zakład fotograficzny, produkcja witraży i biżuterii, skąd żona dostała stylowy, ręcznie robiony, gięty, zielony wazon na kwiaty. Zwiedziliśmy także cały teren muzeum, wszystkie chaty, cerkwie, młyny, dworki i osobliwość tamtego miejsca – ekspozycję poświęconą przemysłowi naftowemu, który miał swoją kolebkę na polskim Podkarpaciu. W pamięci zostały wieże wiertnicze, kiwaki i pojemniki na paliwo.
Do Radomia wróciliśmy grubo po północy zmęczeni, ale
szczęśliwi. Teraz mamy co pamiętać, wspominać i możemy oglądając zdjęcia,
planować następne wakacje, wyjazdy i powroty w Bieszczady.
niedziela, 20 września 2015
Szafa - powolna renowacja
W tym sezonie wakacyjnym, jak nigdy wcześniej, spędziłem z rodziną sporo czasu na wsi. Dyżury Iwonki pozwoliły nam tak zaplanować czas, aby na jak najkrócej wracać do miasta. Dzięki temu mogłem wykonać kilka zaległych prac. O wszystkich nie ma co pisać, ale o starej szafie wspomnieć wypada, tym bardziej, że kiedyś obiecałem, że jak się nią zajmę, to poinformuję.
Dużą pomoc przy pracy okazał mi mój syn Filip. Jaki był dumny i zadowolony, że mógł mi pomóc, i że nie była to żadna zabawa, tylko najprawdziwsza praca - prawdziwe narzędzie, kurz, pył i widoczne efekty... Szlifowanie, rozłożonego na części mebla, trwało z przerwami kilka dni. Nieodzowna okazała się szlifierka oscylacyjna i plik papierów ściernych o kilku grubościach.
Pogoda upalna też nam sprzyjała i dzięki temu prace mogliśmy prowadzić na dworze, nie narażając domu na zapylenie i co za tym idzie - długotrwałe sprzątanie.
Problemem jednak okazało się malowanie. Mebel miał otrzymać styl "vintage", jednakże biała lakierobejca z Ikei bardzo ślizgała się pod pędzlem, tworzyła grudki i nie chciała schnąć. Nie bardzo rozumiem, co mogło być tego przyczyną. Czy zestarzała się, czy stare drzewo jej nie przyjmowało...
Zobaczcie kilka zdjęć z etapu szlifowania.
Dużą pomoc przy pracy okazał mi mój syn Filip. Jaki był dumny i zadowolony, że mógł mi pomóc, i że nie była to żadna zabawa, tylko najprawdziwsza praca - prawdziwe narzędzie, kurz, pył i widoczne efekty... Szlifowanie, rozłożonego na części mebla, trwało z przerwami kilka dni. Nieodzowna okazała się szlifierka oscylacyjna i plik papierów ściernych o kilku grubościach.
Pogoda upalna też nam sprzyjała i dzięki temu prace mogliśmy prowadzić na dworze, nie narażając domu na zapylenie i co za tym idzie - długotrwałe sprzątanie.
Problemem jednak okazało się malowanie. Mebel miał otrzymać styl "vintage", jednakże biała lakierobejca z Ikei bardzo ślizgała się pod pędzlem, tworzyła grudki i nie chciała schnąć. Nie bardzo rozumiem, co mogło być tego przyczyną. Czy zestarzała się, czy stare drzewo jej nie przyjmowało...
Zobaczcie kilka zdjęć z etapu szlifowania.
W trakcie malowania byłem tak zły, że o robieniu zdjęć nawet myśleć nie chciałem. Tak naprawdę, to jeszcze nie skończyłem. Stoi już co prawda zmontowana na swoim docelowym miejscu, ale nie czas jeszcze się nią chwalić... Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy malować ją drugi raz tą samą farbą z Ikei, czy poszukać czegoś innego?
czwartek, 25 czerwca 2015
Miała babcia kurkę, kurkę złotopiórkę...
Moja babcia Krysia ma 86 lat. Mieszka sama w małym domku, sąsiadującym z naszym, bez większych wygód. Zawsze się bardzo cieszy, jak przyjeżdżamy i jesteśmy obok niej.
Ja, kiedy byłem małym chłopcem, spędzałem u niej wszystkie wakacje - nie byłem nigdy na żadnym zorganizowanym wyjeździe, typu kolonia, czy obóz. Tam miałem wolność, swobodę, fajnych znajomych. Z sentymentem wspominam czasy sianokosów, żniw i prac z nimi związanymi, które wówczas były dla mnie i moich rówieśników wyśmienitą zabawą. Zanim powstał zbiornik wodny w Koszorowie, rzeczka Szabasówka, płynęła wartko, dając wspaniałe możliwości budowania tam, zapór i małego spiętrzania wody, tworząc w ten sposób fajne kąpieliska. Stawy u Pana Leszka, leżące tuż za rzeczką, też były głębsze, oczyszczone i zadbane. Ile to się tam napływałem kajakiem - płótnianym składakiem. Do dziś pamiętam groźną z niego wywrotkę, przy wysiadaniu obok pnia zwalonej wierzby, kiedy to utopiłem leżące w nim rzeczy, w tym komunijny zegarek elektroniczny, który dostałem od rodziców...
W tej chwili babcia już nie uprawia pola - nie zbiera zboża, ani ziemniaków, nie hoduje żadnej krówki, czy świnki, ale widać, że jej tego brakuje. Ma namiastkę roli w przydomowym ogródku - parę grządek ogórków, marchewki, pietruszki, sporo kwiatów - dużo cynii, mieczyków, astrów, piwonii, konwalii... Mimo, że wiek ma już słuszny, to ten ogródek jest jej oczkiem w głowie. Od lat zadziwia mnie, jak ładnie potrafi go doglądać i plewić. W okularach na nosie, prawie na kolanach, z dokuczającym nadciśnieniem, ale wszystkie chwaściska wyrwie co do jednego, zostawiając równe rzędy młodziutkich warzyw i kwiatów (przy okazji obleci jeszcze trochę mojego ogródka). Ostatnio opowiadała mi, bardzo poruszona, jakie spustoszenie sprawił jej kret, który zbobrował dużą część warzywniaka.
Oprócz tych paru zagonków, babcia krząta się przy paru stworzeniach - ma 5 kurek, 3 paroletnie kaczki i pieska Tofika, który jest młody, głupawy i skutecznie jej uszczupla to stadko, od czasu do czasu, jakąś przyduszając. Aaa, zapomniałem jeszcze o jaskółkach w oborze, które corocznie do babci przylatują. Zawsze wyczekuje ich przylotu na przedwiośniu i czeka na nie, zawczasu uchylając im wrota, aby mogły znaleźć gniazdo. Kiedy przylatują, babcia zawsze mi o tym mówi, a uśmiech na jej twarzy jest taki, jak u małego dziecka, otrzymującego długo wyczekiwaną zabawkę.
Kiedy przyjeżdżam na wieś ze swoimi dziećmi, babcia lubi, kiedy krzątają się obok niej - pozwala im karmić kurki, sypać im ziarno, kruszyć chleb kaczkom, strofuje Tofika, aby nadto na nich nie ujadał...
Szczególnie moja Tosia upodobała sobie to pomaganie prababci. Ostatnio często słyszę: "Babciu, babciu, złap mi kurkę, to ją pogłaszczę!" No i co? Babcia łapie i Tosia głaszcze kurkę po złocistych piórkach... i "alefajnym" grzebieniu.
Ja, kiedy byłem małym chłopcem, spędzałem u niej wszystkie wakacje - nie byłem nigdy na żadnym zorganizowanym wyjeździe, typu kolonia, czy obóz. Tam miałem wolność, swobodę, fajnych znajomych. Z sentymentem wspominam czasy sianokosów, żniw i prac z nimi związanymi, które wówczas były dla mnie i moich rówieśników wyśmienitą zabawą. Zanim powstał zbiornik wodny w Koszorowie, rzeczka Szabasówka, płynęła wartko, dając wspaniałe możliwości budowania tam, zapór i małego spiętrzania wody, tworząc w ten sposób fajne kąpieliska. Stawy u Pana Leszka, leżące tuż za rzeczką, też były głębsze, oczyszczone i zadbane. Ile to się tam napływałem kajakiem - płótnianym składakiem. Do dziś pamiętam groźną z niego wywrotkę, przy wysiadaniu obok pnia zwalonej wierzby, kiedy to utopiłem leżące w nim rzeczy, w tym komunijny zegarek elektroniczny, który dostałem od rodziców...
W tej chwili babcia już nie uprawia pola - nie zbiera zboża, ani ziemniaków, nie hoduje żadnej krówki, czy świnki, ale widać, że jej tego brakuje. Ma namiastkę roli w przydomowym ogródku - parę grządek ogórków, marchewki, pietruszki, sporo kwiatów - dużo cynii, mieczyków, astrów, piwonii, konwalii... Mimo, że wiek ma już słuszny, to ten ogródek jest jej oczkiem w głowie. Od lat zadziwia mnie, jak ładnie potrafi go doglądać i plewić. W okularach na nosie, prawie na kolanach, z dokuczającym nadciśnieniem, ale wszystkie chwaściska wyrwie co do jednego, zostawiając równe rzędy młodziutkich warzyw i kwiatów (przy okazji obleci jeszcze trochę mojego ogródka). Ostatnio opowiadała mi, bardzo poruszona, jakie spustoszenie sprawił jej kret, który zbobrował dużą część warzywniaka.
Oprócz tych paru zagonków, babcia krząta się przy paru stworzeniach - ma 5 kurek, 3 paroletnie kaczki i pieska Tofika, który jest młody, głupawy i skutecznie jej uszczupla to stadko, od czasu do czasu, jakąś przyduszając. Aaa, zapomniałem jeszcze o jaskółkach w oborze, które corocznie do babci przylatują. Zawsze wyczekuje ich przylotu na przedwiośniu i czeka na nie, zawczasu uchylając im wrota, aby mogły znaleźć gniazdo. Kiedy przylatują, babcia zawsze mi o tym mówi, a uśmiech na jej twarzy jest taki, jak u małego dziecka, otrzymującego długo wyczekiwaną zabawkę.
Kiedy przyjeżdżam na wieś ze swoimi dziećmi, babcia lubi, kiedy krzątają się obok niej - pozwala im karmić kurki, sypać im ziarno, kruszyć chleb kaczkom, strofuje Tofika, aby nadto na nich nie ujadał...
Szczególnie moja Tosia upodobała sobie to pomaganie prababci. Ostatnio często słyszę: "Babciu, babciu, złap mi kurkę, to ją pogłaszczę!" No i co? Babcia łapie i Tosia głaszcze kurkę po złocistych piórkach... i "alefajnym" grzebieniu.
piątek, 19 czerwca 2015
Działkowe sposoby na czerwcowe upały
Ostatnia sobota była skwarna i parna. Niemalże nie było czym oddychać. Normalnie nie dało się wytrzymać, a zwykłe zabawy nie przynosiły radości. Lejący się żar z nieba i duchota na polach pod Krawarą, kiedy wybraliśmy się na rowery, przyczyniły się jedynie do obrzęku ignasiowych oczu. Siedzieć w domu? Cóż za radocha! Więc postanowiliśmy się troszkę schłodzić... Harce z wężem do podlewania i zraszaczem uratowały i jednocześnie zagwarantowały dobry dzień. Opowiadań po powrocie nie było końca. A najbardziej byli zadowoleni z wyprodukowanej i uwiecznionej tęczy.
Tego samego dnia znalazłem również na belce pod dachem werandy piękniutkie gniazdko, a w nim cztery maluteńkie błękitne jajeczka. Pewnie niedługo się wyklują małe piękne rudziki, jak mój tata mawia na te kolorowe rudawe ptaszki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































