piątek, 22 kwietnia 2016

Wycinka

Rozstaliśmy się  z kilkoma drzewami. Przez ćwierć wieku porósł u nas spory las - kilkadziesiąt drzew i krzewów, reprezentantów większości polskich gatunków, ledwo mieściła się na 1200 metrach kwadratowych. Przerasatły jedne drugie, przeszkadzając sobie w należytym wzroście. Dodatkowo mocno zacieniały ogródek i stwarzały zagrożenie  dla linii energetycznych. Teraz mam sporo terenu pod kwiatuszki czy krzaczki. Czekamy tylko, żeby  nasz mistrz od prac ziemnych Tata Stach, pięknie  wyplantował miejsce pod płotami po drzewach.

Tak było jeszcze kilka dni temu...

A tak wczoraj po pracy koparki i taty...

piątek, 15 kwietnia 2016

Kanalizacyjne wykończenia

Wreszcie przyszedł czas na przywrócenie stanu pierwotnego ogródka wokół domu rozkopanego podczas zeszłorocznych robót związanych z budową w naszej wsi sieci kanalizacyjnej. Trzeba przyznać, że w moim przypadku nie do końca jest to identyczne "przywrócenie". Przy okazji nastąpiło kilka zmian. Jedną w kluczowych to podniesienie terenu przy furtce od strony rzeki, w miejscu gdzie podczas deszczy lub w wilgotnych porach roku wychodziła woda podskórna i zawsze płynął mały strumyczek lub stała kałuża (to zasługa, jak zawsze przy tego typu pracach związanych z plantowaniem terenu, mojego taty Stasia!). Druga wymuszona zmiana to renowacja trawnika - nie oszczędziły go koła i łycha koparki, a kreciki również szalały sobie na nim od dawna. Trzecia zmiana dotyczy mojego bogatego drzewostanu, kilka drzew zostało wyciętych, parę przesadzonych. W kolejce czeka parę sosenek (może powstanie z nich niedługo nowa drewutnia).
Pracy jak zawsze dużo, tylko czasu mało!
Na szczęście trawka posiana już wschodzi i ziemia się lekko zieleni.
Liście wygrabione odsłoniły wschodzące funkie, konwalie i paprocie.
Ogródek czeka w gotowości na zagospodarowanie - malinki odbijają, piwonie już spore, tulipany w pąkach. Szkoda tylko, że ta ziemia u mnie taka licha... W tym roku dokupiłem kilka worków torfu i ziemi ogrodowej - może lekko się wzmocni... Kiedyś w każdej oborze stało przynajmniej po jednej krowie, to i obornik był, aby użyźnić glebę. A dziś nie uświadczysz na dużej wsi nawet jednej krowy!
Co pozostaje? Chemia? Albo własny kompostownik! Muszę nad nim mocno pomyśleć!









wtorek, 5 kwietnia 2016

Żeby kózka nie szalała, to by palca nie złamała...

Pierwszy ciepły weekend tej wiosny i mamy jego skutki.
W sobotę, kiedy żona ciężko pracowała na swoim dyżurze, poszliśmy z dziećmi na dworek.
Chłopaki zabrali ulubione na osiedlowe alejki - trike'i, Tosia próbowała gonić ich na rowerku.
Chwilowa nieuwaga, duża prędkość przy zjeździe z górki, nagłe i sile hamowanie zamieniły wiosenny spacer w nieszczęście. Wyrzucony z hulajnogi Filip przeleciał na plecach obok betonowego kosza na śmieci i zatrzymał się przy szpiczastym metalowym płotku ograniczającym trawnik. Upadek wyglądał bardzo groźnie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Pierwotnie zraniony palec, nabrał opuchlizny i zaczął boleć. W niedzielny poranek konieczną okazała się wizyta w szpitalu. Po prześwietleniach i konsultacjach lekarskich padła diagnoza: palec złamany!
Zdjęcie zrobione 3 sekundy przed tragedią:

 Opatrunek zrobiony przez tatusia, bo mama w pracy, widać, że trochę boli.

Już po powrocie ze szpitala. Musi zejść obrzęk - palec w gips za kilka dni.

Choć z chorym palcem, to chociaż siostrunię powozi. 

A ja reaktywuję trawnik, po budowie kanalizacji i walce z kretami i ich kopcami. 

A żona odpoczywa w promieniach zachodzącego słonka na nowym tarasiku, czeka na ciepły deszczyk, aby powschodziła świeża trawa.