czwartek, 27 grudnia 2012

Pożar pałacu!

Wczoraj dotarła do mnie straszna wiadomość.
W Boże Narodzenie spalił się piękny, zabytkowy pałac w Chlewiskach.
Datowany na XII wiek, kiedyś należał do rodu Odrowążów, Chlewickich.
Otoczony malowniczym parkiem z niesamowitymi drzewami, które również stanowią wartość zabytkową.
Od końca lat 90-tych pałac i posiadłość znajduje się w rękach prywatnych.
Funkcjonuje tam luksusowy hotel z wysokiej klasy SPA znany jako "Manor House" (http://www.manorhouse.pl/index.php?lang=pl).
Jest prawdziwą wizytówką naszej gminy!
Szkoda wielka...
Mam tylko nadzieję, że właściciel szybko pokona trudności formalne (z obiektem zabytkowym) oraz finansowe i pałac odzyska swój dawny urok.



źródło: tvp.info
foto: autor bloga
 
źródło: http://blog.manorhouse.pl/o-palacu-odrowazow/



środa, 26 grudnia 2012

Święta, Święta ...!

Z okazji tych cudownych, chyba najpiękniejszych świąt w roku, dla wszystkich Przyjaciół Blogowiczów składam najlepsze życzenia:
zdrowia, radości, uśmiechu, pogody ducha i życia prawdziwie sielskiego - dla jednych bardziej realnego, a dla innych bardziej wirtualnego. Ważne, żeby kreacja, bez względu, czy rzeczywista, czy internetowa, dała dużo satysfakcji i zadowolenia i pozwalała spełniać marzenia!

Dobrych świąt i weekendu sylwestrowego!

P.S.
Ja święta rozpocząłem z moimi zuchami na wsi już w piątek.
Pomimo uporczywego mrozu, udaliśmy się na zimowy spacer w poszukiwaniu gałązek choinkowych na świąteczne stroiki. Zabraliśmy ze sobą lornetkę, w razie gdybyśmy spotkali jakiegoś sokoła, sarenkę lub może bobra, bo podobno zasiedliły się w rzece za młynem!
Kiedy dotarliśmy nad staw, chłopcy mieli radość z lodowiska. Kilka dni z mrozem poniżej 10 stopni spowodowało, że lód był grudy i bezpieczny! Spokojnie mogliśmy się pobawić. Przypomniały mi się czasy, kiedy ze swoim tatą, jakieś ćwierć wieku temu, bawiliśmy się w podobny sposób - wtedy mieliśmy jeszcze łyżwy!



Bobrów, ani innej zwierzyny niestety nie spotkaliśmy, ale bardzo chcieliśmy je dojrzeć.

Później wróciliśmy do Radomia i dalsze święta spędzamy już w mieście...

Trochę żal, ale pocieszam się tym, że odwilż, która przyszła w wigilię, nie pozwoliłaby na spokojne, suche spacery.
Mam plan wyskoczyć na weekend! Zobaczymy, może się ziści...

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Powtórka wyjazdu - niemalże...

Wyjazd zeszłotygodniowy został powtórzony! Niemalże...
Piszę niemalże, ponieważ: śniegu nie było, mrozu nie było, chłodu strasznego w domku też nie było!
Jak przeglądam zaprzyjaźnione blogi, to oczom nie wierzę, jakie gdzieniegdzie na wschodzie i północy śniegi.
A u nas po zeszłotygodniowym śnieżku pozostały wspomnienia - chłopcy wybrali więc zabawy przy cieple domowego ogniska, zamiast taplać się w rozmokłym błocku.
Pomimo cieplejszych temperatur powietrza, wnętrze nieogrzewanego domu szybko wychładza się. Przeczuwałem, że temperatura we wnętrzu będzie w okolicach 5 stopni i dlatego w piątek, jak cały dom (miejski) poszedł spać, wskoczyłem w samochód i ok 21-szej byłem już na wsi. Szybko rozpaliłem w kominku, nałożyłem polan na maksa, ustawiłem konwektory, naszykowałem drewna na następne palenie i jak temperatura zaczęła iść w górę, wróciłem z powrotem - w mieście byłem jeszcze przed północą.
Kiedy wczoraj zabrałam synków na wieś - w domku było 11 stopni, więc znośną temperaturę osiągnęliśmy bardzo szybko.
Wyjazd minął pod hasłem "szachy"!
Do tego stopnia, że jak wracaliśmy do miasta, to grę musieliśmy zabrać ze sobą.
Teraz to nie będzie już "działkowa" zabawa, a skończy się tak, że niedługo synowie krzykną ojcu "Tata, szach mat!".
Muszę odszukać gdzieś w domu swój stary podróżny zestaw gier, jeszcze "made in USSR", który zawierał kilka popularnych gier i zjechał ze mną trochę Polski, będzie na podróże z chłopcami jak znalazł!

wtorek, 11 grudnia 2012

No i przyszła..., kolejna zima w naszym życiu...


Niedzielny wypad był szybki! Spontaniczny i nieplanowany.
Dziewczyny zostały w domu - groźba mrozu ich przeraziła!
Ale prawdziwym facetom, jakiś tam mróz - nie straszny!
Więc szybko spakowaliśmy plecak - rękawiczki, skarpetki, spodnie na zmianę, cztery kotlety, jedno jabłko, dwa banany, tabliczka czekolady, dwa serki homogenizowane, woreczek ryżu i jazda! Prowiant zapewniony - z głodu nie umrzemy.
Chłopcy jak usłyszeli tylko hasło: "wieś", stali w pełnym rynsztunku w ciągu dwóch minut pod drzwiami.
Wskoczyliśmy w autko i za niecałą godzinę byliśmy na działeczce.
Synkowie od razu z samochodu wyskoczyli z "jabłkowymi" ślizgaczami.
"Tata, biegniemy na górkę!"
I pobiegliśmy...

Mróz jednak robił swoje - po kilku zjazdach, małe rączki skostniały, a zimny wiatr wyciskał z małych oczu łezki. Ubogi jeszcze śnieg i wyglądająca spod niego uschła trawa nie dawała komfortu zabawie. Maluchy złapały focha!
Do domku zmarznięte towarzystwo "zaciągnąłem" pchając przed sobą.
A we wnętrzu ... niewiele cieplej... Ledwo ponad 5 stopni (choć i tak myślałem, że będzie zimniej!),
... ale przynajmniej mrozu nie czuć i wiatr nie wieje.
Szybko zabraliśmy się za rozpalenie ognia w kominku.
Chłopcy zrzucili kurtki i zasiedli przy palenisku, chciwie wyciągając czerwone łapki do rozgrzewającej się szyby. Humory się zaczęły poprawiać!

Lecz po chwili, mimo że w ręce zrobiło się milej, chłodek zaczął łechtać główki i plecki.
"Tataaa, trrroochę ziiimnooo..."
Ano zimno, szczególnie, jak w mieście jest się przyzwyczajonym do 24 stopni i bieganiu po domu boso.
A tu, nienagrzana podłoga ma temperaturę powietrza!
Nie zastanawiałem się długo, mając w głowie wizję zaziębienia i srogą burę od żony!
"Chłopy! Czapki na głowy! Bambosze na nogi! Kolejne polarki na siebie! Koce na plecy! I czekamy przy kominku, aż się trochę zagrzeje!"
Siedzieli jak zaczarowani!
Rozgrzewki dopełniła gorąca herbata malinowa i szybki podobiadek - gorzka czekolada z bananem!

Po godzinie "ostrego hajcowania" w piecu - krzesełka można było odsunąć od szyby, zdjąć koce i zacząć witać się ze stęsknionymi zabawkami.
Po obiedzie zuchy wygrzebały  moje stare szachy - miło było patrzeć jak sześciolatek tłumaczy zasady czterolatkowi. Cieszę się, że ta gra coraz bardziej się im podoba i mimo swojego wieku potrafią się na niej skupić przez kilka rund i to zachowując zasady!
Na koniec kreska na termometrze osiągnęła magiczne 16 stopni.
Przed wyjazdem dołożyliśmy jeszcze drewna do kominka, aby ciepło w domku utrzymywało się jak najdłużej przez kilka dni, i żeby zaoszczędzić na grzaniu elektrycznym.
Kiedy wieczorem wracaliśmy do miasta, gwardia usnęła po przejechaniu kilku kilometrów.
I znowu czekało mnie wnoszenie "kochanego ciężaru" na czwarte piętro...
Nie ma co narzekać, przynajmniej mi zimo nie było!
Teraz przed nami wizja ferii świątecznych - może spędzimy tam znów kilka miłych chwil przy żarze bijącym od ognia...