poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Spacer po zaprzyjaźnionym Szydłowcu

Przyjechaliśmy w sobotę koło południa.
Przez cały dzień dzień wiał silny wiatr, choć słonko przygrzewało pięknie, nie dając studzić powietrza.
Filip dzielnie pomagał mi przy koszeniu trawy - to znaczy ja kosiłem kosiarką bez zapiętego kosza (bo trawsko nieco przerosło), a on grabiami próbował zbierać siano na kupki. Zmachał się przy tym okrutnie, ale za wygraną dać nie chciał!
Po pracy, w nagrodę, zafundowałem im przejażdżkę ... na taczce... Chłopcy bardzo lubią tę zabawę. Miała być krótka - do hydrantu i z powrotem - jednak wyszło inaczej. Koło hydrantu padły okrzyki "do krzyża przy zakręcie!", później "tatku, tą dróżką przez pola!" - no i skończyło się niezłą wprawą przez zarośnięte polne drogi, bo pól uprawnych w naszych stronach, jak na lekarstwo - same ugory, które zaczynają już porastać samosiejkami brzóz i sosen. Ja taczką z chłopcami dawałem radę, ale żonie wózek z Tosią pchać było dużo gorzej.

Tej najmniejszej - niedogodności drogi niewiele przeszkadzały - usnęła w najlepsze twarzą prosto w ślicznie zachodzące słońce.
Niedziela przywitała nas pięknym dniem - bezchmurnym niebem i brakiem wiatru.
Wybraliśmy się na mały spacer do pobliskiego Szydłowca.
Nad kościołem św. Zygmunta świecił jeszcze na rannym, błękitnym niebie księżyc.
Zauważyłem, że miasto pozyskało wiele funduszy unijnych na remonty i modernizację.
Na wielu budynkach wiszą olbrzymie banery informujące o pozyskaniu środków i rozpoczęciu prac - niedługo nowego blasku przybędzie wiekowemu "Domowi pod dębem", ratuszowi miejskiemu i zamkowi.
Widząc baner nad bramą zamkową poszliśmy zobaczyć, czy rozpoczęły się tam już jakieś prace remontowe.
Filip sprawdził furtę przed mostem - "ale ciężka!"
Ignac musiał zajrzeć do fosy, "cy rybki pływają?"
Obeszliśmy zamkową wyspę oglądając rzeźby...
elementy architektoniczne...
różne zakątki...
... nieodwiedzane od dawna...
ale wywołujące ciekawość małych odkrywców: "co jest za tymi drzwiami?"
Zajrzeliśmy na dziedziniec. Oprócz delikatnych prac przy instalacji elektrycznej, nie zauważyliśmy większych zmian. Muszę jednak przyjechać kiedyś na zamek sam z aparatem, na dłuższą sesję fotograficzną i uwiecznić piękno starego muru zamkowego i jego fotogenicznych zakątków - zanim po remoncie zostanie "ubrany' w piękny, gładziutki tynk akrylowy.
Na tą chwilę jest "po staremu":
Wejście do sali bibliotecznej:
I scena, na której odbywają się liczne koncerty, gdzie Igo próbuje swoich zdolności aktorskich
Kiedy zabawa i mury zamkowe okazały się już za monotonne, padło hasło "tatko, wracamy na działeczkę!"
... No tak, na zamku nie ma przecież piaskownicy, hulajnogi, grabi, kosiarki itp.
Mam nadzieję, że kiedyś pokochają bardziej te miejsca z duszą, pełne historii i uroku...
Na koniec dla zainteresowanych, krótka notka o zamku w Szydłowcu...

wtorek, 16 sierpnia 2011

Długi Patriotyczny Weekend za nami...

Rozpoczął się z opóźnieniem, bo dopiero w niedzielę - z racji pracowitej soboty ... (nie każdy miał szczęście weekendować od piątku!), ale udał się wyśmienicie!
Dopisała pogoda, humory i prawie zdrowie.
Piszę "prawie", bo z moją gromadką zawsze się "coś dziać musi". Tosia gorączkowała lekko, marudząc chyba na kolejne pojawiające się ząbki... Przyzwyczajeni już od wiosny do gorączek, nie panikując, daliśmy radę!
Kiedy przyjechaliśmy przywitały nas rozkwitłe kwiaty. Zaraz przy drodze uśmiechała się do nas malwa.
Tuż przy schodach puszczała oczko świeżo przyjęta różyczka.
Cała drewutnia porosła jednorocznym pnączem, które nie wiem jak się nazywa, ale jest wspaniałe - co roku przykrywa to, co nie musi być widoczne. Maskuje równo, najlepiej późnym latem, kiedy bujnie kwitnie, jak na zdjęciu. Około 10 lat temu mój tata przywiózł od kogoś znajomego w papierowej torebce kilka dużych nasion podobnych do pestek dyni. Wysialiśmy ówczesną wiosną "te pestki" pod płotem - wzeszły wszystkie, zaczęły się piąć jak fasola i obrastać mało fotogeniczne miejsce. I tak jest do dziś - z tą różnicą, że teraz ich już nie siejemy... Sieją się same w różnych miejscach - do tego stopnia, że należy je wyrywać. Późną jesienią należy usunąć zwiędłe pnącza wraz z kolczastymi suchymi owocami, aby wiosną w ich miejscu pojawiły się nowe siewki.
Maliny w ogródku zagaiły się równo, przykrywając pożółkłe już pędy ogórków (choć uzbierałem jeszcze ze 4 kilo).
Pojawiły się też pierwsze owoce. Mam nadzieję, że za 2 tygodnie zbiory będą obfite - na przetwory dla moich maluchów. Strach ma misję, musi pilnować, żeby coś zostało do naszego powrotu.
Reszta niedzieli zleciała na beztroskim bieganiu. Chłopcy stęsknieni za działką biegali po podwórku jak małe psiaki. Piłka nożna, plażowa, rowerek, hulajnoga, samochodzik, piaskownica, huśtawka... Wszędzie ich było pełno. Do domu zagoniły nas dopiero komary - choć przyznać należy, że było ich niewiele! Dały nam nawet zjeść kolację na werandzie.
Poniedziałek rano 15 sierpnia - święto! Trzeba zrobić "ziele" i do kościoła.

My zawsze jak tam jesteśmy, jeździmy na mszę do pobliskiego malowniczego Szydłowca. Tam, w starym,
pięknym kościele są ładne nabożeństwa, a w święta urastają do rangi wspaniałych uroczystości. . Tak było i tym razem. Na szydłowiecki rynek zajechało kilka jednostek straży pożarnych z okolicznych remiz. Do kościoła przybyli przedstawiciele lokalnych władz, delegacje parlamentarzystów, partii politycznych, organizacji kombatanckich.
Całość uświetniały występy szydłowieckiej orkiestry dętej - jednej z najsłynniejszych w Polsce. Po mszy wszystkie delegacje i poczty sztandarowe przeszły pochodem przez miasto do oddalonego od rynku o kilkaset metrów skweru z pomnikiem Marszałka Piłsudskiego. Tam złożono kwiaty i cześć tym, którzy kiedyś zginęli za to, żebyśmy teraz mogli żyć w wolnym kraju - cieszyć się życiem i opowiadać o historii naszym dzieciom.
A poniżej kilka ujęć z uroczystości.
Moje szkraby obserwują, jak tworzy się pochód.
Poczty sztandarowe formują się do marszu.
Kolumna pochodu będzie przechodzić tuż obok perły architektury polskiej - budynku ratusza miejskiego.

Defilada rusza sprzed kościoła. Dla chłopców jest to duże przeżycie. Tym bardziej, że w pochodzie idzie większość strażaków, a obok na płycie rynku stoi kilka odświętnie wyszykowanych wozów strażackich.
A Filip przecież chce być strażakiem... Co ja mówię! On już jest strażakiem. Nawet przedstawia się "Strażak Filip". Pan komendant pozwolił nawet posiedzieć za kierownicą.
Później pochód przeszedł pod pomnik Marszałka.

Delegacje złożyły kwiaty.
Po uroczystości uśmiechnięci mali patrioci wrócili na obiad i dalsze harce na pobliskiej działce.

Szkoda tylko, że mieli łzy w oczach, jak trzeba było wieczorem wracać. Ale za tydzień też będzie jeszcze lato - prognozy są obiecujące...

czwartek, 4 sierpnia 2011

Tik - Tak, Tik - Tak ...

Chodzi, cyka, uroczo wygląda...
Kolejny kilkudziesięcioletni gadżet rodzinny - zegar babciny, który dostałem parę lat temu na kolejne urodziny.


Zawsze przyjazd rozpoczynam od jego nakręcenia. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby się zatrzymał przed moim przyjazdem! Wytrzyma ponad tydzień, a później pięć obrotów kluczem przedłuża jego żywotność - i cyka dalej poruszając wahadłem.