Minęło kilka fajnych, ciepłych, miesięcy...
Przeszedł urlop i wyjazd nad morze...
Skończyły się odwiedziny rodzinki...
I pikniki na trawie...
Zagoiła się złamana rączka Tosi...
Zakończył się także remont poddasza! (no, może prawie...)
Niewykończone dotąd pięterko, w czerwcu zostało podzielone na kilka małych klitek - dwa pokoiki, antresolka i kanciapka na graty (kiedyś może urośnie do rangi ciemni...) - małych, ale istotne, że dających dla każdego z domowników i ewentualnych rezydentów kruszynę prywatności.
Od lipca gotowe było na przyjmowanie dzieci i gości (również z dziećmi ) :-)
Letnie nawałnice, które nawiedzały Polskę, nie ominęły także nas.
Lipcowa burza z gradem z dachu nad werandą zrobiła istny durszlak!
Teraz, kiedy pada, dziurami za kołnierz leci deszczówka.
Czeka mnie wydatek i praca przy wymianie pokrycia.
A tu wrzesień za pasem... i coraz gorsza pogoda! Trzeba się spieszyć, żeby zdążyć przed zimą!
Pamiętam, jak kiedyś szedłem górskim szlakiem 4 września podczas zadymki śnieżnej!
Idzie jesień - czas czaru kominka!
Też bardzo lubię te chwile, tylko każda już z minionych świadczy o przekręconej kartce w kalendarzu życia...
Nostalgicznie..., ale prawdziwie - na potwierdzenie tych słów - w zeszły piątek znalazłem już garść grzybów na swojej działce pod brzozami...
Dotarliśmy do weekendu - trzeba jechać na wieś, bo malinki na krzaczkach gęste czekające na zerwanie!




