Kochane Bieszczady

Bieszczady są drugim, po Zyfertowym Młynie, miejscem mojej duchowej regeneracji...
Z Bieszczadami związana jest ważna część mojego życia.
Bywałem tam często w latach studenckich. Kilkakrotnie byłem opiekunem dzieci na obozach i koloniach. Znam je bardzo dobrze. Przeszedłem wiele szlaków, poznałem dużo tajemniczych miejsc. Spotkałem kilka dobrych duchów - w dosłownym słowa znaczeniu (o których może kiedyś napiszę, bo na samo wspomnienie cierpnie mi skóra na karku). Nie zapomnę nigdy krótkiego pobytu w sanktuarium św. Jana w Caryńskim i osadzie Łopiennik...
Nie znam Tatr - zawsze kojarzyły mi się tylko z Krupówkami - i kiedykolwiek tam bywałem, miałem wrażenie, że jestem na Marszałkowskiej w Warszawie. Także na szlakach...
Dlatego ciągnęło mnie tam gdzie mogłem odpocząć od gwaru miejskiego, ludzi, mody, trendów, pozerstwa, lanserki, szpanu...
Dużym sentymentem darzę schronisko Koliba na Przysłopie Caryńskim, widok smolarzy i dymiących retortów, stare, drewniane kościółki, cerkwie, zaniedbane cmentarze prawosławne, żydowskie...

Ale przede wszystkim znalazłem tam swoją Żonę Iwonę...
A było to w tamtych okolicach - kapliczka przed Sakowczykiem, a w tle pasmo Otrytu...

Brak komentarzy: