środa, 19 grudnia 2018

Debiut wędzenia świątecznych szyneczek

Wreszcie się udało!
Od kilku lat zbierałem się do tego zadania.
Zawsze jakoś tak się układało, że nie było czasu, pogody, chwili skupienia, możliwości ostatecznego przygotowania.
Tym razem zabrałem się do tego wcześniej, aby wreszcie spełnić swoje plany.
Nie chciałem wydawać pieniędzy na zakup gotowych wędzarni ogrodowych, choć Allegro "ugina się" od tego typu ofert a najtańsze kosztują ok. 300 złotych.
Kilka lat temu mój tata przywiózł mi "wynalazek", który miał pełnić funkcję wędzarni - a mianowicie bęben po starej, PRL-owskiej, kultowej pralce Frani. Stała od tamtego czasu w kącie pod płotem czekając na swoje "pięć minut". Moim zadaniem było dorobić do niej palenisko i połączyć wszystko w całość.
Pomysłów było parę, jednakże wybrałem taki, który pozwolił mi wykonać wszystko z dostępnych u siebie materiałów, aby jak najmniej dokupować i dorabiać.
Miałem prawie całą rurę spiro, kawałek płyty żeliwnej po rozebranej kuchni węglowej i kilkanaście cegieł szamotowych po piecu kaflowym mojej babci oraz jakiś blaszany dekiel. Dokupiłem jedynie kołnierz do zamontowania rury i węglarkę, która posłużyła za wnętrze paleniska, do której dorobiłem ruszt z gwoździ krokwiaków. Całość ustawiłem w ostatnią sobotę "na sucho" w swoim przydomowym lasku. Blaszaną węglarkę obłożyłem cegłami, przykryłem żeliwną taflą, wypuszczając kołnierz umożliwiający nasadzenie rury kominowej, którą połączyłem z bębnem w miejscu po wirniku pralki. Funkcję drzwiczek pełnił blaszany dekiel podparty cegiełką. Przygotowałem odpowiednie drewno - postawiłem na olchę i śliwę.
Mięsko, dzięki mojej teściowej, peklowało się już od tygodnia - 2 ładne szynki. Nie chciałem robić od razu dużo, gdyż nie byłem pewien swoich możliwości i nie chciałem zepsuć ewentualnego jedzonka.
Wczoraj wziąłem urlop i z samego ranka wybrałem się na wieś.
Rozpocząłem od rozpalenia, wyprodukowania żaru i nagrzania wędzarni.
Kiedy już pięknie się żarzyło nadszedł czas na zapakowanie szynek do bębna.
I około godziny jedenastej rozpocząłem kilkugodzinny proces wędzenia.
Po trzech godzinach mięsko już miało piękny złoty kolor.
Po kolejnych trzech, czyli razem sześciu godzinach wędzenie zakończyłem,
a przez kolejne dwie zaparzałem wędliny w gorącej wodzie pilnując, aby temperatura nie wzrosła powyżej 80 stopni C.
O godziny 19tej był koniec - szyneczki wyjęte do obsuszenia i wystygnięcia.
Zostało jedynie pozmywać garnki, wykąpać się, bo pachniałem jak trzecia szynka i wracać do Radomia, do żony i dzieci ciekawych moich kulinarnych wyczynów.
Jeszcze nie próbowaliśmy, ale jeśli wyszło smakowicie, to myślę, że kolejny raz będzie już łatwiejszy!
Myślę, że wynalazek spełnił swoją funkcję pozwalając zaoszczędzić kilka złotych i wyprodukować swojskie jadło!

Życzę Wam wspaniałych, rodzinnych, błogosławionych Świąt
pachnących choinką
i choć trochę smakowitą wędzonką ... :-)