czwartek, 20 lutego 2020

Pożegnanie z brzozami...

Kilka lat temu zaczęło się od sosen. Dorodnych, wysokich, wyższych od domu... Miały już ze 20 lat...
Przyszła letnia burza i zwaliła jedną z nich. A tak naprawdę rozpołowiła i złamała jeden z dwóch konarów, który wyrastał z głównego pnia. Na nieszczęście spadła na stronę zewnętrzną, na boczną drogę i orzeczono w najbliższym otoczeniu, że są kruche i stanowią poważne zagrożenie. Zalecenie: wyciąć dla bezpieczeństwa! Cóż było począć? Wycięliśmy! A tak naprawdę to tata załatwił ekipę z koparką i wyrwali z korzeniami. Po paru dniach od akcji, nie było śladu po rosnących 4 drzewach!

Rozpacz nie trwała zbyt długo, bo innych drzew na moich 1200m2 jest jeszcze kilkadziesiąt, a w miejsce tych wyciętych posadziliśmy młode tuje, róże pnące i magnolie.

Upłynęło znów parę latek i przyszła pora na kolejną trudną decyzję: wycinamy z naszego zagajnika wszystkie brzozy. Całe 6 sztuk! Wybujały przez te ćwierć wieku wysoko na kilkanaście metrów, wyżej od innych drzew i budynków. Na dodatek mojemu synkowi zdiagnozowano wysoką alergię na pyłki drzew, w tym głównie brzóz. Decyzja przyszła łatwiej niż poprzednio, jednakże przedsięwzięcie okazało się trudniejsze technicznie do przeprowadzenia. Bliskość budynku, płotów, drogi oraz linii energetycznych spowodowała, że konieczna będzie akcja z użyciem podnośnika koszowego.

U nas na południowomazowieckiej prowincji znaleźć ekipę z podnośnikiem wcale nie było łatwo! To znaczy nie było trudno jej znaleźć, ale trudno było umówić się na termin, bo sprzętu niewiele, a zleceń innych dużo! Umawiałem się z gościem od listopada, aż pod koniec stycznia, dokładnie 23, udało się spotkać i wykonać robotę! Teraz mam o 6 drzew mniej, ale inne mają więcej miejsca i światła do wzrostu. No i trochę opału do kominka będzie!!!