poniedziałek, 21 września 2015

Wakacyjny wypad w Bieszczady

Lata minęło już bezpowrotnie. Po niedawnych upałach i temperaturach tropikalnych zostały wspomnienia. Teraz, kiedy wrześniowy chłód i deszcz przyprawia nas o pierwsze w tym sezonie katary, pora przypomnieć sobie minione chwile z wakacyjnego wyjazdu całej naszej pięcioosobowej brygady w Bieszczady.

Pod Otryt do domku leśniczego dotarliśmy o zmierzchu 13 lipca. Jednak odległość ponad 350 kilometrów, 4 rowery na dachu, troje dzieci, sporo fotoradarów, i kilkadziesiąt kilometrów bieszczadzkich dróg na finiszu zrobiła swoje – prawie 8 godzin w podróży, dotarcie na miejsce po zachodzie słońca, więc sił starczyło na rozpakowanie bagaży.

Ten poniedziałek był akurat chłodny i wilgotny, dlatego w domku panował taki sam klimat, który wraz z żoną i dziećmi, nakłonił mnie do zmiany temperatury przez rozpalenia ognia w kozie. Pani Basia, żona leśniczego, zawczasu przygotowała dla nas drewno w koszyku, dlatego szybko w chatce zrobiło się ciepło, a nawet gorąco. Jednak koza oddaje ciepło całą sobą, a ja wrzuciłem parę polan, jak w swoim wiejskim kominku. Efekt był taki, że zasypiać musieliśmy przy otwartych na oścież oknach, raz po raz wyganiając wpakowujące się do wnętrza ćmy i inne owady.

Nazajutrz wstaliśmy wypoczęci i w dobrym nastroju, pełni werwy i ochoty do zdobywania bieszczadzkich szczytów. Po zjedzeniu śniadanka, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy przez Dwernik i Nasiczne do przełęczy pomiędzy połoninami Caryńską i Wetlińską w Berehach Górnych. Tam na parkingu przy wiacie Bieszczadzkiego Parku Narodowego zostawiliśmy auto, wykorzystując dobrodziejstwa i przywileje jakie niesie za sobą bycie rodziną 2+3, czyli będąc posiadaczem „Karty Dużej Rodziny”, nie płacąc za wstęp na teren parku, a jedynie ponosząc opłatę za pozostawienia samochodu i ruszyliśmy czerwonym szlakiem w górę w kierunku górskich łąk, gdzie stoi najwyżej położone bieszczadzkie schronisko, czyli okryta legendą „Chatka Puchatka”.

Schronisko bardzo ascetyczne, warunki spartańskie, niecenzuralne napisy wyryte na stołach. Położone niebiańsko malowniczo, widoki, jakie ukazują się stamtąd oczom, cieszą duszę, na zdjęciach, pocztówkach, wygląda bajecznie… Niestety przy bliższym spotkaniu, miano kultowego schroniska ulega zmianie raczej na „schron”. Po powrocie przeczytałem w sieci, że obiekt ten został przejęty przez dyrekcję Bieszczadzkiego Parku Narodowego od PTTKu, po wieloletnich procesach, postępowaniach komorniczych, itp. Może coś się zmieni, może pozyskają fundusze unijne (jak w przypadku zaplecza sanitarnego u wejścia na bieszczadzkie szlaki – gdzie powstały cywilizowane, aczkolwiek znakomicie wkomponowane w otoczenie, toalety, prysznice) i może ten ważny punkt wypraw zmieni się trochę, nie tracąc wiele na swojej tradycji i legendzie. Po dotarciu do owej „Chatki” byłem dumny ze swojej drużyny, a najbardziej z Tosieńki, która mimo swojej skłonności do jęczenia, marudzenia i symulowania zmęczenia, szła samodzielnie, dzielnie znosząc trudy wspinaczki.

Chłopcy również radowali moje serce, kiedy bez najmniejszych oznak zmęczenia, w odróżnieniu ode mnie zalewanego masą strug potu zalewającego i szczypiącego oczy i moczącego plecy, koszulę i plecak, wbiegali na kolejne wzniesienia, przekomarzając się przy tym uparcie, który z nich ma być na przedzie i prowadzić naszą mała grupkę. Kiedy byliśmy na górze zmieniła się pogoda, nadeszły gęste chmury, na odkrytej przestrzeni wiał mocny wiatr, zmuszając nas do przywdziania peleryn. Baliśmy się, aby nie złapała nas groźna burza. Żółtym szlakiem udaliśmy się w dół, w kierunku Przełęczy Wyżnej. Po zejściu do parkingu przy obwodnicy bieszczadzkiej, za dzielny masz, w budce strażnika BdPN Filipkowi i Ignasiowi kupiliśmy po fajnym T-shirt’cie. Od tego czasu prawie nie zdejmowali tych koszulek opisujących ich jako „dzikich bieszczadników”. Ja natomiast dostałem taką z głową wyjącego wilka i odciskiem jego łap na plecach – też fajną.

Po zejściu ze szlaków posililiśmy się w "Starym Siole" - uroczej restauracji w Wetlinie. Polecamy miejsce ze względu na swoją atmosferę, pyszną kuchnię i niewygórowane ceny.

Kolejnego dnia pobytu postanowiliśmy spotkać się z osławioną atrakcją bieszczadzką – kolejką wąskotorową w Majdanie koło Cisnej. Przeczytaliśmy w Internecie (mimo słabego sygnału w komórce), że przejazdy organizowane są dwa razy dziennie: o 10:00 na trasie Majdan-Przysłup-Majdan oraz o 13:00 do Balnicy przy słowackiej granicy i z powrotem.

Próbowaliśmy dotrzeć na stację tak, aby zdążyć na pierwszy pociąg. Byliśmy na miejscu o 9:50, jednakże nie załapaliśmy się na zaplanowany kurs, gdyż wszystkie bilety już zostały wyprzedane. Nie pozostało nam nic innego, jak kupić bilety i poczekać do godziny 13tej na następną trasę w przeciwnym kierunku. Z racji, że mieliśmy te kilka godzin zapasu, postanowiliśmy dokładnie pooglądać skansen starej kolejki – stację, przeróżne rodzaje wagoników, parowozów i lokomotyw, zwrotnic, oznaczeń kolejowych. Później podjechaliśmy do Cisnej, poszwędać się pomiędzy straganami i knajpkami. Kupiliśmy i wysłaliśmy tradycyjne kartki do naszych przyjaciół i znajomych. Podczas wybierania pocztówek, na jednej z nich usiadła sobie pszczółka, a Tosia mądrze postanowiła ją zgonić. Nie trudno przewidzieć, czym to się skończyło. Oczywiście wieeelkim krzykiem i żądłem w palcu. Na szczęście zawsze pod ręką mamy pomoc medyczną w postaci mojej Iwonki, która w pobliskim ośrodku zdrowia zorganizowała igłę do strzykawki i przy głośnym „śpiewie” Tosi, wyjęła drażniące żądełko. Kiedy wsiadaliśmy do ciuchci po bólu nie było śladu. Za namową Filipka zajęliśmy miejsca w pierwszym wagoniku, tuż za lokomotywą. Skutek był taki, że dokładnie czuliśmy zapach spalin, wysilającej się przy podjazdach ciuchci oraz, ze względu na jej spore gabaryty, mieliśmy ograniczone pole widzenia i podziwiania widoków na trasie przejazdu. Na szczęście tylko w jedną stronę, bo po przyjeździe do Balnicy lokomotywę przetoczono po bocznym torze i przepięto na drugi koniec składu. Tym sposobem z powrotem jechaliśmy w ostatnim wagoniku i było już dużo przyjemniej. W powrotnej drodze przyjemny powiew chodził nasze głowy rozglądające się po trasie przejazdu. Na zakończenie wyjazdu zahaczyliśmy o leśny zwierzyniec nieopodal Cisnej.

Tam dzieciaki miały frajdę z obcowania ze zwierzętami – głaskali i karmili z ręki daniele, jelenie, kozy, muflony, a miały okazję zobaczyć jeszcze wiele innych stworzeń. Po całym dniu wróciliśmy do Chmiela, gubiąc po drodze na Przełęczy Wyżnej portfel Filipka, dzięki czemu kolejnego dnia  spotkaliśmy się z jego uczciwym znalazcą, przemiłym panem Ramzesem z Gniezna, który szukał mnie przez wszystkie dostępne portale społecznościowe, i z którym umówiliśmy się tuż u wejścia na szlak na Rawki przy drodze do schroniska „Pod Rawkami”.



Ten dzień był upalny, a wejście na Rawki z naszą trójką też nas wszystkich wymęczyło, dlatego kolejnego dnia postanowiliśmy wybrać się w bardziej rekreacyjne i leniwe obszary bieszczadzkie, mianowicie nad zbiornik soliński i na zaporę. Jej ogrom zawsze robi na mnie wrażanie, tym bardziej wiedziałem, że dzieciom również się spodoba.

Tym bardziej, że to nie tylko tama, ale także stragany, pamiątki, ryby wielkości człowieka pod zaporą, helikoptery parkujące pod elektrownią, największy ekologiczny mural w Polsce na betonowym płaszczu zapory… Po zobaczeniu tego wszystkiego posiedzieliśmy, poopalaliśmy, popluskaliśmy i porzucaliśmy „kaczki” nad jeziorem z przyjemnie chłodzącą wodą. Ignaś kolejny raz zadziwiał nas bawiąc się zapamiętale, kiedy znalazł w wodzie starą sznurówkę. Przywiązał do niej spory kamień i udawał, że to jego piesek. Czego on tam z nim nie robił? Ciągnął, kąpał, głaskał, obracał… Jak to czasami niewiele potrzeba do zabawy i do szczęścia! Może posiedzielibyśmy tam i dłużej, ale znad południowych wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, a powietrze robiło się coraz gęstsze i cięższe.

Burza wisiała na włosku, a my auto zostawiliśmy po drugiej stronie zbiornika w Solinie. Kiedy zebraliśmy się z plaży, poszliśmy na obiad, mając nadzieję, że popada jak będziemy pod dachem w restauracji. Niestety, upał tylko się spotęgował. Najedzeni ruszyliśmy z powrotem, lecz kiedy tylko weszliśmy na zaporę zaczęły padać pierwsze, wielkie krople deszczu. Z początku nieśmiałe, powolne, w sporej odległości od siebie. Przyśpieszyliśmy więc kroku, jednakże zapory solińskej, która ma ponad 600 m długości, nie da się przebiec błyskawicznie. Ta nieświadomość wówczas długości okazała się dla nas zgubna. Po przejściu ok. jednej trzeciej długości tamy deszcz siekł równo, a kropelki miały rozmiar pięciozłotówki. Rozpoczęliśmy bieg, trzymając za rączki nasze urwisy, chcieliśmy schronić się w otwartych pomieszczeniach na szczycie korony. Kiedy do nich dotarliśmy, okazało się, że już są pełne takich samych turystów jak my i nie ma nawet, gdzie palca wetknąć. Próbując przytulając się do ścian schronić pod okapem dachu, usłyszeliśmy nagle wycie syren, a za chwilę przez megafon rozległ się głos, który nakazywał natychmiastowe opuszczenie zapory, ze względu na zagrożenie piorunami. Nie pozostało nam nic innego, tylko znów złapać się za ręce i wskoczyć w lejący z nieba potok, i biec z kierunku bramy, za którą zaczynały się gęsto stojące budki z pamiątkami i małą gastronomią. Po przebiegnięciu truchtem kolejnych 300 metrów byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Na szczęście w plecaku mieliśmy suche koszulki, a spodnie i buty szybko przeschły, bo temperatura utrzymywała się dalej tropikalna, prawie taka sama, jak przed burzą. Korzystając z charakteru uroku miejsca, wydaliśmy trochę grosza przy straganach na pamiątki i drobnostki. Chłopcy kupili sobie upragnione scyzoryki, ale nie takie zwykłe noże, tylko funkcjonalne przyborniki harcerskie z łyżką i widelcem oraz jeszcze paroma funkcjami. Od tego czasu mieli je przytroczone do pasków i wszystko już nimi jedli – pierogi w restauracji, jajecznicę w schronisku.

My z żoną, tradycyjnie już, wróciliśmy z dwoma kolejnymi, ręcznie malowanymi filiżankami do kawy z motywem bieszczadzkim. Miło będzie popijać w domku kawę, wspominając kolejną wyprawę w ukochane góry.
Piątego dnia pobytu znowu wybraliśmy się w dziki Bieszczad. Tym razem chcieliśmy dzieciom pokazać malowniczą przełęcz na Przysłopie Caryńskim i znajdujące się tam schronisko Koliba. My bywaliśmy tam parokrotnie, podczas naszych wcześniejszych wędrówek i bardzo lubiliśmy urok tego miejsca. Jednakże my znaliśmy Kolibę inną, starą, małą. Ostatnio byliśmy w niej z małym rocznym Filipkiem w 2007 roku.

Ale tamtej chaty już nie ma. Od paru lat funkcjonuje w nowej, większej, a nawet dużo większej formie. Zdziwiła mnie natomiast pustka i cisza jaką zastaliśmy. Oprócz nas nie było na początku nikogo. Po dłuższym czasie zeszły dwie panie pomieszkujące w budynku, a po chwili przysiadł się jeden chłopak schodzący z Połoniny Caryńskiej, aby napić się trochę wody i zjeść kanapkę (okazało się w niedzielę, że to młody ksiądz, który w Chmielu z grupką oazowiczów spędzał wakacje). I nikogo więcej – w środku pięknego lata, na jednym z najgłówniejszych szlaków bieszczadzkich, w jednym z uroczych schronisk, z jednym z najbardziej malowniczych widoków na roztaczające się panoramy gór. Stwierdziłem wtedy, że jednak zmienił się sposób odpoczywania i spędzania wolnego czasu przez Polaków – szukają wygód, nowoczesnych atrakcji, czegoś „nowego”, „innego”… Z jednej strony to dobrze, bo przyroda skorzysta, odżyje, na nowo zdziczeje, odrodzi się. Ale z drugiej to jakoś tak dziwnie, że coraz mniej jest ludzi, którzy chcą z nią obcować, cieszyć się nią, odkrywać i poznawać…

Mnie się udało poobcować bardziej namacalnie, bo zbiegając samotnie do parkingu w Bereżkach, spotkałem pięknego, wielkiego jelenia, który podszedł do wodopoju. Kiedy mnie usłyszał czmychnął momentalnie w zarośla, a ja mogłem jedynie popatrzeć sobie na jego tropy, ładnie odciśnięte w miękkiej ściółce. Po dotarciu do auta, objechałem dookoła i przez Dwernik, starą malowniczą drożyną, udałem się przez kultowe Caryńskie (nieistniejącą już, a niegdyś tętniącą życiem wieś) w stronę Koliby, skąd schodzili Iwonka z dziećmi.

Spotkaliśmy się prawie przy tablicy upamiętniającej i opisującej tą starą miejscowość. Pokusiliśmy się również o odwiedzenie ukrytego nieco z boku w zaroślach cerkwiska i starego cmentarza, na którym mieliśmy kiedyś z żoną magiczną przygodę. Dla chłopców było to ogromne przeżycie, kiedy nagle za potokiem, po przedarciu się przez olbrzymie chaszcze, ich oczom okazało się stare ogrodzenie, a za nim masywne stare modrzewie, jesiony i świerki, a w śród których stał krzyż, a obok kilka kamiennych nagrobków i fragment cerkiewnej ściany.



Ta wyprawa była kulminacją naszego wyjazdu. Następnego dnia udaliśmy się poplażować trochę w Polańczyku. Mile spędziliśmy gorący dzień na aktywnym odpoczywaniu nad wodą. Nie leżeliśmy plackiem tylko pedałowaliśmy parę godzin po jeziorze na rowerze wodnym. Dla dzieciaków kreatywnym okazał się również sam brzeg wody, a zwłaszcza jego gliniaste podłoże. Taplali się w tej glinie, wymyślając różnego rodzaju wyroby. Wyobraźnia podsuwała im pączki, granaty, buławy z wyłowionych kiji i wodorostów. Czego to małe, mądre główki nie wymyślą? W powrotnej drodze do Chmiela mieliśmy też  małą przygodę. Z racji, że jechaliśmy po zmroku, okrężną drogą, tak aby nacieszyć oczy urokiem wysokich gór, w okolicy wsi Nasiczne zatrzymał nas do kontroli patrol straży granicznej. Wojskowi, kiedy zobaczyli troje śpiących w fotelikach dzieci, rozpytywali skąd i dokąd jedziemy, dokładnie sprawdzili wszystkie dokumenty, a nawet wrzucali coś na komputer. Wówczas to jeden z funkcjonariuszy wyjaśnił mi obecność bojowych helikopterów, które widzieliśmy dwukrotnie parę dni wcześniej pod Rawkami i nad Kolibą. To wojsko odbywało szkolenie ganiając się po lasach i uprawiając survival.
Nastał ostatni dzień naszego pobytu i pora wracać do Radomia. W powrotnej drodze zawitaliśmy do Sanoka, gdzie chcieliśmy zwiedzić słynny skansen z charakterystycznym „rynkiem galicyjskim”.


Interaktywny charakter miejsca sprawił, że spędziliśmy tam większość dnia i byliśmy prawie do zamknięcia muzeum. Przeróżne warsztaty rzemieślnicze, sklepy i urzędy zaprezentowały stare zawody i zajęcia. Szczególnie podobała się nam poczta, apteka, zakład fotograficzny, produkcja witraży i biżuterii, skąd żona dostała stylowy, ręcznie robiony, gięty, zielony wazon na kwiaty. Zwiedziliśmy także cały teren muzeum, wszystkie chaty, cerkwie, młyny, dworki i osobliwość tamtego miejsca – ekspozycję poświęconą przemysłowi naftowemu, który miał swoją kolebkę na polskim Podkarpaciu. W pamięci zostały wieże wiertnicze, kiwaki i pojemniki na paliwo.

Do Radomia wróciliśmy grubo po północy zmęczeni, ale szczęśliwi. Teraz mamy co pamiętać, wspominać i możemy oglądając zdjęcia, planować następne wakacje, wyjazdy i powroty w Bieszczady.

Brak komentarzy: