niedziela, 20 lutego 2011
Od czego zacząć? Może od starego zauroczenia...
Stare miejsce, malownicze, związane z historią lokalną i rodzinną.
Młyn na Romanowie. Tak mawiają o nim okoliczni mieszkańcy.
Przed wojną należał do niemieckiego osadnika Pana Zyferta. Podobno był to dobry i poczciwy człowiek. Pracował u niego we młynie mój dziadek - Bronek. Od niego wiem, że pomagał partyzantom od "Szarego" i "Ponurego" - robił mąkę dla leśnych oodziałów. Niestety poległ od kul sowieckich żołdaków na grobli swoich stawów w pierwszych miesiącach 1945 roku - tylko dlatego, że był Niemcem. Dziś pozostała po nim tabliczka wykuta w piaskowcu wmurowana z stawidła tuż przy młynie "B. ZYFERT 1939"
Od tamtego czasu posiadłość kilkakrotnie zmieniała właścicieli. Teraz należy do serdecznego Pana Leszka. Mimo, że młyn nie jest w najlepszym stanie, to jednak maszyny mielą ziarna do dzisiaj... Stare, piękne, powleczone patyną stuletniej mąki.
Jako dzieciak bawiłem się tam często, z dziadkiem, tatą... I marzyłem o tym, żeby mieć w pobliżu swój dom... I mam! Okna wychodzą na młyn, staw, rzekę...
Kiedy w ciepłe wiosenno-letnie wieczory lub noce przesiaduję na drewnianej werandzie słyszę szum wody przelewanej przez młyńskie stawidła, upojny rechot tysięcy żab i cykanie świerszczy, które mają schronienie w szczelinach drogi ułożonej z podkładów kolejowych...
Teraz - w mroźne zimowe wieczory - upajam się ciepłem promieniującym od kamiennego kominka "wystruganego" z lokalnego piaskowca.
Kocham zimowe wieczory, kiedy przyjeżdżam do domku.
W domu na termometrze 2o Celsjusza.
Trzeba się brać za rozpalanie w kominku i siedzieć blisko ognia, żeby nie skostnieć z zimna. W dłoniach kubek gorącej herbaty z sokiem malinowym pomaga ogrzać ciało.
Blask ognia oświetla strony "Werandy Country". Można siedzieć, czytać, myśleć, planować przyszłość...
I rozgrzewać dom, bo jutro przyjedzie cała rodzina: Iwona z dziećmi - Filipkiem, Ignasiem i maleńką Tosią.
Będzie miły, zimowy weekend...
Choć na co dzień mieszkam i pracuję w Radomiu - to każdą wolną chilę, weekend, święto, urlop - spędzam w swoim wiejskim domku w widokiem na Zyfertowy Młyn.
Moi synkowie, czteroletni Filip i dwuletni Ignacy nigdy nie mogą się doczekać, kiedy tam wrócą. Niemal codziennie rano i wieczorem słyszę pytanie: "Tatusiu, kiedy pojedziemy do nasego domku na działecke?" i spojrzenie maślane niczym proszących o mleczko kotków.
Tam mają swobodę, jakiej w mieście bezskutecznie szukać...
Zabawy na podwórku, spacery nad rzekę i tradycyjne do Młyna...
A Pan Leszek ma traktor! I może da w nim posiedzieć i pobawić się!
W ubiegłym tygodniu padła pod naporem wiatru wiekowa topola. Zerwała przewody elektryczne doprowadzające prąd do Młyna i skutecznie zablokowała drogę dojazdową - starą groblę. Kiedyś staw i młyn okalały piękne stare drzewa: wierzby, akacje, olchy... Padły pod naporem wichur lub ... pił spalinowych...
Dziś została jedynie przepięna lipa, która dodaje uroku malowniczej sylwetce Zyfertowego Młyna.
Ostatnimi czasy teren zdziczał, zarósł. Okoliczne poletka zamieniły się w zagajniki pełne samosiejek brzozy, sosny, osiki... O okolicy młyna dzieki temu spotkać można leśne zwierzęta - zające, sarny, dziki, jastrzębie i myszołowy. W stawach kąpią się wydry i piżmaki. Wiosną przylatują bociany, czaple, łabędzie...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





1 komentarz:
masz szczęście to naprawdę piękna historia
Prześlij komentarz