Wyjechać w tej chwili się nie da... Dzieci, obowiązki, brak funduszy...
Minus 15 stopni spędza sen z powiek, czy na działce nie zamarzną rury, jak nie pojadę o dzień za długo...
W sobotę, jak odjeżdżałem, było wewnatrz 23 stopnie. Dziś środa. Ciekawe ile na termometrze...?
Siedzę, myślę, martwię się ... i wspominam...
Bieszczady...
Z małym synkiem Filipem gdzieś pomiędzy Połoniną Caryńską, a schroniskiem Koliba na przełęczy Przysłup Caryński...
Pasmo Otrytu, dzikie ostępy. Schodzimy z Chaty Socjologa ścieżką pełną świeżych tropów jeleni i dzików...
Troje "transcendentalnych wędrowców" zmierza do schroniska "Pod Małą Rawka"...
Hurra! Zdobyliśmy Połoninę Caryńską! Trochę wieje...!
"Strzyga Skrzydlata w Bezruchu Bynajmniej" (od nazwy rzeźby obejrzanej na wystawie w galerii "Synagoga" w Lesku) przedziera się wzdłuż potoku Caryńczyk do ruin sanktuarium i cmentarza... na spotkanie z Bieszczadzkimi Aniołami... Wyszły nam naprzeciw...
Kiedy weszliśmy za ogrodzenie cmenarza coś się wydarzyło...
Z początku na to nie zwróciłem uwagi. Chodziłem w tą i z powrotem robiąc zdjęcia, to wchodząc na teren cmentarza, to wychodząc. Jak widać na fotografii był piękny, słoneczny dzień. Na niebie żadnej chmurki.
W pewnym momencie żona (która cierpi na niemożliwą podzielność uwagi - w odróżnieniu ode mnie) podeszła do mnie i spytała: "Widzisz, co się dzieje?"
Nie wiedziałem, o co jej chodzi. "Posłuchaj, co się dzieje, jak wchodzisz na cmentarz!"
I wtedy zrozumiałem... Jak tylko przekraczałem pozostałości ogrodzenia, drzewa zaczynały szumieć, jakby zrywał się wiatr!
Włosy na nieogolonej brodzie stanęły mi dęba!
Stwierdziłem, że ONI już nie chcą, abym fotgrafował... Wystarczy!
"Żegnajcie! Zostańcie w spokoju! Wychodzimy..."
W ciszy i ze zjeżonymi włosami zaczęliśmy wracać przez chaszcze na główny szlak.
W pewnym momencie stwierdziłem, że nie mam osłonki na obiektyw! A jak wychodziliśmy z cmentarza, zasłoniłem obiektyw!
Zginęła na kilkudziesięciometrowym odcinku ścieżki! Wróciłem...Niepewnie i powoli... Pewnie spadła, strącona przez badyle..., kiedy aparat dryndał mi na ramieniu...
Doszedłem do miejsca pod ogrodzeniem, gdzie się pakowałem. Nie było! Przepadła! Jak kamień w wodę!
Jak wyszliśmy na drogę biegnącą do schroniska Koliba, po wietrze nie było śladu...
Może to był tylko wiatr, może to był tylko przypadek...
A może Bieszczadzkie Anioły...
I jedno ze zdjęć wówczas zrobionych...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz