niedziela, 6 grudnia 2015

Jesienna wiosna czy wiosenna jesień i Król Ziemi...

Udało się. W piątek wpadłem na wieś.
Prosto ze stolicy wracając z delegacji rozpędzony minąłem Radom, zahaczyłem  o Szydłowiec, by przed zachodem Słońca otworzyć bramę od działki.
Pusto tam teraz i smutno... Babcia w mieście dochodzi do zdrowia, a stęskniony Tofik wygląda w stronę bramy, że może zaraz pojawi się  przy furtce... Już jej nie widział ponad dwa tygodnie.


Na podwórku nie wiadomo do końca czy to późna jesień, czy może już wiosna. Moja drewniana droga zakwitła: pojawiło się żółte słoneczko, a na trawie rozbieliły się stokrotki. Nawet chryzantemy całkiem nie zmarzły podczas przymrozków i zdobią jeszcze poszarzały ogródek. Berberysy jeszcze nie oskubane przez ptaki, czerwienią się na tle zieleni w promieniach zachodzącego słońca.






Korzystając ze sposobności, że przyjechałem dosyć wcześnie i do zmroku miałem jeszcze jakieś półtorej godziny, zabrałem się za dalsze przycinanie starej, chyba "pradziadkowej", jabłoni, która latem bardzo skutecznie zasłaniała warzywniak swoim olbrzymim cieniem. Dzięki niedawno zakupionej pile łańcuchowej z OBI robota szła nad wyraz gładko i szybko. Ile to się wcześniej musiałem namachać i napocić zwykłą kabłąkową ręczną piłką, aby obciąć parę gałęzi. Teraz robota zajęła mi parę minut, aby pozbyć się kilku zbędnych konarów, a później parenaście następnych, aby pociąć na krótkie kawałki. Jak przeschną, to będzie czym palić w kominku! Zmęczony i głodny po całym dniu wszedłem do domku, a tu na termometrze niecałe 10 stopni. I to tylko dlatego, że zostawiłem złączone konwektory, bo gdyby nie one, to zapewne byłoby jeszcze zimniej, pewnie gdzieś około 6 stopni. Rozpaliłem więc czym prędzej w piecu, a że w lodówce tylko chłodne powietrze znalazłem, jedyne co mogłem zrobić ciepłego do jedzenia, to pieczone w ogniu ziemniaki. Warto było poczekać, grzejąc nogi przed gorącą szybą, aby po kilkudziesięciu minutach zjeść kilka rumianych kartofelków. Szkoda tylko, że z samą solą. Masełka niestety nic w lodówce nie zostało.



Jak zawsze żal było opuszczać mój wiejski domek, ale w tym drugim (a raczej pierwszym) miastowym, czekała moja kochana drużyna. Musiałem więc wracać, tym bardziej, że w niedzielę mikołajki i dziatwa wygląda Świętego i prezentów.
W sobotę tak czekali, tak czekali, aż się nie mogli doczekać. W oczekiwaniu na obiad, aby bardzo się nie nudzili, wypuściłem ich na osiedlowy plac zabaw. Przed wyjściem ostrzegałem: "Chłopaki, tylko bez głupich zabaw i wracajcie za godzinę!"
I wrócili... Ba! Nawet po 50 minutach i mówią od progu: "Tata! Ale była ekstra zabawa! Ignaś był królem ziemi! Tylko mu się trochę buty pobrudziły..." Przypomniałem sobie wtedy, że przed blokiem remontują chodniki - jest pełno piachu, zaprawy cementowej, gruzu, porozjeżdżanej ziemi...
Jak wyszedłem z kuchni, z rękami w cieście na pizzę i zobaczyłem ich w progu, dopiero co przed południem posprzątanego mieszkania, to przysiadłem z wrażenia.Tosia, która otworzyła im drzwi jęknęła tylko: "O, Boże!"
A  ja jedyne co mogłem zrobić, to krzyknąć: "Stójcie i czekajcie przed drzwiami!" 
Opanowując nerwy przypomniałem sobie, że "szczęśliwe dzieci, to brudne dzieci"!
Jakoś doprowadziliśmy z powrotem do ładu klatkę schodową i mieszkanie (z dużą pomocą skruszonych winowajców), nastawiliśmy pralkę z całym kompletem ubrań nygusów, wpierw wytrząsnowszy z kieszeni i zakamarków może z pół kilo piachu!
Na koniec próbowałem z wannie doprowadzić do stanu używalności traperki Ignasia, ze dwa miesiące temu kupione w Lidlu. Niestety nie dało się!
Nie wiem co ten Król Ziemi robił i gdzie wchodził, ale ilość piachu jaką miał wewnątrz butów, nie dała się wytrzepać! Po prostu poszły do kosza!
Jednakże mimo takich wybryków, człowiek i tak kocha tych swoich urwisów! Wieczorem, kiedy do domu dotarła zmęczona żona, zaraz za nią przybył Mikołaj. Wlazł przez otwarte okno. Zostawił siatkę z prezentami i list. I nawet rózgi nie przyniósł...


Brak komentarzy: