wtorek, 23 sierpnia 2016

Lato na wsi, lato w mieście, lato na wycieczkach...

Moja babcia zawsze mawiała, że po 15 sierpnia już zaczyna się jesień...
Pola pokoszone, duża część już zaorana... Zaczynają otaczać nas kolory ziemi - brązy, beże, żółcie...
Jabłka spadają, śliwki dojrzewają, dynie pomarańczowieją, maliny kuszą smakiem i kolorem...
Jeszcze chwila i dzieci wrócą do szkoły, do nauki, do codziennych obowiązków.
W tym obliczu nadchodzącego zakończenia wakacji i końca lata warto wspomnieć kilka miejsc, które w lipcu i sierpniu odwiedziliśmy podczas naszych wypraw i wycieczek.

Wracając z Gorców zajrzeliśmy do zabytkowego, historycznego miasteczka. Często porównywane jest do Kazimierza Dolnego, do jego uroku, klimatu, charakteru, położenia. Zawsze chciałem go zobaczyć... Lanckorona!


Przespacerowaliśmy się na wzgórze zamkowe, gdzie oprócz mocno zdewastowanych i zarośniętych ruin, nie było nic ciekawego... Spodziewałem się choć skromnej infrastruktury turystycznej! Tym bardziej, że teraz w tego typu  ruinach "życie kwitnie" i coś się "dzieje" - wystarczy wspomnieć tylko Iłżę, czy Chęciny... A tu jedynie tablica na pamiątkę konfederatów barskich... Rynek podobnie - niby ładny, malowniczo położony na skłonie, wokół drewniane, stare domy, estetyczne retro szyldy na wzór staroświeckich - oszpecony kilkoma budynkami, kiczowatymi reklamami, czy wystawami sklepowymi!



Podobał mi się bankomat w starym domu, estetycznie schowany za rustykalnym okienkiem - żeby z niego skorzystać należało najpierw wejść na skrzynkę, następnie uchylić skrzydło okienne i dopiero zacząć operacje bankowe. Z galerii mieszczącej się w jednym z najstarszych domów lanckorońskich dostaliśmy od naszych dzieci uroczą ceramiczną rzeźbę rodziny aniołów oraz ramkę na ślubne zdjęcie - prezent na 17 rocznicę ślubu. Będą wspaniałą pamiątką i ozdobą naszego wiejskiego domku.


Co prawda Lanckorona to nie Kazimierz nad Wisłą, ale swój urok ma! Pewnie jak byśmy pobyli tam dłużej, to bardziej byśmy poznali jego uroki, zakamarki, kafejki. Jednakże był to tylko przystanek na naszej powrotnej drodze do domu!

Po przyjeździe do domu (a raczej dotarciu na wieś) mało nam było atrakcji i zaraz ruszyliśmy z powrotem na południe, aby aktywnie wykorzystać ostatnie dni upływającego urlopu. Naszym celem był park narodowy, o którym wiosną Filipek przygotował ciekawą prezentację na zajęcia szkolne - Ojcowski.

Mimo, że była to wyprawa jednodniowa, szybka, nieplanowana i spontaniczna, to zwiedziliśmy dużo! Fenomenalny był pawilon ojcowskiego parku z jego nowoczesną i multimedialną ekspozycją. Szczególnie ciekawie zaprezentowano wnętrze jaskini, czy wnętrze lasu z jego roślinnością i mieszkańcami w postaci zwierząt, ptaków, owadów. Później wyprawa do Jaskini Łokietka, pod zamek w Ojcowie, później Maczugę Herkulesa i zamek w Pieskowej Skale. Do domu dotarliśmy o północy przy blasku pięknie świecącego księżyca.



Urlopy się skończyły, ale lato trwało! Dzieci, po chwili odpoczynku w mieście, czy na wiejskim podwórku, zaczynały się nudzić. W ruch szły telefony, tablet, konsola, telewizor ... Wszystko czego nie lubię i na dłuższą metę przyprawia mnie o roztrój nerwów! Trzeba było wymyślić coś nowego, atrakcyjnego, gdzie jeszcze nie byli i nie widzieli!
Z pomocą przyszło pobliskie Województwo Świętokrzyskie ze swoimi atrakcjami i mimo, że pogoda bardzo nie rozpieszczała, to zobaczyliśmy kilka fajnych miejsc.

Na początek "poszło" Centrum Nauki DaVinci w Podzamczu pod Chęcinami. Padało wtedy całą środę - od rana do nocy. W niczym nam to nie przeszkadzało. Przeciwnie - było super! Tylko zamek w Chęcinach oglądaliśmy przez szybę z tarasu widokowego...

Miejsce dobrze zorganizowane, przystosowane dla młodych, ciekawskich poszukiwaczy przygód - nauka na wesoło i interaktywnie. Polecam gorąco. Tak nam się podobało, że w niedzielę zawitaliśmy tam znowu - tym razem na warsztaty ceramiczne, zabierając ze sobą naszych przyjaciół. Co prawda spodziewałem się większego profesjonalizmu i kreatywności ze strony obsługi oraz prezentacji metod pracy z gliną (chociażby na kole garncarskim), ale wszak był sezon urlopowy - trzeba być wyrozumiałym. Dzieci i tak były zachwycone i bryłka gliny pochłonęła ich bez reszty, a półtoragodzinne zajęcia minęły, jak z bicza strzelił!



A później przez kolejne kilka godzin, do samego wieczora, obcowali z innymi ciekawostkami Centrum. Interesowały ich multimedialne stanowiska obrazujące funkcjonowanie organizmu człowieka - mózgu, szkieletu, układów oddechowego czy pokarmowego. Ale najwięcej zabawy i rywalizacji było przy drewnianych konstrukcjach projektu legendarnego Leonardo!










W trakcie innego wyjazdu odwiedziliśmy prehistoryczne kopalnie krzemienia w Krzemionkach Opatowskich. Wyobrażałem sobie je całkiem inaczej - bardziej jak tradycyjny kamieniołom. A tu: przygotowana kilkusetmetrowa trasa podziemna po najprawdziwszej kopalni. A krzemienne bryły zatopione w białej skale wapiennej, jak rodzynki w cieście! Poznałem też historię powstawania bólw krzemiennych, jako stwardniałego żelu z prehistorycznych gąbek, który znalazł miejsce w wydrążonych w mule kanałach przez inne ślimakowate wymarłe stworzenia.




Na zakończenie tego dnia dotarliśmy jeszcze do nieodległego Ćmielowa. Naszym celem było Żywe Muzeum Porcelany przy kultowej, znanej na całym świecie, manufakturze AS (kiedyś Świt).





Załapaliśmy się na ostatni tego dnia pokaz. Miła pani z zaangażowaniem opowiadała nam o technikach i sposobach wytwarzania tego "białego złota" polskiego. Mieliśmy okazję zobaczyć, a dzieci nawet uczestniczyć w procesie przygotowywania masy ceramicznej, zalewania i otwierania formy, wykańczania zastygłych figurek.




Przy kolejnych stanowiskach przewodniczka opowiadała o kolejnych etapach prac nad wytwarzaniem ceramiki - wypalaniu, szkliwieniu, kolejnym wypale, malowaniu, zdobieniu, znakowaniu. W starym, olbrzymim piecu do wypalania ceramiki obejrzeliśmy filmy opowiadające o historii miejsca i tradycyjnej technologii.


Po wyjściu z manufaktury odwiedziliśmy jeszcze fabryczny sklep, który był bardziej galerią prezentującą bogatą ofertę firmy. Byliśmy pod wrażeniem cen produktów oraz klienteli - od prezydentów Stanów Zjednoczonych, przez inne głowy mocarstw i państw świata, polityków, sportowców, artystów.
Na pamiątkę przywieźliśmy dla mojej żony, zakochanej w porcelanie i filiżankach do kawy, mały kubeczek porcelanowy w skromnej cenie 25 zł (przy zakupie biletu, bez niego 50 zł). Miejsce cudne! Polecam i podpowiadam, żeby mieć ze sobą chociaż ze trzy stówki na malutką filiżaneczkę na prezent dla ukochanej osoby! Warto - na pewno na wartości nie straci!

Wracając, już w okolicach Starachowic, zahaczyliśmy o miejscowość Krynki słynącej z pięknej drewnianej dzwonnicy. Mój mistrz i inni fotograficy często uwieczniają ją na swoich zdjęciach lub pracach. W okolicach jest też rezerwat geologiczny wart zobaczenia z wypiętrzonymi skałkami w pobliskim lesie. Ale to już będzie pretekstem na kolejną wyprawę...


A nam co pozostaje - pijąc kawę, wspominać przygody wakacyjne, mając w głowie bagaż kolejnych doświadczeń i wiedzy z zakresu geografii, historii, geologii, anatomii - szykować się do rychłego roku szkolnego.

sobota, 30 lipca 2016

Wspaniałe wakacje w Górnej Chacie w Gorcach

Do Górnej Chaty przybyliśmy w poniedziałek 11. lipca wieczorem. Od dawna byłem fanem i wiernym "podglądaczem" bloga i profilu na FB, który Kasia - właścicielka Górnej Chaty, prowadzi opisując historię swoją i swoich sielskich chat - pierwotnie Smolnikowych Klimatów w Bieszczadach, o od trzech lat, życia właśnie tu, w sercu Gorców, niemalże na samym końcu najdłuższej wsi w Polsce - Ochotnicy. Wspaniałe zdjęcia Kasi, pokazujące urok tego miejsca - pejzaży, rustykalnie urządzonych wnętrz swoich domów, zwierząt - były inspiracją dla mnie. Często nakłaniały mnie do działania, pobudzały wyobraźnię, podsuwały pomysły, "kazały" stworzyć coś na własnej wsi, we własnym domku. Podziwiam ciężką pracę Kasi i Leszka - bo, aby żyć w takim raju, trzeba być nie lada "siłaczem"!!! To nie to samo, co przyjechać na tydzień, czy dwa. To sztuka walczyć o ten raj co dzień - od rana, do wieczora, przez siedem dni w tygodniu, miesiąc, za miesiącem, rok, po roku...
Urok siedliska w Ochotnicy Górnej w przysiółku Holina urzekł nas od razu malowniczym położeniem, swoją estetyką, wspaniałymi gospodarzami oraz bajecznym widokiem z zamykającymi horyzont Tatrami. Nie pozostało nic innego, jak usiąść i radować oczy wspaniałym, niczym rajskim, widokiem.

... na całe pasmo Tatr i unoszący się nad nimi księżyc...

Rano, przy śniadanku z owczym serkiem od tutejszych kóz i przesmacznym swojskim chlebem  od Pani Kasi, naszej Gospodyni, podziwialiśmy dalej rozległe widoki.
Nasz forester spisał się znakomicie, bo dowiózł nas niemal pod samą chatę, nie tak, jak samochody innych wczasowiczów, tylko na parking przy asfaltówce. Jednakże z Landroverem Defenderem Leszka nie mógł się równać! Co oni zrobiliby bez tego wspaniałego auta? Nie wiem! A przecież lato to pikuś! A słotna jesień, albo śnieżna, czy lodowa zima? Tylko podziwiać! Można obejrzeć filmiki na youtube, na kanale Górnej Chaty, jak radzą sobie właściciele w innych porach roku.

Moi chłopcy, za zgodą i w towarzystwie młodych gospodarzy: Julka i Kuby, wyprowadzali stado kózek na pastwisko. Niektóre nawet, jak widać, wynosili. A radości było przy tym co nie miara!


Z zaciekawieniem dzieci oglądały harce młodych zwierzątek, które beztrosko biegały, skakały, a nawet delikatnie się bodły.



Nad stadem pieczę sprawował olbrzymi, mimo że młody, bo kilkunastomiesięczny, owczarek pirenejski - Bella.


Beczące stadko, pobekując cichutko, pasało się nieopodal, ciesząc oczy bawiących się dzieci i popijających kawę dorosłych.


Nasza Tosia bardzo szybko nawiązała przyjaźń z Amelką, córeczką właścicieli, a chodząc za nią krok w krok, poznawała zakamarki domostwa i gospodarstwa.


Kiedy już nacieszyliśmy się obcowaniem ze zwierzętami, wypiliśmy we wspaniałych okolicznościach przyrody "jakośinaczejsmakującą" kawkę, a dzieci pograły już w piłkę i poskakały na trampolinie, ruszyliśmy na wędrówkę w kierunku widocznych na widnokręgu Tatr. Naszym celem był Turbacz, najwyższy szczyt Gorców. Położenie naszego gospodarstwa dawało możliwość, aby dojść do szlaków turystycznych bezpośrednio z domu, bez konieczności jazdy samochodem. Musieliśmy tylko przejść przez potok na Forędówkach, wdrapać się na sąsiednie wzgórze, przedrzeć się przez kępę zarośli i pokonać świeżo skoszoną łąkę. Tam już była ścieżka - niedawno wytyczony szlak rowerowy na Kiczorę przez Halę Znaki. Stamtąd roztaczał się malowniczy widok na Holinę i wzgórze Magórki z wieżą widokową.
Widać też było, jak na dłoni, Górną Chatę. Te zdjęcia zrobiłem na prośbę Kasi, która chciała zobaczyć, jak stamtąd widać jej siedlisko.





Przy tej leśnej drodze rozciągały się olbrzymie polany jagodzin. W drodze ku Turbaczowi skutecznie nas dożywiały. Nasze usta, zęby i palce - a zwłaszcza ich kolor, zdradzały, co było naszą przekąską.


Niekoronowanym królem jagodowym został Ignaś - zatrzymywał się co trochę, aby pozrywać leśnych owoców, które na nasłonecznionych stokach były wspaniale słodkie i duże, niczym kupowane w mieście borówki amerykańskie.


Po kilku godzinach marszu doszliśmy do Długiej Hali pod Turbaczem, skąd roztaczał się daleki widok, a do schroniska było już prawie na wyciągnięcie ręki, o tam...



Mimo, że nie było upalnie, a nawet lekko zaczęło kropić (wprawiając nas w lekkie zakłopotanie), marsz dał się we znaki. Po kilkukilometrowym marszu nasze plecy były mokre od potu, a w brzuchu kiszki marsza grały.


Woda ze źródełka smakowała jak najlepszy napój!


Po krótkim odpoczynku w nasze dzieci wstąpiły nowe siły, które ciągnęły ich na górę, w kierunku żurku i gorącej herbaty w schronisku.




Powrotna droga do Górnej Chaty przebiegła już sprawniej, bo mimo że daleko, to jednak z górki - różnica poziomów wyniosła około 350m. Ignaś pilnował mapy, abyśmy się już nie zgubili i przez przypadek nie zeszli w miejsce wojennej katastrofy Liberatora (tak jak to miało miejsce w tę stronę) w odludne ostępy gorczańskie w okolicach Przełęczy Pańskiej Przehybki.


Zmęczeni, ale szczęśliwi i z litrem jagód w plecaku, dotarliśmy na miejsce już po ostatnich promieniach słońca, niemalże o zmroku.


Następny dzień dzieciaki rozpoczęły od porannej kąpieli w basenie z widokiem. Słońce świeciło mocno, jednakże na horyzoncie kłębiły się chmury, zaciągając się na Tatry niczym kotara.




Tosia, susząc się w pokoiku, z niepokojem zerkała na południowe niebo...,


które wróżyło zmianę pogody... I to niestety na gorszą!


Tylko on nie bał się nadciągających chmur! Jemu one nie straszne! Nie tylko w taką pogodę wdrapał się tutaj ten dzielny Landek.


Nasz Forek nie chciał być gorszy, więc nie czekając, aż się całkiem rozpada zawiózł nas do Kluszkowców na tor saneczkowy do Czorsztyn Ski, a później do znanej już przez nas Osady Turystycznej Czorsztyn z uroczą restauracją u Szperlinga i zamku w Niedzicy (z czasów wyjazdu do Szczawnicy sprzed dwóch lat).


Fajnie było zwiedzić zamek kolejny raz i posłuchać legendy o Brunhildzie i Bogusławie Łysym oraz zajrzeć do 60-ciometrowej zamkowej studni, w której według opowieści, księżna skończyła swoje życie.



Kiedy opuszczaliśmy Niedzicę, aby wrócić na Holinę, nad Gorce nadciągnął deszczowy front. Bałem się, że będzie niezła nawałnica, pioruny, grzmoty i oberwanie chmury. Skończyło się na wjechaniu w chmury, mgłę i spory deszcz. A musieliśmy pokonać 52 ostre zakręty na serpentynach prowadzących przez Przełęcz Knurowską do Ochotnicy.

Następnego dnia, nie czekając, aż się rozpada, czy rozpogodzi - zdobyliśmy Lubań. Naszym celem była nowa olbrzymia wieża widokowa zbudowana w zeszłym roku i kultowa baza namiotowa (na której byłem 22 lata temu). Dla naszych pociech była to kolejna walka z charakterem - nie było łatwo. Wyprawę ułożyliśmy odwrotnie niż proponują przewodniki. Zjechawszy autem do Ochotnicy Dolnej, zaparkowaliśmy w pobliżu stacji benzynowej i zaczęliśmy marsz pod górę przez przysiółek Kudowe, podążając za biegnącym tędy zielonym szlakiem. Po około półtorej godzinie ostrego marszu  doszliśmy na Polanę Jaworzyna Ochotnicka, gdzie znowu, tak jak w przypadku wyprawy na Turbacz, natknęliśmy się na pola dorodnych borówek. Filip, Ignaś i Tosia zajadając jagody powoli posuwała się na przód. Nikt nikogo nie niósł, natomiast opowiadaliśmy bajki i historie ze "starych" studenckich czasów o łazęgowaniu po górach, także i tutejszych - Gorcach.


Dwudziestominutowe podejście odcinkiem trzykolorowym, gdzie szlaki nałożyły się na siebie, aby wprowadzić na szczyt Lubania, było męczące. Wspinaczka była jednak warta wysiłku!



Widok z wieży zapierał dech w piersiach, bezkresne panoramy rozpościerały się na cztery strony świata.


A tam spójrz, Trzy Korony widać! Jedynie Tatry skutecznie się przed nami ukrywały w chmurnej osłonie.


Po odpoczynku w bazie namiotowej pod szczytem Lubania, gdzie napojeni gorącą herbatą z cytryną przez wspaniałą obsługę ze Studenckiego Koła Przewodników Górskich z Krakowa i zaopatrzeni w pamiątkowe koszulki, ruszyliśmy z powrotem w dół do Ochotnicy. Tym razem zeszliśmy jednak prowadzeni znakami niebieskimi przez Polanę Folwark tuż przy starym drewnianym kościółku. Do samochodu zostało nam coś koło 2 kilometrów. I znów zmęczeni, po zachodzie słońca, robiąc po drodze zakupy, dotarliśmy na uroczą kwaterę, gdzie czekali gospodarze już zaniepokojeni naszą długą nieobecnością.




Nagrodą za dzielny marsz i dobrą postawę był pyszny drożdżowiec z uzbieranymi jagodami, który upiekły nasze blondyneczki!


W oczekiwaniu na ciasto rozegraliśmy parę gier, jakie zabraliśmy ze sobą - ulubiony przeze mnie Splendor i dziecięcy Piracki Skarb. Uroku dodawała miła i bardzo efektownie urządzona kuchnia w Górnej Chacie. Ozdoby, meble, sprzęty kuchenne wspaniale dobrane przez Kasię i Leszka, tworzą estetyczne pomieszczenie, które wiernie oddają zdjęcia pamiętane przeze mnie z bloga Kasi i jej profilu na Facebooku.


Placek był wyśmienity i zniknął niemal natychmiast po upieczeniu!


Kolejne kilka dni było pod znakiem deszczu. Padało bez przerwy noc i dzień. Dlatego o wyjściu na szlak nie było już mowy. Ale dzieciom wcale się nie nudziło. Gospodarze zaprosili ich do pomocy przy codziennych obowiązkach przy kozim inwentarzu. A dla nich była to istna atrakcja. Tak im się podobało, że spędzili w koziarni dobrych kilka godzin, czesząc zmierzwione futro spokojnych zwierzaków. Tylko capa, zwanego Koziołkiem Matołkiem, nie odważyli się wyprowadzić z boksu.
Tą przyjemność zostawili dla gospodarza.


Moich synów w obowiązki gospodarcze wprowadzali dzielnie synowie gospodarzy - Kuba i Julek.


Tosia wolała obcować z bardziej łagodnymi stworzeniami, a w jej oczach malowała się, dotąd niespotykana radość.


Po zakończonej koziej toalecie (i dziecięcej też, bo jak wrócili z koziarni, to pachnieli, jak małe koziołki) zjechaliśmy serpentyniastą trasą przez Knurów do Łopusznej, malowniczej wsi, kojarzącą się z księdzem Tischnerem. Tam zobaczyliśmy dobrze zachowany dwór wraz z zabudowaniami i piękny kościół, który wiele wycierpiał podczas ostatniej wielkiej powodzi w 1997 roku. W strugach lejącego deszczu obejrzeliśmy sanktuarium maryjne w Ludźmierzu, ale pogoda nie dała się w pełni pocieszyć tamtym miejscem i dłużej tak pobyć. 


Niedziela, 17. lipca była kolejnym mokrym dniem. Siąpiło od rana - raz słabiej, raz mocniej.
Deszcz nie pozwolił na dogłębne uczestniczenie w uroczystościach i atrakcjach przygotowanych przez miejscowych górali związanych z jubileuszem 600-lecia lokacji wsi Ochotnica Dolna.
Uczestniczyliśmy w koncelebrowanej mszy w ochotnickim kościele, po której w poczty sztandarowe i delegacje, w asyście wojska, strażaków i odświętnie ubranych górali złożyli wieniec pod pomnikiem martyrologi wsi. Była to dobra lekcja historii i folkloru dla takich osób z nizin, jak my.



Po powrocie do Górnej Chaty, Kasia zorganizowała dla wszystkich dzieci z siedliska warsztaty z malowania ozdób drewnianych - aniołków, ptaszków, bocianów, kotów.
Praca tak pochłonęła małych artystów, że stracili rachubę czasu. Trudno ich było oderwać, umyć i położyć spać!



Poniedziałek przywitał nas muzyką deszczu dzwoniącego o dach i szyby gościnnego domostwa.
Aby wykorzystać uciekający nieubłaganie czas, udaliśmy się na zwiedzanie nieodległej Rabki. Mimo, że w linii prostej miasteczko to leży całkiem blisko, musieliśmy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, aby objechać Gorce niemalże dookoła.
Chcieliśmy zajrzeć do uzdrowiska i zobaczyć co miejsce to oferuje.
Pospacerowaliśmy po parku zdrojowym, powdychaliśmy solanki pod tężnią, kupiliśmy dla czekających w Radomiu babć drobne upominki sanatoryjne: wodę mineralną, lampy solne, kosmetyki.
Jednakże największą atrakcją dnia okazał się park linowy i zabawa z instruktorem na ściance wspinaczkowej. "Pan Ukasz" był pod wrażeniem sprawności chłopców, do tego stopnia, że podarował im dodatkową kolejkę w prezencie. 




Na zakończenie wilgotnego dnia, mobilizowani przez moją żonę, zdobyliśmy najbliższe schronisko, na nadrabczańskiej Maciejowej. Tutaj, podobnie jak na szlakach gorczańskich na Turbacz, czy na Lubań, turystów było jak na lekarstwo. Osoby, które spotkaliśmy, to pojedyncze jednostki, które dobrze nam utkwiły w pamięci. W terenach tych można odpocząć od tłumu, ludzi, gwaru, hałasu.
Ładowanie akumulatorów szło pełną parą. Do tego stopnia, że ostatnie metry do schroniska pokonywaliśmy biegiem - szczególnie Igo, który chciał dojść pierwszy!



Naszym celem była kolejna pieczątka w przewodniku - uroczy zwyczaj potwierdzania swojej obecności na górskich szlakach. Gdybyśmy zaprowadzili chłopcom książeczki GOT-u, to pewnie w ciągu tych trzech lat górskich wędrówek, zdobyliby już jakąś odznakę...


Zagrzani ciepłą herbatą i posileni żytnimi ciasteczkami Iwonki, przy stole w "maciejowym" schronisku, najbardziej przemoczeni z całego pobytu, wróciliśmy do samochodu i do Ochotnicy. 


I nadszedł czas powrotu! Pożegnania trwały długo... Były i rozmowy, i wspólne zdjęcia pamiątkowe, i pyszna kawa u gospodarzy, siedząc na mięciutkim sako przy szklanej ścianie z jedyną w swoim rodzaju naturalną "fototapetą"...





Dziękujemy Kasi i Leszkowi oraz ich dzieciom Kubie, Julkowi i Amelce za niezapomniane wakacje.
Mam nadzieję, że jeszcze trafimy do Was w naszej wędrówce po górach, w poznawaniu beskidzkich coraz to nowych szlaków, wsi, kościółków, rezerwatów...
Dziękujemy też, poznanym w Górnej Chacie, Marcie i Sławkowi, za długie rozmowy o ziołach, naturalnej medycynie, kosmetykach i ekologicznym odżywianiu. Pozdrawiamy nasze braknie dusze z Lublińca.

W powrotnej drodze oraz w czasie kolejnych dni naszego urlopu zajrzeliśmy do kilku ciekawych miejsc, ale o tym opowiem już następnym razem...