niedziela, 26 czerwca 2011

Urlop na wsi - i nie tylko!

Urlop rozpoczął się wcześnie, bo 13. czerwca.
Prawie tydzień - najlepszej pogody rodzinka spędziła w zaciszu swojej zagrody na spokojnej wsi!
Harcom, zabawom i uciechom nie było końca!
Chłopaki uwielbiają igraszki ze zraszaczem wody! Ubaw po pachy! A jaka zabawa w strażaków!
W mieście o godzinie 20.45 już przeważnie śpią, a tam o 22giej trudno było ich do domku zaciągnąć...
A ledwo otwierali oczy - już biegali po zroszonej trawie.
Swojską sielankę musieliśmy przerwać - zaliczyliśmy wyczekiwany przez dzieciarnię przez cały rok wypad nad morze. Odwiedziliśmy trzeci raz Dębki - uroczą miejscowość położoną wśród kilkusetletnich sosen, dębów i świerków, wolną od zgiełku jaki panuje w innych większych kurortach. Pogoda, choć słoneczna, nie rozpieszczała nas - wiał silny chłodny wiatr. Leżenia plackiem nie było (uff!), porażenie słoneczne nas nie dopadło (uff!), miejsca na plaży mieliśmy pod dostatkiem (uff!) - spacerom za to nie było końca!
I tydzień minął...
Czas nadszedł wracać - po drodze odwiedziliśmy jeszcze gdańskie ZOO!

Ten weekend mieliśmy cały spędzić znów na wsi...
Zaczęło się uroczo... Dotarliśmy wieczorem w piątek. Dzieciarnia już usnęła w drodze. Kiedy dotarliśmy, przełożyliśmy tylko śpiące towarzystwo do łóżek - a sami spędziliśmy uroczy wieczór na werandzie pijąc pyszną herbatę i wsłuchując się w szum spływającej wody ze stawideł oraz w muzykę koncertu, jaki dawały świerszcze. Po niebie płynęły płonące lampiony puszczane przez bawiących się na zabawie w zamku szydłowieckim - toż to przecież była Sobótka!
W sobotę, jak tylko dziatwa się obudziła, wybiegła na podwórze... Jak zawsze - jak spuszczone z łańcucha psiaki - bieganie, piszczenie, zabawy, piach, zjeżdżalnia, huśtawka... Nie wiadomo co pierwsze i na jak długo! Filip wpadł na pomysł, że będzie strażakiem. Zaczął rozciągać węża do podlewania... Biegł schylony, nie oglądając się na boki i za siebie. Biegł, biegł i nagle - ŁUP! Na drodze stał SŁUP! ... Od daszku nad schodami! Tak przywalił, że przez godzinę leżał płacząc i zwijał się z bólu narzekając na brzuch! Po godzinie jakoś przeszło - przyjechali bratankowie i trochę ich zajęli zabawą. Ale na wieczór pojawiła się gorączka - ponad 38 stopni. Oooo! Przestało być wesoło - tym bardziej, że znowu się zaczęło: "bzusek mnie boli..."
Noc jakoś przetrwaliśmy mając dużo złych myśli w głowie... Niedzielę rozpoczęliśmy o 6 rano z 39 stopniami temperatury...
Nie było na co czekać, tym bardziej jak się ma żonę z branży medycznej (która zaraz sobie taki scenariusz ukręci w głowie, że ...) więc pojechaliśmy na pogotowie, aby wykluczyć, to co mogło się zdążyć... (uraz wątroby, nerki, śledziony, wyrostka, woreczka, czy co tam jest jeszcze...:-)).
Dotarliśmy do Radomia - na szczęście po wizycie na pogotowiu, a następnie na oddziale chirurgii dziecięcej szpitala i badaniu USG - wykluczono uszkodzenia "podrobów", a gorączka prawdopodobnie jest następstwem jakiegoś paskudztwa wirusiska z objawami wysokiej gorączki, bólów brzucha i głowy...
UFF!!!
Teraz siedzimy w mieście!
Zdrowiejemy!
I czekamy na kolejne weekendy na wsi!
Postaramy się tylko uważać na SŁUP...
ŁUP! Pozdrawiam!
Też bym chciał tak pobiegać... (ciekawe co by sąsiedzi powiedzieli...?)

Strach pilnować miał nam truskawek jak byliśmy nad morzem - coś mu to słabo wyszło, bo po owocach zastały ponadgryzane szczątki i szypułki, a jak się tylko zbliżyliśmy do poletka - wyleciała zgraja ptactwa: szpaki, "drzyzdy" i inne!

Tosia zażywała pierszych kąpieli - a jej mama hartowała skórkę na nadmorskie UV.
W tle "słynny" SŁUP!

A można przecież tak bezpiecznie się bawić...


A nawet poszaleć z zimną wodą na trawie...

4 komentarze:

folkmyself pisze...

Po zdjęciach widać że zabawa była przednia! I nawet mamie w basenie zazdroszczę!
Dobrze że lekarze wykluczyli jakieś straszności, ale domyślam się że nerwów było co niemiara...

Aleksandra Stolarczyk pisze...

najważniejsze,że wszystko dobrze się skończyła a mamusia w basenie-powala!:)

Ania pisze...

Tak to bywa czasami, że chwile miłe przeplatają się z problemami. Życzę samych miłych chwil w Waszym zacisznym azylu. Bawcie się dobrze i zdrowo. Pozdrowienia dla całej wesołej rodzinki. Ania

Grey Wolf pisze...

mi kiedyś sarna wyjadła truskawki razem z liśćmi ;)