czwartek, 3 stycznia 2013

Śladami bobrów...


Na jesieni mój tata przyniósł informację, że w rzece za młynem zadomowiły się bobry!
„Bobry? U nas? NIEeee!” Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej wiadomości. Do czasu...
Za jakieś 2 tygodnie od tego wydarzenia ojczulek przytargał na podwórko konar, o grubości ok. 15 cm, ze śladami olbrzymich zębów w miejscu jego ścięcia. Niesamowite!
Z jednej strony ucieszyłem się bardzo, że w nasze strony przywędrowały te stworzenia, ale z drugiej... Skoro wie o tym mój ojczulek, to wiedzą też inni ludzie, bo od kogoś się przecież dowiedział  – a to już chyba nie jest dobra wiadomość – szczególnie dla bobrów!
Te myśli dręczyły mnie od tamtego czasu, aż w ostatnich dniach grudnia postanowiłem udać się na samotne zwiady. Zabrałem tylko aparat, aby uwiecznić ewentualne spotkanie z napotkanymi zwierzakami lub chociaż okolicę, szczególnie, że dzień był piękny, a słońce szczególnie malowniczo przyświecało.
Groblą przeszedłem koło leniwie płynącej rzeczki i zamrożonych stawów.


W oko wpadły malowniczo postrzępione pałki bagienne i powtórnie zmrożona pokrywa lodowa stawu rzeźbiąca ciekawe formy.
Młyn ładnie prezentował się w żółtych promieniach ukośnie padającego słońca. Ciekawie prezentowały się kamienne ściany i drewniana rampa.


Tylko przy tym świetle dobrze widać było również „zęba czasu”, jakim jest już nadgryziony budynek – wschodnia ściana mocno popękała, a w oknach coraz mniej szyb... Szkoda...


Idąc dalej wzdłuż młyńskiej rzeczki, która poprzez puszczenie wody na stawy stała się bardziej rwąca i obfita w wodę, niż głównie zasilająca ją rzeka Szabasówka (choć na mapach oznaczają ją również jako Korzeniówkę – chodzi o tę, która płynie od Chlewisk), ukazała się ładna panorama doliny z rzeką, stawami, młynem i w tle wsią. Stało się to za przyczyną jesiennych prac grupy energetycznej dbającej o stan zadrzewienia pod linią wysokiego napięcia, biegnącą akurat nad samym młynem i przez dolinę obu rzek (ta sama linia szpeci wspaniałą Dolinę Rzeki Krasnej , oddaloną ok. 30 km w kierunku południowo-zachodnim ode mnie - http://natura2000.gdos.gov.pl/areas/view/PLH260001).

Po około 200m przecinka się skończyła i zaczęły się chaszcze – jeżyny, tarniny, wierzby.
Kolce krzaków skutecznie pozaciągały mi spodnie, ale brnąłem dalej!
W pewnym momencie o mało się nie wywróciłem! Szarpnąłem nogą, ale iść dalej nie mogłem. Zostałem złapany, o zgrozo, w kłusownicze sidło! W tym samym momencie wróciła moja skrywana obawa o bobry. Jeśli nawet kiedyś przyszły, to znaczy, że już „poszły”! Okrutne! Zerwałem drut, żeby już żadne zwierzę się nie złapało.

I tak, za kilkanaście metrów natknąłem się na ślady bytności tych zwierząt. Ujrzałem kilka  ściętych zębami gałęzi, parę pieńków po ściętych drzewkach, ślady zębów na konarach.
Jeszcze za chwilę rzeczkę przegrodziła sterta gałęzi, która lekko spiętrzyła poziom wody.
To było chyba żeremie, albo raczej początek żeremia, które bobry zaczęły sobie budować.
Poszedłem dalej. Śladów po futrzakach było coraz mniej...
Koło źródełka na Dymarkach spotkałem znajomego. Widząc mnie z aparatem zaciekawił się, co tu porabiam w krzakach? Próbowałem coś tam bąkać o ładnej pogodzie, słońcu do fotografowania, ale on niemalże od razu wypalił: „Co? Bobrów szukasz? Eee, poszły dalej! Tam, u kumpla na stawach takie drzewa ścinają!” Pokazał rękami półmetrowy krąg i kiwnął głową w kierunku sąsiedniej wsi.
Ciekawe, kiedy je stamtąd przepłoszą, albo wyłapią?
Wracałem do domu zatroskany o los bobrów, ale z drugiej ucieszony, że widziałem ich ślady.
A znaczy to, że okolica jest czysta, ekologiczna, opuszczona, robi się ostoją dla dzikich zwierząt.
W powrotnej drodze zrobiłem kilka fotografii młyna. 

Zajrzałem do wnętrza przez „kocią” dziurę w starych wrotach. W środku stoją działające maszyny, które właściciel, od czasu, do czasu jeszcze uruchamia, żeby zmielić śruty dla stworzeń okolicznych gospodarzy (zdarza się to rzadziej, bo i gospodarzy i stworzeń coraz mniej).
Zmarznięty i głodny wracałem w promieniach zachodzącego za stawami słońca.
W kominku zostało trochę żaru, więc po wrzuceniu kilku szczapek i polan, ogień buchnął wesoło.
Wrzuciłem na palenisko kilka kartofli zawiniętych w folię aluminiową. Po pół godzinie wyżerka była przednia! Z masłem i solą!

Palce lizać! Polecam i pozdrawiam.

czwartek, 27 grudnia 2012

Pożar pałacu!

Wczoraj dotarła do mnie straszna wiadomość.
W Boże Narodzenie spalił się piękny, zabytkowy pałac w Chlewiskach.
Datowany na XII wiek, kiedyś należał do rodu Odrowążów, Chlewickich.
Otoczony malowniczym parkiem z niesamowitymi drzewami, które również stanowią wartość zabytkową.
Od końca lat 90-tych pałac i posiadłość znajduje się w rękach prywatnych.
Funkcjonuje tam luksusowy hotel z wysokiej klasy SPA znany jako "Manor House" (http://www.manorhouse.pl/index.php?lang=pl).
Jest prawdziwą wizytówką naszej gminy!
Szkoda wielka...
Mam tylko nadzieję, że właściciel szybko pokona trudności formalne (z obiektem zabytkowym) oraz finansowe i pałac odzyska swój dawny urok.



źródło: tvp.info
foto: autor bloga
 
źródło: http://blog.manorhouse.pl/o-palacu-odrowazow/



środa, 26 grudnia 2012

Święta, Święta ...!

Z okazji tych cudownych, chyba najpiękniejszych świąt w roku, dla wszystkich Przyjaciół Blogowiczów składam najlepsze życzenia:
zdrowia, radości, uśmiechu, pogody ducha i życia prawdziwie sielskiego - dla jednych bardziej realnego, a dla innych bardziej wirtualnego. Ważne, żeby kreacja, bez względu, czy rzeczywista, czy internetowa, dała dużo satysfakcji i zadowolenia i pozwalała spełniać marzenia!

Dobrych świąt i weekendu sylwestrowego!

P.S.
Ja święta rozpocząłem z moimi zuchami na wsi już w piątek.
Pomimo uporczywego mrozu, udaliśmy się na zimowy spacer w poszukiwaniu gałązek choinkowych na świąteczne stroiki. Zabraliśmy ze sobą lornetkę, w razie gdybyśmy spotkali jakiegoś sokoła, sarenkę lub może bobra, bo podobno zasiedliły się w rzece za młynem!
Kiedy dotarliśmy nad staw, chłopcy mieli radość z lodowiska. Kilka dni z mrozem poniżej 10 stopni spowodowało, że lód był grudy i bezpieczny! Spokojnie mogliśmy się pobawić. Przypomniały mi się czasy, kiedy ze swoim tatą, jakieś ćwierć wieku temu, bawiliśmy się w podobny sposób - wtedy mieliśmy jeszcze łyżwy!



Bobrów, ani innej zwierzyny niestety nie spotkaliśmy, ale bardzo chcieliśmy je dojrzeć.

Później wróciliśmy do Radomia i dalsze święta spędzamy już w mieście...

Trochę żal, ale pocieszam się tym, że odwilż, która przyszła w wigilię, nie pozwoliłaby na spokojne, suche spacery.
Mam plan wyskoczyć na weekend! Zobaczymy, może się ziści...

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Powtórka wyjazdu - niemalże...

Wyjazd zeszłotygodniowy został powtórzony! Niemalże...
Piszę niemalże, ponieważ: śniegu nie było, mrozu nie było, chłodu strasznego w domku też nie było!
Jak przeglądam zaprzyjaźnione blogi, to oczom nie wierzę, jakie gdzieniegdzie na wschodzie i północy śniegi.
A u nas po zeszłotygodniowym śnieżku pozostały wspomnienia - chłopcy wybrali więc zabawy przy cieple domowego ogniska, zamiast taplać się w rozmokłym błocku.
Pomimo cieplejszych temperatur powietrza, wnętrze nieogrzewanego domu szybko wychładza się. Przeczuwałem, że temperatura we wnętrzu będzie w okolicach 5 stopni i dlatego w piątek, jak cały dom (miejski) poszedł spać, wskoczyłem w samochód i ok 21-szej byłem już na wsi. Szybko rozpaliłem w kominku, nałożyłem polan na maksa, ustawiłem konwektory, naszykowałem drewna na następne palenie i jak temperatura zaczęła iść w górę, wróciłem z powrotem - w mieście byłem jeszcze przed północą.
Kiedy wczoraj zabrałam synków na wieś - w domku było 11 stopni, więc znośną temperaturę osiągnęliśmy bardzo szybko.
Wyjazd minął pod hasłem "szachy"!
Do tego stopnia, że jak wracaliśmy do miasta, to grę musieliśmy zabrać ze sobą.
Teraz to nie będzie już "działkowa" zabawa, a skończy się tak, że niedługo synowie krzykną ojcu "Tata, szach mat!".
Muszę odszukać gdzieś w domu swój stary podróżny zestaw gier, jeszcze "made in USSR", który zawierał kilka popularnych gier i zjechał ze mną trochę Polski, będzie na podróże z chłopcami jak znalazł!

wtorek, 11 grudnia 2012

No i przyszła..., kolejna zima w naszym życiu...


Niedzielny wypad był szybki! Spontaniczny i nieplanowany.
Dziewczyny zostały w domu - groźba mrozu ich przeraziła!
Ale prawdziwym facetom, jakiś tam mróz - nie straszny!
Więc szybko spakowaliśmy plecak - rękawiczki, skarpetki, spodnie na zmianę, cztery kotlety, jedno jabłko, dwa banany, tabliczka czekolady, dwa serki homogenizowane, woreczek ryżu i jazda! Prowiant zapewniony - z głodu nie umrzemy.
Chłopcy jak usłyszeli tylko hasło: "wieś", stali w pełnym rynsztunku w ciągu dwóch minut pod drzwiami.
Wskoczyliśmy w autko i za niecałą godzinę byliśmy na działeczce.
Synkowie od razu z samochodu wyskoczyli z "jabłkowymi" ślizgaczami.
"Tata, biegniemy na górkę!"
I pobiegliśmy...

Mróz jednak robił swoje - po kilku zjazdach, małe rączki skostniały, a zimny wiatr wyciskał z małych oczu łezki. Ubogi jeszcze śnieg i wyglądająca spod niego uschła trawa nie dawała komfortu zabawie. Maluchy złapały focha!
Do domku zmarznięte towarzystwo "zaciągnąłem" pchając przed sobą.
A we wnętrzu ... niewiele cieplej... Ledwo ponad 5 stopni (choć i tak myślałem, że będzie zimniej!),
... ale przynajmniej mrozu nie czuć i wiatr nie wieje.
Szybko zabraliśmy się za rozpalenie ognia w kominku.
Chłopcy zrzucili kurtki i zasiedli przy palenisku, chciwie wyciągając czerwone łapki do rozgrzewającej się szyby. Humory się zaczęły poprawiać!

Lecz po chwili, mimo że w ręce zrobiło się milej, chłodek zaczął łechtać główki i plecki.
"Tataaa, trrroochę ziiimnooo..."
Ano zimno, szczególnie, jak w mieście jest się przyzwyczajonym do 24 stopni i bieganiu po domu boso.
A tu, nienagrzana podłoga ma temperaturę powietrza!
Nie zastanawiałem się długo, mając w głowie wizję zaziębienia i srogą burę od żony!
"Chłopy! Czapki na głowy! Bambosze na nogi! Kolejne polarki na siebie! Koce na plecy! I czekamy przy kominku, aż się trochę zagrzeje!"
Siedzieli jak zaczarowani!
Rozgrzewki dopełniła gorąca herbata malinowa i szybki podobiadek - gorzka czekolada z bananem!

Po godzinie "ostrego hajcowania" w piecu - krzesełka można było odsunąć od szyby, zdjąć koce i zacząć witać się ze stęsknionymi zabawkami.
Po obiedzie zuchy wygrzebały  moje stare szachy - miło było patrzeć jak sześciolatek tłumaczy zasady czterolatkowi. Cieszę się, że ta gra coraz bardziej się im podoba i mimo swojego wieku potrafią się na niej skupić przez kilka rund i to zachowując zasady!
Na koniec kreska na termometrze osiągnęła magiczne 16 stopni.
Przed wyjazdem dołożyliśmy jeszcze drewna do kominka, aby ciepło w domku utrzymywało się jak najdłużej przez kilka dni, i żeby zaoszczędzić na grzaniu elektrycznym.
Kiedy wieczorem wracaliśmy do miasta, gwardia usnęła po przejechaniu kilku kilometrów.
I znowu czekało mnie wnoszenie "kochanego ciężaru" na czwarte piętro...
Nie ma co narzekać, przynajmniej mi zimo nie było!
Teraz przed nami wizja ferii świątecznych - może spędzimy tam znów kilka miłych chwil przy żarze bijącym od ognia...



piątek, 12 października 2012

Grzybobranie...

Jesień mamy piękną tego roku!
Wydawałoby się, że suchą!
Sąsiad - zapalony grzybiarz - twierdzi, że grzybów w tym roku jak na lekarstwo...
A u mnie...?
Całkiem inaczej! I to do lasu nie muszę chodzić!
Przyjeżdżam sobie w zeszłą niedzielę a tu ...

pod brzózkami przy tarasie rośnie sobie poczwórny koźlarz babka!
A wokół niego kilka innych wychodzących z ziemi - wielkości kciuka!
Po tygodniu, kiedy znowu się tam zjawiłem - oczom nie mogłem uwierzyć!
Kilka małych zalążków przemieniło się w gromadę wielkich dorodnych grzybów!
Było ich w sumie 18!
Przyjechałem już późnym wieczorem, więc zdjęcia robione przy reflektorach samochodu.
Ale musiałem je zrobić, bo nikt by mi na słowo chyba nie uwierzył!
 Rosły sobie grupkami w trzech miejscach...
 Po zebraniu był niemal cały koszyk...
 I wszystkie piękne, zdrowe, nierobaczywe...
A jaki był zapach podczas suszenia! Tylko tego zapachu nie sfotografowałem...

piątek, 24 sierpnia 2012

Kończy się lato...
Minęło kilka fajnych, ciepłych, miesięcy...
Przeszedł urlop i wyjazd nad morze...
Skończyły się odwiedziny rodzinki...
I pikniki na trawie...

Zagoiła się złamana rączka Tosi...

Zakończył się także remont poddasza! (no, może prawie...)

Niewykończone dotąd pięterko, w czerwcu zostało podzielone na kilka małych klitek - dwa pokoiki, antresolka i kanciapka na graty (kiedyś może urośnie do rangi ciemni...) - małych, ale istotne, że dających dla każdego z domowników i ewentualnych rezydentów kruszynę prywatności.
Od lipca gotowe było na przyjmowanie dzieci i gości (również z dziećmi ) :-)
Letnie nawałnice, które nawiedzały Polskę, nie ominęły także nas.
Lipcowa burza z gradem z dachu nad werandą zrobiła istny durszlak!

Teraz, kiedy pada, dziurami za kołnierz leci deszczówka.
Czeka mnie wydatek i praca przy wymianie pokrycia.
A tu wrzesień za pasem... i coraz gorsza pogoda! Trzeba się spieszyć, żeby zdążyć przed zimą!
Pamiętam, jak kiedyś szedłem górskim szlakiem 4 września podczas zadymki śnieżnej!
Idzie jesień - czas czaru kominka!
Też bardzo lubię te chwile, tylko każda już z minionych świadczy o przekręconej kartce w kalendarzu życia...
Nostalgicznie..., ale prawdziwie - na potwierdzenie tych słów - w zeszły piątek znalazłem już garść grzybów na swojej działce pod brzozami...
Dotarliśmy do weekendu - trzeba jechać na wieś, bo malinki na krzaczkach gęste czekające na zerwanie!

niedziela, 8 kwietnia 2012

Życzenia Wielkanocne

Dla wszystkich bliższych i dalszych blogowiczów najlepsze życzenia świateczne.
Spotkań z Bliskimi i kontaktu z naturą!
Kordian z rodzinką

piątek, 6 kwietnia 2012

Witaj Olafku, witaj Olafku!

Witaj Olafku, Witaj Olafku!
Jak się masz? Jak się masz?
My Ciebie witamy!
My Cię pozdrawiamy!
Bądź wśród nas!
Bądź wśród nas!

Taką piosenką przywitał Ignaś swojego braciszka ciotecznego,
który zrobił wszystkim Pryma Aprylis i urodził się 1. kwietnia 2012r.

Gratulujemy szczęśliwym rodzicom!

Wioska na wiosnę!

Doczekaliśmy się jej wreszcie!
Nadeszła wiosna, a wraz z nią zmiany...
Starej zimy nie przeżyło koło młyńskie...
Jesienią jeszcze odpadł ostatni ring żelazny trzymający krąg w całości.
Kiedy przyszedł mróz i śnieg koło napęczniało i rozpadło się, jakby było z piasku...
Trzeba będzie wymyślić coś nowego!
Zima dokuczyła również drzwiom wejściowym.
Antywłamaniowa Gerda, a dokładnie jej panel przedni "oblazł ze skóry"!
Szkoda, że upłynęło 2 lata od gwarancji - ujdzie firmie bubel na sucho!
Teraz dzieci stęsknione powietrza i podwórka nie wchodzą do domku!
Mogą siedzieć na dworku całym dniem i nie wychodzą z piaskownicy.
Witaj sezonie działkowy!