wtorek, 13 stycznia 2015

Święta, Święta i Nowy Rok 2015

Czas płynie nieubłaganie...
Niedawno był kwiecień, jak byliśmy z Ignasiem w Centrum Zdrowia Dziecka.
Następną wizytę wyznaczono dopiero na drugą połowę grudnia. Wydawało się to niewyobrażalnie długim okresem oczekiwania... Zawsze tak jest, jak się na coś czeka! Wydaje się, że to taaak długo...
A tu proszę 17 grudnia przyszedł szybko. Chyba przygnał go mroźny wiatr. Ten sam, który tego samego dnia przywiał z wizytą do Polski  Prezydenta Ukrainy Pana Poroszenkę.
Po wizycie w CZD w Międzylesiu, postanowiliśmy pokazać Ignasiowi starówkę warszawską. Czytaliśmy dzieciom różne bajki i legendy o Warszawie, o bazyliszku, Warsie i Sawie, opowiadaliśmy o heroizmie w czasie powstania, o zniszczeniach i o odbudowaniu miasta.
Nadarzyła się wspaniała okazja - środa i środek dnia - zero korków, mało ludzi, cisza i spokój (jak "niewarszawa") i tylko ten wiatr przeszywający!
Jedziemy Marszałkowską, skręcamy w Królewską - chcę pokazać synkowi Grób Nieznanego Żołnierza, a przy okazji zaparkować samochód jak najbliżej rynku, żeby bardzo nie zmarznąć.
Przejeżdżamy przy pomniku, a tu na placu defilad stoi kompania honorowa WP i garstka policjantów, żandarmerii i eleganckich "borowików". W oczy rzuciły mi się również flagi, między innymi żółto-błękitna Ukrainy. Wiedziałem, że za chwilę pojawi się delegacja z Gościem z sąsiedniego państwa. Zaparkowaliśmy więc auto tuż przy skrzyżowaniu z Krakowskim Przedmieściem i postanowiliśmy zobaczyć uroczystość składania kwiatów.
Jeden z oficerów BORu poinformował nas, że kolumna z Prezydentem przyjedzie za kilkanaście minut. Dreptaliśmy po placu w tą i z powrotem i podziwialiśmy żołnierzy, którzy na tym wietrze i zimnie stali już od dłuższego czasu bez ruchu. Pewnie ich tam wywiało galancie!
Po obiecanej chwili, na plac od strony Pałacu Prezydenckiego, zaczęła na sygnałach wjeżdżać kolumna czarnych limuzyn. Prezydencki samochód asystowany był przez dziewiętnastokonny szwadron kawalerii. Wyglądało to imponująco.
Na zakończenie uroczystości mieliśmy okazję zrobić sobie wspólne zdjęcie z Panem Prezydentem, tylko o autograf trudno było poprosić...:-)

Zmarznięci, pobiegliśmy w stronę starówki. Ale ona ładna, dawno tam nie byłem, dlatego widziałem różnicę. Uroku dodawały jeszcze ozdoby świąteczne - choinki, lampiony, rozświetlone wielkie paki prezentów, mikołaje, sanie, bombki.... Na bogato! (cóż dziwnego, przecież to metropolia i stolica!)

Przywitaliśmy się z Zygmuntem, choć Ignaś upierał się, że na figurce którą dostał od braciszka Filipka ze szkolnej wycieczki, król miął miecz podniesiony do góry i wyglądał inaczej.

Pewnie skojarzyło mu się z pomnikiem Kilińskiego, który widział na zdjęciach. Potruchtaliśmy wzdłuż murów pokłonić się Małemu Powstańcowi i złożyć hołd poległym w powstaniu.

Później udaliśmy się na rynek. Syrenka pilnowała sztucznego lodowiska stojąc na jego środku, ale dla Ignasia najważniejszy był Bazyliszek i jego świecące oko! To była kulminacja wycieczki! Mogliśmy spokojnie wracać do domu, do naszej pozostałej dwójki, Filipka i Tosi, którzy z dziadkami czekali na nasz powrót i opowieści ze stolicy i szpitala.

Za kilka dni przyszły święta. Spędziliśmy je głównie w Radomiu. Ochrzciliśmy Olafka, synka Agatki. Ja i moja żona zostaliśmy dumnymi chrzestnymi rodzicami.
Korzystając z dodatkowej liczby gości, tj. świątecznych domowników, mogłem wymykać się do chatki na wsi, aby ją również przygotować na święta i przyjazd ferajny - rozgrzać, posprzątać, ubrać choinkę. No prawie choinkę - zawsze mi szkoda całych drzew wycinanych tylko dla ozdoby. Przeważnie robię stroik z obciętych dolnych gałęzi z moich działkowych świerków, które już porosły olbrzymie i rozłożyste, przez co zasłaniają inne rośliny.

Ogrzany dom czeka na przyjazd. W kominku napalone, grzejniki zaprogramowane. Zima nam nie straszna! Fajnie, że sypnęło między świętami śniegiem, to od razu zrobiło się milej, czyściej, przyjemniej. Można było pospacerować, nie tonąc w błocie i kałużach (tym bardziej, że na wsi robią kanalizację i kiedy nie ma mrozu, to breja niesamowita!).
W przerwie świątecznej zrobiliśmy sobie z chłopakami męski wypad. Pojechaliśmy na wieś, ale nie jak zawsze prosto główną drogą, a bokami... Korzystając z napędu 4x4 naszego foresterka pokluczyliśmy bocznymi dróżkami, kierując się z Orońska w stronę Łazisk, a później przez Wysoką, Jankowice, na Marywil. Stamtąd mieliśmy do domku około kilometra, ale musiałbym przeprawić się przez bród i powiem szczerze - spietrałem! Bałem się utknąć w lodowatej wodzie z chłopakami na pokładzie... Nie wierzyłem bardziej w swoje umiejętności jazdy po terenie niż w możliwości subaru, dlatego postanowiłem nadłożyć kilka kilometrów i dojechać do celu główną drogą.

W Orońsku w posiadłościach Józefa Brandta, gdzie mieści się Centrum rzeźby Polskiej, gwardia miała super zabawę! Biegali i robili "anioły" na śniegu, tropili bażanta, kruszyli lód w parkowym stawie, próbowali dorzucić patyki do niezamarzniętego jeszcze całkiem otworu w lodzie na środku jeziorka.

Później grzaliśmy się przy kominku, a chłopcy jeszcze ze dwa razy biegali na podwórko i przesypywali zawiany śnieg na bardziej łyse miejsca, bo spadło go w sumie, jak na lekarstwo! Słabo z tym śniegiem w centralnej Polsce! Już od kilku lat nie można  doczekać się porządnego białego opadu, który zapewni, że sanki będą się ślizgały, a nie szorowały po piachu, czy kamieniach! Trzeba by ruszyć na południe, ale i tam bywa różnie - można się wstrzelić w okres, gdzie halny wszystko wymiecie! 

 
W Trzech Króli maszerowaliśmy z radomianami w orszaku. Pogoda była spacerowa - zimno, ale słonecznie. Widowisko zorganizowane ładnie, z roku na rok coraz lepiej! Mimo tłumu ludzi, udało nam się sfotografować z królami i ich giermkami.

Królową Antoninę trzeba było tylko nosić, jak to przystało na królową!

Ferie za pasem, u nas zaczynają się od 19 stycznia, czyli za parę dni!
Chciałbym dzieciom pokazać zimę w górach...
Ciekawe, czy mi się uda?
Wszystkim Przyjaciołom i Czytelnikom życzę samych wspaniałych i wymarzonych dni w tym Nowym 2015 Roku!

czwartek, 23 października 2014

Forester

Spełniłem swoje małe marzenie...
27 września stałem się posiadaczem ładnego i zadbanego Subaru Forestera.
Jak Filipek zobaczył auto, jego oczy i uśmiech na twarzy wyrażały nieopisaną euforię.
Pełen podekscytowania powiedział: "Tatko, ale obiecaj mi, że nigdy nie sprzedasz tego samochodu..."
Widać, jacy dumni...


piątek, 25 lipca 2014

Lipiec 2014!

Mój najstarszy syn Filipek, ukończył 1-szą klasę! Z wyróżnieniem, z dyplomami! Tata jest dumny jak paw!

Ignaś, pożegnał się z przedszkolem i jako sześciolatek rozpocznie naukę w pierwszej klasie. Nie może się doczekać, kiedy zacznie się rok szkolny! Tutaj na ostatnim przedszkolnym występie.

W czerwcu i lipcu nigdzie nie pojechaliśmy. Pierwszy raz od kilku lat, kiedy drugą połowę czerwca spędzaliśmy nad morzem w uroczych Dębkach. Niestety w tym roku urlopy zaplanowane później, na drugi miesiąc wakacji, czyli sierpień (w planach tym razem Pieniny!).
Nidzie nie pojechaliśmy, to znaczy gdzieś dalej - nad morze, w góry...
Powszednie dni zlatują nam w Radomiu. Pomiędzy pracą próbujemy zorganizować naszej trójce wakacyjne rozrywki: kino, basen, sala lub plac zabaw, park, przejażdżki rowerowe... 
Nie możemy się doczekać natomiast weekendów, aby prysnąć, choć na kilka chwil, na naszą wioskę!
Cieszę się, że nie jesteśmy skazani, tak jak inne mieszczuchy, na przeżywanie letnich skwarów w nagrzanym blokowisku.
Nie ma to jak kąpiel w upalne południe na własnej działce w prywatnym basenie! :-)

Albo harce w rzeczce, która szemrze sobie tuż za naszym płotem (a po lipcowych burzach woda przybrała do komfortowego stanu i sięga nawet do kolan).

A jak nam tego mało, to zawsze możemy pomoczyć ciała w malowniczych niedalekich Chlewiskach, nad zalewem ośrodka wypoczynkowego Mexicana.

A jak się już pokąpiemy, nabiegamy i zgłodniejemy, to jakże smakuje kiełbaska z ogniska..., palce lizać!
Czasami biwakują z nami nasi Przyjaciele i goście (tutaj babcia Lenka i Olafek) ...


A jak trzeba wracać do miasta, to włos się jeży na głowie...,
a Tosia krzyczy: "Nie chcę do miasta, ja chcę zostać tutaj!"

I znowu odliczamy dni do kolejnego piątku!
Torby spakowane! Zaraz wyjeżdżamy!
Miejmy na dzieję, że słoneczko dopisze, kości i skórę wygrzeje!
Prognozy są obiecujące...







piątek, 9 maja 2014

Sezon 2014 - rozpoczęty

Sezon wiejski rozpoczęliśmy wyjazdem na majówkę, czyli długi weekend od 30 kwietnia do 4 maja.
Zabraliśmy ze sobą rowery, aby mieć komplet - czyli każdy ma swój i nie ma kłótni i wzajemnego zrzucania się.
Pogoda pierwszych 2 dni dopisała.
Była i jazda na rowerach i grill i inne zabawy na powietrzu...


3 maja przyszło załamanie pogody, ale widać było potrzebne!
Jak miło było posiedzieć w domku i pogrzać się przy kominku!

środa, 29 stycznia 2014

Minął kolejny rok...

Minął kolejny rok w moim (naszym) życiu...
Rok niepisania i niewidoczności bloga.
Zleciał pod hasłem sieci internetowej nad moim miastem ...
Sieć jest, działa, mieszkańcy korzystają.
Znowu ktoś od nas odszedł, na zawsze, do aniołów...
Patrzy na nas teraz z góry... Ciocia Józia...

Dzieciaczki rosną, Tosia poszła już do przedszkola, Ignaś będzie go kończył, a Filipek już jest pierwszoklasistą.

Jesień i zima była łaskawa, ale do czasu...
Ostatni tydzień nas zaskoczył...
W innych częściach kraju może to częstsze zjawisko, ale u nas zdarza się rzadko, a na pewno nie trwa tak długo. Mówię o gołoledzi i oblodzeniu wszystkiego, łącznie z najdrobniejszymi gałązkami drzew.
W niedzielę wieczorem byłem na swojej wsi - zajrzałam do domku, sprawdzić, czy konwektory włączone utrzymują dodatnią temperaturę, przepalić w kominku, naszykować drew na kolejny raz...
A tu wszystko skute lodem!
Dzięki lampom przydrożnym zrobiłem kilka zdjęć.


Niebawem ferie, może zobaczymy zimowe góry - jest taki plan...

czwartek, 3 stycznia 2013

Śladami bobrów...


Na jesieni mój tata przyniósł informację, że w rzece za młynem zadomowiły się bobry!
„Bobry? U nas? NIEeee!” Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej wiadomości. Do czasu...
Za jakieś 2 tygodnie od tego wydarzenia ojczulek przytargał na podwórko konar, o grubości ok. 15 cm, ze śladami olbrzymich zębów w miejscu jego ścięcia. Niesamowite!
Z jednej strony ucieszyłem się bardzo, że w nasze strony przywędrowały te stworzenia, ale z drugiej... Skoro wie o tym mój ojczulek, to wiedzą też inni ludzie, bo od kogoś się przecież dowiedział  – a to już chyba nie jest dobra wiadomość – szczególnie dla bobrów!
Te myśli dręczyły mnie od tamtego czasu, aż w ostatnich dniach grudnia postanowiłem udać się na samotne zwiady. Zabrałem tylko aparat, aby uwiecznić ewentualne spotkanie z napotkanymi zwierzakami lub chociaż okolicę, szczególnie, że dzień był piękny, a słońce szczególnie malowniczo przyświecało.
Groblą przeszedłem koło leniwie płynącej rzeczki i zamrożonych stawów.


W oko wpadły malowniczo postrzępione pałki bagienne i powtórnie zmrożona pokrywa lodowa stawu rzeźbiąca ciekawe formy.
Młyn ładnie prezentował się w żółtych promieniach ukośnie padającego słońca. Ciekawie prezentowały się kamienne ściany i drewniana rampa.


Tylko przy tym świetle dobrze widać było również „zęba czasu”, jakim jest już nadgryziony budynek – wschodnia ściana mocno popękała, a w oknach coraz mniej szyb... Szkoda...


Idąc dalej wzdłuż młyńskiej rzeczki, która poprzez puszczenie wody na stawy stała się bardziej rwąca i obfita w wodę, niż głównie zasilająca ją rzeka Szabasówka (choć na mapach oznaczają ją również jako Korzeniówkę – chodzi o tę, która płynie od Chlewisk), ukazała się ładna panorama doliny z rzeką, stawami, młynem i w tle wsią. Stało się to za przyczyną jesiennych prac grupy energetycznej dbającej o stan zadrzewienia pod linią wysokiego napięcia, biegnącą akurat nad samym młynem i przez dolinę obu rzek (ta sama linia szpeci wspaniałą Dolinę Rzeki Krasnej , oddaloną ok. 30 km w kierunku południowo-zachodnim ode mnie - http://natura2000.gdos.gov.pl/areas/view/PLH260001).

Po około 200m przecinka się skończyła i zaczęły się chaszcze – jeżyny, tarniny, wierzby.
Kolce krzaków skutecznie pozaciągały mi spodnie, ale brnąłem dalej!
W pewnym momencie o mało się nie wywróciłem! Szarpnąłem nogą, ale iść dalej nie mogłem. Zostałem złapany, o zgrozo, w kłusownicze sidło! W tym samym momencie wróciła moja skrywana obawa o bobry. Jeśli nawet kiedyś przyszły, to znaczy, że już „poszły”! Okrutne! Zerwałem drut, żeby już żadne zwierzę się nie złapało.

I tak, za kilkanaście metrów natknąłem się na ślady bytności tych zwierząt. Ujrzałem kilka  ściętych zębami gałęzi, parę pieńków po ściętych drzewkach, ślady zębów na konarach.
Jeszcze za chwilę rzeczkę przegrodziła sterta gałęzi, która lekko spiętrzyła poziom wody.
To było chyba żeremie, albo raczej początek żeremia, które bobry zaczęły sobie budować.
Poszedłem dalej. Śladów po futrzakach było coraz mniej...
Koło źródełka na Dymarkach spotkałem znajomego. Widząc mnie z aparatem zaciekawił się, co tu porabiam w krzakach? Próbowałem coś tam bąkać o ładnej pogodzie, słońcu do fotografowania, ale on niemalże od razu wypalił: „Co? Bobrów szukasz? Eee, poszły dalej! Tam, u kumpla na stawach takie drzewa ścinają!” Pokazał rękami półmetrowy krąg i kiwnął głową w kierunku sąsiedniej wsi.
Ciekawe, kiedy je stamtąd przepłoszą, albo wyłapią?
Wracałem do domu zatroskany o los bobrów, ale z drugiej ucieszony, że widziałem ich ślady.
A znaczy to, że okolica jest czysta, ekologiczna, opuszczona, robi się ostoją dla dzikich zwierząt.
W powrotnej drodze zrobiłem kilka fotografii młyna. 

Zajrzałem do wnętrza przez „kocią” dziurę w starych wrotach. W środku stoją działające maszyny, które właściciel, od czasu, do czasu jeszcze uruchamia, żeby zmielić śruty dla stworzeń okolicznych gospodarzy (zdarza się to rzadziej, bo i gospodarzy i stworzeń coraz mniej).
Zmarznięty i głodny wracałem w promieniach zachodzącego za stawami słońca.
W kominku zostało trochę żaru, więc po wrzuceniu kilku szczapek i polan, ogień buchnął wesoło.
Wrzuciłem na palenisko kilka kartofli zawiniętych w folię aluminiową. Po pół godzinie wyżerka była przednia! Z masłem i solą!

Palce lizać! Polecam i pozdrawiam.