Prace porządkowe w naszym ogródku rozpoczęliśmy w zeszłym tygodniu, jeszcze przed majówką.
Na pierwszy ogień poszły stare, wyrodzone truskawki. Zostały wyrwane i wyrzucone, a z młodych kłączy powstanie nowe poletko. W ich miejsce moi mali ogrodnicy zasadzili trzy krzaczki borówek amerykańskich. Dzielnie kopali, grabili i podlewali. Stojące obok nich, już paroletnie jagody kamczackie, otrzymały wyrok przesiedlenia w inne miejsce ogrodu, za zbyt niskie walory smakowe - cierpkość i kwaśność oraz za zbytnie zagajenie i ściśnienie. Czeka je wędrówka pod drogę, tuż koło jabłoni. Przycięte i przesadzone jesienią maliny, zostały okopane i odchwaszczone.
Moja żona spełniła swoje wieloletnie marzenie i zakupiła magnolię, którą skrzętnie wspólnie posadziliśmy w samym sercu ogrodu, aby urokiem swym cieszyła oczy domowników patrzących z okien domu oraz przechodniów zerkających zza płotu.
Kiedy przyszła upragniona i wyczekiwana majówka, oprócz miłych spotkań z przyjaciółmi, zabraliśmy się za rewitalizację klomboogródka.
Przed wyjazdem z miasta odwiedziłem w czwartek rano targowisko i dokupiłem żonie ładnego migdałka i kwitnącą lawendę.
Nowe miejsce znalazły: hortensja, lawendy, juki, chryzantemy, róże, dalie i jeszcze parę innych bylin, których nazw nie znam, a które Dziadziuś od znajomej działkowiczki, Pani Lucynki, na rozplenienie dostał. Posialiśmy astry, cynie, słoneczniki. Babcia Krysia obiecała, że przeflancuje kilka goździków kamiennych, więc liszkę dla nich zostawiliśmy.
Areału okazało się trochę za mało, więc musieliśmy poszerzyć pole kosztem trawnika.
Nasza piwniczka nie może doczekać się remontu. Ciągle są inne ważniejsze rzeczy do zrobienia. I tak już czeka 10 lat. Fakt - ocieplona i otynkowana, ale wygląda jak okręt podwodny - znajomi nazywają ją "makietą Kurska". Chciałbym kiedyś obłożyć ją kamieniem i zrobić na niej urokliwy skalniak. Tymczasem jednak wybraliśmy wariant pośredni, może tymczasowy - postanowiliśmy przymaskować ją trochę pędami winobluszczy, więc całą zachodnią ścianę obsadziliśmy młodymi sadzonkami. Trzymamy kciuki, aby się przyjęły.
Ignaś z Tosią bardzo zaangażowali się w obkładanie grządek głazikami. Pracowali długo i mozolnie.
Na sam koniec dnia złapałem się za nowy sekatorek Fiskarsa i ogoliłem starą, poczciwą jabłoń, której nie mam serca wyciąć całkowicie, bo choć sporo zasłania światła i zajmuje dużo miejsca, to rekompensuje nam to ekologicznymi plonami mimo swoich ze stu lat.
W promieniach zachodzącego słońca i w chłodzie wieczoru klombik wyglądał następująco.
Dzieci zmęczone i wygłodniałe uciekły do ciepłego wnętrza. Tosia przywdziawszy zimowy kubraczek przyszła zabrać już rodziców do domku. Po ponad dwóch dniach spędzonych prawie na samym powietrzu, byli tak zmordowani, że w drodze do miasta usnęli tak twardo, że trzeba było ich wnosić na czwarte piętro. Dobrze, że wróciliśmy w sobotę, to mieli całą niedzielę na odzyskanie sił i przygotowanie do swoich zajęć.
Ja natomiast wraz z babcią Lenką wybrałem się w daleką podróż na Podkarpacie, aby pokłonić się przy grobie naszego Przyjaciela. Zmęczeni, ale szczęśliwi, po przejechaniu niemalże 500 km w obie strony, zakończyliśmy majówkę.















1 komentarz:
Witaj, ja już nie mogłam doczekać się prac w ogrodzie, gdyż zastałam się ogromnie (jak to w zimie bywa). Zazdroszczę Twojej żonie tej magnolii. Też chciałabym mieć, ale u nas za wysoko i niestety nie będzie rosła. Wszystko kwitnie u nas około miesiąca później niż na wsi "na dole". A propos piwniczki, u nas drugi rok czeka remont tarasu i ... jeszcze poczeka - ważniejsze są jednak schody do domu (po deszczu trzeba lawirować między śliskim błotem a bezpiecznym lądem( a jest pod górkę). Życzę udanych prac polowych i pozdrawiam Ewa
Prześlij komentarz