wtorek, 5 kwietnia 2016

Żeby kózka nie szalała, to by palca nie złamała...

Pierwszy ciepły weekend tej wiosny i mamy jego skutki.
W sobotę, kiedy żona ciężko pracowała na swoim dyżurze, poszliśmy z dziećmi na dworek.
Chłopaki zabrali ulubione na osiedlowe alejki - trike'i, Tosia próbowała gonić ich na rowerku.
Chwilowa nieuwaga, duża prędkość przy zjeździe z górki, nagłe i sile hamowanie zamieniły wiosenny spacer w nieszczęście. Wyrzucony z hulajnogi Filip przeleciał na plecach obok betonowego kosza na śmieci i zatrzymał się przy szpiczastym metalowym płotku ograniczającym trawnik. Upadek wyglądał bardzo groźnie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Pierwotnie zraniony palec, nabrał opuchlizny i zaczął boleć. W niedzielny poranek konieczną okazała się wizyta w szpitalu. Po prześwietleniach i konsultacjach lekarskich padła diagnoza: palec złamany!
Zdjęcie zrobione 3 sekundy przed tragedią:

 Opatrunek zrobiony przez tatusia, bo mama w pracy, widać, że trochę boli.

Już po powrocie ze szpitala. Musi zejść obrzęk - palec w gips za kilka dni.

Choć z chorym palcem, to chociaż siostrunię powozi. 

A ja reaktywuję trawnik, po budowie kanalizacji i walce z kretami i ich kopcami. 

A żona odpoczywa w promieniach zachodzącego słonka na nowym tarasiku, czeka na ciepły deszczyk, aby powschodziła świeża trawa.



Brak komentarzy: