Jeszcze w piątek, zaraz po rozdaniu świadectw, pojechaliśmy na wieś.
W mieście, w bloku, na czwartym piętrze, pod stropodachem - nie dało się wytrzymać!
Temperatura w pomieszczeniach ponad 30 stopni, nie nastrajała optymistycznie.
Wiedzieliśmy, że na wsi to i w cieniu pod drzewami posiedzieć można, i na zadaszonej werandzie zrelaksować się, i wodą z węża się polać, i w naszej rzeczce pobrodzić, nogi schłodzić...
Po upalnej sobocie (36 st. C), w niedzielne popołudnie przyszła piękna, soczysta, ciepła ulewa.
Moja żona z dziecięcą radością tańczyła w deszczowym prysznicu.
Ja, wraz z Ignasiem, spokojnie obserwowaliśmy spod daszku werandy harce szczęśliwej kobiety i podziwialiśmy rzadkie zjawisko burzy i lejących się strug deszczu przy świecących rażąco słońcu.
A padało falami - najpierw ciepłymi kroplami, mocno, gęsto i w blasku promieni, później coraz mocniej i szybciej, z wiatrem i chłodem. Bieganie po dworzu przestało być komfortowe.
Jakże miło jednak było posiedzieć pod zadaszeniem, wdychać świeże zjonizowane powietrze, czytać książkę w otulającym hamaku, pić pyszną kawę o aromacie tureckiej chałwy, którą dostałem od moich wspaniałych dzieci z okazji Dnia Ojca.
Urocze, niezapomniane chwile...
Dziękuję mojej żonie, że podczas mojej nieobecności w sobotę, kiedy ciężko pracowałem w upale uwieczniając zakochaną młodą parę, wykonała serię wspaniałych zdjęć, obrazujących beztroskie zabawy dzieciaków w rzece. Mam nadzieję, że te sielskie fotografie spodobają się nie tylko mnie...















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz