piątek, 24 sierpnia 2012

Kończy się lato...
Minęło kilka fajnych, ciepłych, miesięcy...
Przeszedł urlop i wyjazd nad morze...
Skończyły się odwiedziny rodzinki...
I pikniki na trawie...

Zagoiła się złamana rączka Tosi...

Zakończył się także remont poddasza! (no, może prawie...)

Niewykończone dotąd pięterko, w czerwcu zostało podzielone na kilka małych klitek - dwa pokoiki, antresolka i kanciapka na graty (kiedyś może urośnie do rangi ciemni...) - małych, ale istotne, że dających dla każdego z domowników i ewentualnych rezydentów kruszynę prywatności.
Od lipca gotowe było na przyjmowanie dzieci i gości (również z dziećmi ) :-)
Letnie nawałnice, które nawiedzały Polskę, nie ominęły także nas.
Lipcowa burza z gradem z dachu nad werandą zrobiła istny durszlak!

Teraz, kiedy pada, dziurami za kołnierz leci deszczówka.
Czeka mnie wydatek i praca przy wymianie pokrycia.
A tu wrzesień za pasem... i coraz gorsza pogoda! Trzeba się spieszyć, żeby zdążyć przed zimą!
Pamiętam, jak kiedyś szedłem górskim szlakiem 4 września podczas zadymki śnieżnej!
Idzie jesień - czas czaru kominka!
Też bardzo lubię te chwile, tylko każda już z minionych świadczy o przekręconej kartce w kalendarzu życia...
Nostalgicznie..., ale prawdziwie - na potwierdzenie tych słów - w zeszły piątek znalazłem już garść grzybów na swojej działce pod brzozami...
Dotarliśmy do weekendu - trzeba jechać na wieś, bo malinki na krzaczkach gęste czekające na zerwanie!

niedziela, 8 kwietnia 2012

Życzenia Wielkanocne

Dla wszystkich bliższych i dalszych blogowiczów najlepsze życzenia świateczne.
Spotkań z Bliskimi i kontaktu z naturą!
Kordian z rodzinką

piątek, 6 kwietnia 2012

Witaj Olafku, witaj Olafku!

Witaj Olafku, Witaj Olafku!
Jak się masz? Jak się masz?
My Ciebie witamy!
My Cię pozdrawiamy!
Bądź wśród nas!
Bądź wśród nas!

Taką piosenką przywitał Ignaś swojego braciszka ciotecznego,
który zrobił wszystkim Pryma Aprylis i urodził się 1. kwietnia 2012r.

Gratulujemy szczęśliwym rodzicom!

Wioska na wiosnę!

Doczekaliśmy się jej wreszcie!
Nadeszła wiosna, a wraz z nią zmiany...
Starej zimy nie przeżyło koło młyńskie...
Jesienią jeszcze odpadł ostatni ring żelazny trzymający krąg w całości.
Kiedy przyszedł mróz i śnieg koło napęczniało i rozpadło się, jakby było z piasku...
Trzeba będzie wymyślić coś nowego!
Zima dokuczyła również drzwiom wejściowym.
Antywłamaniowa Gerda, a dokładnie jej panel przedni "oblazł ze skóry"!
Szkoda, że upłynęło 2 lata od gwarancji - ujdzie firmie bubel na sucho!
Teraz dzieci stęsknione powietrza i podwórka nie wchodzą do domku!
Mogą siedzieć na dworku całym dniem i nie wychodzą z piaskownicy.
Witaj sezonie działkowy!

środa, 15 lutego 2012

Pożegnanie Babci Marysi


Quo vadis, Babciu?!
Wiem, nie musisz mówić - idziesz do Nieba.
Tacy ludzie na pewno idą do nieba.
Szymborska też poszła – a Ty za nią.
Wiem… Ona dalej będzie pisać wiersze, a Ty je wszystkie przepiszesz!
Ręcznie! Jak „Quo Vadis” - cały!
A w przerwach porachujesz św. Piotrowi – rachunki – pod kreskę!
Nauczysz Ich tam, w niebie, porządku!
Babciu, będziemy pamiętać wszystko.
Filtrowa – to nie tylko adres. Filtrowa - to Filary:
Dobroć. Spokój. Opanowanie.
Reguły. Zasady. Twierdzenia.
Szacunek. Honor. Patriotyzm.
Ale również i „małe filarki”:
Kapcie jak w muzeum.
Skarbonka na telefon.
Ściereczka pod brodę .
…
Koniec…, chalerka!
Karty zebrane – pasjans życia skończony.
Wyszedł Ci!
Dziękuję  – i myślę, że nie tylko w swoim imieniu…
Do zobaczenia - dobranoc.

Kordian

Babcia Marysia zmarła 06.02.2012r - przeżyła 93 lata.
+06.02.2012 - 10.02.2012

środa, 25 stycznia 2012

Święta, święta i po świętach

Zleciał grudzień i styczeń prawie też...
Dzieci chorowite...
Wirusy, katary, kaszle, osłabienia...
Zajęcia weekendowe nie pozwalają na wyjazdy...
Domek odwiedzam na krótko - co ok. 10 dni. Wpadam zobaczyć, czy wszystko ok (woda, okna, drzwi), przepalić w kominku i uciekam do mojej kochanej Gawiedzi.
Czekam na śnieg i mrozek, aby chociaż przez dzień lub dwa pobawić się z dziećmi na saneczkach i pogrzać zmarzłe rączki przy ogniu...
A tu jak na złość chlapa lub brak śniegu i wirusy!

Choineczka, którą ubrałem na święta, czeka na nas cierpliwie - ma jeszcze trochę czasu do "Matki Boskiej Gromnicznej". Dobrze się trzyma, bo odcięte gałązki z podwórkowego świerka stoją zanurzone w wiadrze z wodą - mają wilgoć i chłód.
Może nacieszymy oczy jej widokiem i lampkami, zanim trzeba będzie ją rozebrać...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

15tomiesięczna Tosia


W piątek 2.grudnia 2011 r. nasza kochana Tosia skończyła 15 miesięcy!
Tradycyjnie, jak co miesiąc u wszystkich dzieci, postanowiliśmy uwiecznić te chwile na fotografiach.
Przeważnie zdjęcia robię sam, ale tym razem miałem pomocnika...
Powyższe wspaniałe zdjęcie zrobił Ignacy! Nieźle, jak na trzyipółletniego fotografa!
Z okazji swojej małej miesięcznicy Tosia ładnie się nam zaprezentowała w balowej sukni oraz urządziła pokaz mody.
Najlepiej wychodziło jej przymierzanie czapek i skarpetek.

Zabawę miała cała rodzinka z braciszkami włącznie.

Ze ździwienia wychodziły im oczy... (tak naprawdę zapatrzeni w bajkę:-))
Najważniejsze, że zabawa miała smak pomarańczy!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Jesienne zabawy!

Czas mija, coraz ostrzejsze powietrze, a zima idzie wielkimi krokami...
Dzieci się pochorowały...
Filipa dopadła ospa (efekt kontaktów przedszkolnych), a Tosi i Ignacemu dokucza katar.
Mam nadzieję, że to nie wynik ostatniego wypadu na świeże powietrze.
A oto kilka wspomnień z minionej poprzedniej niedzieli...
Przyjechaliśmy wczesnym przedpołudniem. Słoneczko ładnie świeciło, wiatru nie było słychać i chłód jesienny słabo odczuwalny. Mały przegląd gospodarstwa pod kątem malowniczych śladów jesieni...
Tu berberys ubrany w czerwoniutkie koraliki...

Tam po dorodnych paprociach leśnych (przeszczepionych z lasu wraz ze świerkami) pozostały suche liście (wiosną  odbiją od nowa!).


"Skalniak" zdziczał nieco i zasnął pod pierzynką liści...


Płot zdobiły pomponiki pnącza, które mimo kilku lat co tam rośnie, słabo się rozkrzewia - chyba mróz i chłód wiejący od pobliskiej rzeczki mu dokucza...


Ooo, i kwiatuszki jeszcze "kwitną"... :-)


Ale opał na mroźne dni gotowy!
Dobrze, że wpadłem wcześniej w piątek i napaliłem w kominku, bo było tylko 7 stopni.
Dla rozgrzanych "mieszczuchów blokowych", to niemalże Syberia!
Ja zabrałem się za powtórne rozpalenie ognia (do niedzieli zostało 14 stopni - więc nie zamarzną!), a rodzinka umilała sobie czas harcami na podwórku...


Po kilkudziesięciu minutach, kiedy ogień rozpalił się na dobre, wyszedłem na dwór do rodzinki zaciekawiony piskami, które dobiegały z zewnątrz!
Po tym co zobaczyłem, musiałem nieźle trzymać nerwy na wodzy!
Ignac, podczas gdy pozostali ganiali za piłką, zechciał się pobawić w piasku...
Żeby go wytrzepać, trzeba było rozebrać do majtek :-)


W tym czasie Tosia grzecznie ćwiczyła chodzenie...


i próbowała grać z Filipem w piłkę!



Ale u mamy na rączkach było najlepiej!


Kiedy zgrzani, rozpaleni, z wypiekami i zmęczeni zabawą Igo z Tosią udali się na południowy odpoczynek w nagrzanym już domku - my z Filipem udaliśmy się na spacer po okolicy...
"Gdzie idziemy?"
"Jak to "gdzie?" Do młyna!"
"Tatko, tatko, czekaj, wezmę wiaderko na kamienie, będziemy wrzucać je do wody!"
Zawsze zbieramy je w kieszenie - ale teraz widać zanosiło się na dużą zaplanowaną akcję!


O, właśnie tak!


"Teraz puste - musimy zbierać od nowa!"


"Chodź - nazbieramy idąc groblą do młyna!"


"Coś mało tu tych kamieni..."


"Oj tam! Kamienie... Zobacz! Słońce zachodzi..."


"Oj tam, Słońce... Zobacz! Jaki kamień, ale będzie plusk!"


"Oooo! A nie mówiłem!"
I rozmawiając sobie w ten sposób doszliśmy na włości Pana Leszka.
Zajrzeliśmy do młyna.
A tu przywitał nas stary znajomy - kociak Pana Leszka!
"O, cześć" - powiedział Filip.
Kociak chciał wyjść, ale oprócz głowy nic innego nie mógł przecisnąć...
Wycofał się do tyłu i zniknął.
Filip posmutniał: "uciekł..."
"Zobaczysz, że nie uciekł. Zaraz przybiegnie do Ciebie inną dziurą".


No i przybiegł!
I wracał z nami całą drogę, a jak wyjeżdżaliśmy do miasta, to czekał pod drzwiami domku i miauczał śpiewnie widząc gromadkę dzieci!
Kiedy wsiadaliśmy do samochodu niepostrzeżenie wskoczył za nami i ukrył się pod siedzeniem.
Chyba nas polubił!
Pewnie będzie przychodził ze młyna i czekał na powrót dzieci!

wtorek, 15 listopada 2011

Jesień za nami...

No i zleciała...
Jesień!
Jak z bicza strzelił!
Kilka wypadów na wieś - porządki przygotowujące do zimy i mrozów...
I dobre rady ojczulka: "Pamiętaj, zakręć wodę w kranie na dworze, żeby mróz nie rozsadził", "schowaj huśtawkę", "przytnij maliny", "przesadź winogron"...
Dobrze, że pogoda jesienna zrehabilitowała letnią i było pięknie, ciepło, malowniczo...
I daliśmy radę z tym wszystkim!
A ostatni dzień spędzony na wsi był po prostu wspaniały - słonko, cisza, zero wiatru. Dzieciaki cały czas na świeżym powietrzu. Całą brygadą pomagali sprzątać opadłe liście. Każdy z chłopaków miał swoje grabie i taczki. Ile pracy wykonaliśmy! A ile radości przy tym było! Tarzanie się w suchych stertach liści, tradycyjne przejażdżki na taczkach..., a później wygrzewanie przy czarującym cieple kominka. Teraz zima nam nie straszna - czekamy na śnieg, mróz, sanki, Święta, choinkę...

Tak właśnie uczciliśmy Święto Niepodległości! Ciesząc się sobą i Wolną Ojczyzną.
Więc kiedy usłyszeliśmy zza płotu głos sąsiadki: "Wy tu się tak bawicie, a w Warszawie się tak leją!!!", stwierdziliśmy, że ludzie zapomnieli o tym, po co kiedyś inni za nas walczyli, po co ginęli, po co się poświęcali. Gdzie jest ten "POKÓJ i MIŁOŚĆ"??? Czy tylko u nas?
Trzeba nauczyć się żyć bez wojen, kłótni i konfliktów. Trzeba umieć żyć obok siebie - mimo różnych poglądów, zdań, religii... Ważne jest zrozumienie, znalezienie złotego środka, kompromisu...
Wiem, łatwo się mówi! Ale próbować trzeba...







poniedziałek, 5 września 2011

1-sze urodziny Tosi!

Nasza Tosia skończyła roczek!
Zleciało, jak z bicza strzelił!
Z tej okazji zaplanowaliśmy kinderbal!
Trochę inny - plenerowy, działkowy, swojski...
Dopisali przyjaciele. Pogoda pomogła!
Najpierw było dmuchanie świeczki - trzeba było Tosi pomóc, bo bardzo jej się ogienek podobał i dmuchać nie chciała.

Zamiast tradycyjnego już grilla - przewidziałem "nieco zapomniane" ognisko.
Radochę mieli i mali i duzi, ci drudzy - chyba nawet większą...
Ignaś zaczął zabawę z małym opóźnieniem, bo ucinał sobie poobiednią drzemkę.
Ale jego radość widać po oczach!

Ci mali zainteresowanie przejawili przez 10 minut - więc smażenie dokończyli tatusiowie.
Dzieciaki uciekli do innych zabaw.
Najpierw złapali maleńką jaszczurkę, ale po krótkiej sesji zdjęciowej wypuścili ją do rodzinki koło drewutni.
Filipek nawet się nie bał (a motyla się boi...)...
A później zaczęły się zabawy z farbkami do malowania twarzy.
To się dopiero działo!
Zaczęło się niewinnie - wąsiki, kropeczki, jeden piesek, drugi kotek...

Chłopcom się spodobało i dokańczali makijaż własnoręcznie.
Lusterko okazuje się zbędne - ważna jest wyobraźnia!
Bieganiu, szczekaniu i miauczeniu nie było końca!
Na wieczór trudno ich było ściągnąć do domu, a jeszcze trudniej wytłumaczyć, że trzeba się umyć!
Po takim szaleństwie padli jak muchy zaraz po usadzeniu w samochodzie.
Ja tylko miałem problem wnieść ich po powrocie do miasta na czwarte piętro...
Jednego śpiącego na plecach, drugiego na rękach!
Szkoda, że mi żona zdjęcia nie zrobiła!!!