poniedziałek, 20 czerwca 2016

Przedwakacyjny weekend, czyli radość z bycia razem ...

Już się bałem, że ten wypad nie dojdzie do skutku!
Żona miała bardzo zajęty weekend - co prawda nie w pracy, ale w związku ze swoją ciągłą edukacją.
Zajęcia wykładowe trwały przez trzy kolejne, piękne, letnie dni: piątek, sobotę i niedzielę.
Nie chcąc prażyć się w murach miasta wybraliśmy się sami.
Żona pozostała w mieście w celu zgłębiania specjalistycznej wiedzy pielęgniarskiej, z nadzieją, że po całym dniu dojedzie do nas, abyśmy chociaż wieczór spędzili całą rodziną.
Hamaki czekały na nią cały czas...
Nam czas upływał i na pracy i na zabawach.
Upał daje się we znaki naszym roślinkom - w ogrodzie widoczna susza. Poziomki "obrodziły" w całe cztery sztuki, reszta owoców na krzaczkach prawie ususzona.
Inne rośliny też cierpią. Młoda magnolia walczy o przeżycie - mimo, że nie zakwitła w tym roku, a końcówki pędów uschły, młode listki łapią słońce. Zawsze jak tu jestem, staram się ją obficie podlać. Paprocie na razie schowane w cieniu drzew, jeszcze ładnie wyglądają. Pod oknami rozchodzi się aromat maciejki i młodej róży pnącej. Tylko winobluszcz przygotowuje się do jesieni i zaczął przemalowywać się na czerwono. Ciekawe jak się sprawdzi pomysł z obsadzeniem piwniczki tym winobluszczem? Może niedługo (za perę lat :-)) powstanie zielony kopczyk...
Najstarszy syn pokosił całą trawę! Cieszę się, że mam już z niego taką pomoc! Fajnie też, że na razie sprawia mu to przyjemność i jest super zabawą. Jak to się mówi: przyjemne z pożytecznym!
Młodsi na świeżo pokoszonej trawie urządzili sobie istne Euro. Tosia wchodziła ślizgiem, jak Lewandowski, a Ignaś bronił niczym Szczęsny!
W międzyczasie jeździli lub próbowali jeździć na rowerkach. Oczy za nimi trzeba mieć dookoła głowy!
Na szczęście wraz z zachodzącym słońcem dotarła żonka, przywożąc świeżutkie jagodzianki od babci Lenki.
Radości było w bród i mimo, że teraz są najdłuższe dni, to szkoda było, że tak szybko zleciała ta sobota.
Usypialiśmy z nadzieją na kolejne atrakcje, które niosła ze sobą niedziela, czyli festyn parafialny na naszej wsi i związane z tym atrakcje: trampoliny, ścianki wspinaczkowe, rodeo, wozy strażackie, motocykle, stragany z zabawkami.


  


























wtorek, 7 czerwca 2016

Czerwcowo - imprezowo...


W ostatnią sobotę obchodziliśmy łączone urodziny chłopców - 8 Ignasia i 10 Filipka.
Z tej okazji odbył się mały zlot Przyjaciół i Znajomych.
W plenerowej imprezie wzięło udział dwanaścioro dzieci i 10 dorosłych.
Był i grill, i tort, i lody, i mecz: tatusiowie kontra dzieci.
Bramka młodzieży była jak zaczarowana - za sprawą dzielnego bramkarza Frania - tatusiowie w tej bitwie polegli 2:3!
Obrońcy ustawieni w mur pod bramką, bronili swych pozycji jak niepodległości (równie dzielnie chronili swoje "klejnoty")!
W ferworze gości i natłoku zabaw nie musiałem się martwić o rozpalanie i przypilnowywanie grilla.
Na szczęście sprawdza się elektryczna grilljeta, która w takich sytuacjach jest niezastąpiona.

Na zakończenie pobytu pamiętaliśmy narwać kwiatów czarnego bzu.
Już jest nastawiony - dziś wieczorem będzie zlany pyszny sok...









poniedziałek, 30 maja 2016

Zasłużony odpoczynek po dłuuugim maju...


Wreszcie mogliśmy trochę odsapnąć...
Choć przez kilkanaście godzin...
Żona mogła wypróbować nowy prezent imieninowy - krzesełko brazylijskie, które zastąpiło małą, starą dziecięcą huśtaweczkę. Na razie wszyscy się o nie prawie biją, więc coś mi się wydaje, że będę musiał szybko dokupić drugie...
Maj w tym roku przebiegał pod hasłem "Pierwsza Komunia Święta" naszego najstarszego syna.
Miesiąc okazał się bardzo obfity w wydarzenia, tak ważne dla naszej rodziny.
Przygotowania, próby, zakupy, zaproszenia ...
Aż nastąpił Ten Dzień - 22. maja 2016r., kiedy
Ksiądz Marcin Andrzejewski, proboszcz Parafii pw. Chrystusa Króla w Radomiu, udzielił Filipowi tego ważnego sakramentu.

Później wiadomo: przyjęcie, zabawa, goście, prezenty...
W minionym tygodniu przeżywaliśmy tzw. "biały tydzień", procesję Bożego Ciała oraz wycieczkę dzieci pierwszokomunijnych do sanktuarium w Niepokalanowie.




Dobrze się złożyło, że w tym tygodniu wypadał "długi weekend" i mogliśmy między kościelnymi obowiązkami pocieszyć się przyrodą na naszej wsi.
Tam też wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Dopiero wycinaliśmy drzewa, sialiśmy trawę i kopaliśmy ogródek... Zaledwie parę tygodni temu w niektórych miejscach ogrodu świeciła goła ziemia z udeptanymi ziarenkami trawy. Kwitły pierwsze tulipany i krzewy, wschodziła posiana maciejka...





   

Dzisiaj już jest gąszcz liści, paprocie zarosły cały płot, nowa murawa zieleni się pięknie, jaszczurki buszują w krzakach bukszpanu, a dzieci w przelocie chętnie je podglądają...





Nowy tarasik sprawdza się wyśmienicie - bez znaczenia czy to w słońce, czy to w deszcz, czy w majową burzę...


A jak już lało mocno, to zawsze można się schronić na werandzie.



Można tam ugościć miłych gości, porobić z ciocią Agatką scrapbookingowe kartki i ozdoby, pojeździć na rowerach, postrzelać z nefrów, poudawać żołnierzy, powspinać się na drzewa...





Robić można wiele! A na koniec odpocząć po ciężkim miesiącu, tygodniu, dniu, czy popołudniu...


Do następnego wpisu ... Pozdrawiam











piątek, 22 kwietnia 2016

Wycinka

Rozstaliśmy się  z kilkoma drzewami. Przez ćwierć wieku porósł u nas spory las - kilkadziesiąt drzew i krzewów, reprezentantów większości polskich gatunków, ledwo mieściła się na 1200 metrach kwadratowych. Przerasatły jedne drugie, przeszkadzając sobie w należytym wzroście. Dodatkowo mocno zacieniały ogródek i stwarzały zagrożenie  dla linii energetycznych. Teraz mam sporo terenu pod kwiatuszki czy krzaczki. Czekamy tylko, żeby  nasz mistrz od prac ziemnych Tata Stach, pięknie  wyplantował miejsce pod płotami po drzewach.

Tak było jeszcze kilka dni temu...

A tak wczoraj po pracy koparki i taty...

piątek, 15 kwietnia 2016

Kanalizacyjne wykończenia

Wreszcie przyszedł czas na przywrócenie stanu pierwotnego ogródka wokół domu rozkopanego podczas zeszłorocznych robót związanych z budową w naszej wsi sieci kanalizacyjnej. Trzeba przyznać, że w moim przypadku nie do końca jest to identyczne "przywrócenie". Przy okazji nastąpiło kilka zmian. Jedną w kluczowych to podniesienie terenu przy furtce od strony rzeki, w miejscu gdzie podczas deszczy lub w wilgotnych porach roku wychodziła woda podskórna i zawsze płynął mały strumyczek lub stała kałuża (to zasługa, jak zawsze przy tego typu pracach związanych z plantowaniem terenu, mojego taty Stasia!). Druga wymuszona zmiana to renowacja trawnika - nie oszczędziły go koła i łycha koparki, a kreciki również szalały sobie na nim od dawna. Trzecia zmiana dotyczy mojego bogatego drzewostanu, kilka drzew zostało wyciętych, parę przesadzonych. W kolejce czeka parę sosenek (może powstanie z nich niedługo nowa drewutnia).
Pracy jak zawsze dużo, tylko czasu mało!
Na szczęście trawka posiana już wschodzi i ziemia się lekko zieleni.
Liście wygrabione odsłoniły wschodzące funkie, konwalie i paprocie.
Ogródek czeka w gotowości na zagospodarowanie - malinki odbijają, piwonie już spore, tulipany w pąkach. Szkoda tylko, że ta ziemia u mnie taka licha... W tym roku dokupiłem kilka worków torfu i ziemi ogrodowej - może lekko się wzmocni... Kiedyś w każdej oborze stało przynajmniej po jednej krowie, to i obornik był, aby użyźnić glebę. A dziś nie uświadczysz na dużej wsi nawet jednej krowy!
Co pozostaje? Chemia? Albo własny kompostownik! Muszę nad nim mocno pomyśleć!









wtorek, 5 kwietnia 2016

Żeby kózka nie szalała, to by palca nie złamała...

Pierwszy ciepły weekend tej wiosny i mamy jego skutki.
W sobotę, kiedy żona ciężko pracowała na swoim dyżurze, poszliśmy z dziećmi na dworek.
Chłopaki zabrali ulubione na osiedlowe alejki - trike'i, Tosia próbowała gonić ich na rowerku.
Chwilowa nieuwaga, duża prędkość przy zjeździe z górki, nagłe i sile hamowanie zamieniły wiosenny spacer w nieszczęście. Wyrzucony z hulajnogi Filip przeleciał na plecach obok betonowego kosza na śmieci i zatrzymał się przy szpiczastym metalowym płotku ograniczającym trawnik. Upadek wyglądał bardzo groźnie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Pierwotnie zraniony palec, nabrał opuchlizny i zaczął boleć. W niedzielny poranek konieczną okazała się wizyta w szpitalu. Po prześwietleniach i konsultacjach lekarskich padła diagnoza: palec złamany!
Zdjęcie zrobione 3 sekundy przed tragedią:

 Opatrunek zrobiony przez tatusia, bo mama w pracy, widać, że trochę boli.

Już po powrocie ze szpitala. Musi zejść obrzęk - palec w gips za kilka dni.

Choć z chorym palcem, to chociaż siostrunię powozi. 

A ja reaktywuję trawnik, po budowie kanalizacji i walce z kretami i ich kopcami. 

A żona odpoczywa w promieniach zachodzącego słonka na nowym tarasiku, czeka na ciepły deszczyk, aby powschodziła świeża trawa.