Pisałem niedawno:
Wiem, że jestem podobny do niego...
Spojrzenie, włosy, wzrost...
Choć go nie widziałem, nie poznałem...
Kocham go jednak bardzo!
Wiem, że stamtąd gdzie jest, patrzy na mnie, wspiera i otacza opieką...
Dziadziuś Lolek.
Strażak, marynarz, członek załogi polskich transatlantyków, "wodniak".
Jeszcze przed wojną, pływając, jako obsługa na znanych polskich statkach pasażerskich (Pułaskim, Sobieskim i podobno Batorym) opłynął dużą część świata: Nowy York, Buenos Aires, Vitoria, Santos, Genua, Neapol, Gibraltar, Puerto Rico...
Jego serce nie wytrzymało 03.02.1967r.
Choć dla mnie bije dalej...
W cząstce mnie...
W opowieściach i anegdotach o nim, które, od najwcześniejszych moich lat, opowiada mi mama...
W zdjęciach...
W pamiątkach po nim i babci...
W starych pocztówkach, które przysyłał lub przywoził ze swoich podróży...
W tym roku mija 48 lat od jego śmierci...
Dzisiaj przedstawię jego sylwetkę w oparciu o garść wspomnień, zdjęć i pocztówek, które przekazała mi moja mama.
Dziadziuś urodził się 3.XII.1911r. w Osówce Nowej (między Siennem, a Bałtowem - na pograniczu obecnych województw mazowieckiego i świętokrzyskiego).
Jego rodzicami byli Józef Nowakowski i Marianna Możdżyńska.
Tu, w zakładzie fotograficznym N.Ehrlicha w Ostrowcu Świętokrzyskim, pozują rodzice dziadka w dniu 24.IV.1911r . Prababcia Marianna była wówczas w ciąży z dziadkiem.
Na odwrocie znajduje się dedykacja dla siostry Eleonory Nowakowskiej z Warszawy.
Nie znam niestety imion ich rodziców, czyli moich prapradziadków, ale posiadam w domowym archiwum ich pożółkłą fotografię. Jest podpisana z tyłu, prawdopodobnie przez siostrę dziadka, adwokat Irenę Nowakowską (1916-1990) - matkę chrzestną mojej mamy: "Rodzice Tatusia i najstarsze rodzeństwo".
Przypuszczam, że jest wykonana przed narodzinami Józefa, gdyż wówczas fotografowano się ze wszystkimi członkami rodziny. Założyłem, że musiała zostać wykonana ok. 1880 roku.
Przez pierwsze lata małżeństwa pradziadków mały Lolek był sam.
Około 1916 (oficjalnie w 1918) narodziła się jego młodsza siostra - Irena.
Nie posiadam zdjęć z ich całą czwórką. Jedna z ostatnich chwil z czasów rodzicielskich pochodzi z okresu gimnazjalnego dziadka, kiedy uczęszczał do szkoły w Ostrowcu Świętokrzyskim. Lekko uszkodzona fotografia pokazuje go w mundurze gimnazjalisty, pewnie wykonana ok. 1926 roku.
W tym okresie coś złego wydarzyło się w małżeństwie pradziadków Marii i Józefa. Z rodzinnych, lakonicznych przekazów wiadomo, że prababcia zabrała dzieci i uciekła od męża. Powodem podobno był alkohol oraz przegranie w karty majątku (choć nie wiem, co znaczyło słowo "majątek" - czy wszystkie oszczędności życia, czy dom, posiadłość i ziemia). Od tamtego czasu był to temat tabu i nikt nie utrzymywał, ani nie szukał kontaktów, ani z pradziadkiem Józefem, ani z jego rodziną.
Kolejnym etapem w życiu dziadka był przyjazd do Radomia. Zamieszkali prawdopodobnie na ul Ciemnej 32 m. 7. Od tamtego czasu występują już tylko we troje: dziadek Lolek, ze swoją mamą Marią i siostrą Irką:
Kiedy miał 25 lat, czyli środek swojej młodości, Polska przeżywała swój rozkwit. Nie znam genezy rozpoczęcia przygody z pływaniem na słynnych transatlantykach tamtego okresu, tj. na pewno na ss "Pułaskim", ms "Sobieskim" i prawdopodobnie ms "Batorym".
źródło: Internet
Moja mama twierdzi, że miało to związek z faktem, że dziadek w Radomiu był strażakiem. Może był delegowany z jednostki, jako swego rodzaju zabezpieczenie przeciwpożarowe tych statków... Wydaje się to mało prawdopodobne, szczególnie w połowie lat 30-tych. Przypuszczalnie była to tylko taka forma sezonowej pracy dorywczej..., a może i stałej jako marynarz lub jako inna załoga (może steward).
Jedno jest pewne: już w maju 1936r. przysłał swojej rodzinie pocztówkę z Buenos Aires:
Z tamtego okresu ostało się kilka zdjęć z rejsów przez Atlantyk do Ameryki Południowej. Można zobaczyć dziadka na pokładzie statku "Pułaski", kiedy odpoczywa od pracy, wylegując się w samych slipkach na pokładzie czy zażywającego kąpieli lub spacerów u wybrzeży południowoamerykańskich:
Jedno z tych ujęć jest szczególnie zabawne i pokazuje golasów przykrytych liśćmi figowca, prawdopodobnie tuż przed dziką kąpielą w oceanie.
Kolejne zdjęcia są szczególnie pamiątkowe, bo pokazują cząstkę historii. Na jednym dziadek klęczy na na jednym z pokładów "Pułaskiego" w kole ratunkowym u wybrzeży Vitorii. Drugie z kolei pokazuje część załogi (prawdopodobnie kucharsko-kelnersko-stewardową) wraz z kapitanem statku skupioną wokół ubranej choinki oraz odręcznie wykonanym napisem "Gwizdka na s/s Pułaskim 1937r." Na ostatnim młody Leoś stoi na pokładzie statku (przy dużym powiększeniu widać pierwszą literę "P" na kole ratunkowym wiszącym na barierce), w stroju chyba kelnera, a po prawej stronie widać sylwetki oficerów.
Zachowało się jedyne zdjęcie z obrzędu morskiego, jakim jest chrzest równikowy. Słaba jakość nie pozwala mi dokładnie zidentyfikować dziadka na tej fotografii - myślę, że to ten uśmiechnięty diabeł :-)
W kolejnych latach, jak wszyscy pamiętamy, nastała II wojna światowa. Polskie transatlantyki przeszły pod banderę brytyjską i pływały jako okręty transportowe w marynarce wojennej po wodach całego świata transportując żołnierzy alianckich na wszystkie fronty i zaplecza II wojny.
Mój dziadek wówczas nie pływał. Mieszkał w Radomiu. Pracował w Miejskiej Straży Pożarnej, a w dniu 6 marca 1943r. wziął ślub z moją babcią - Marią z Kurowskich (urzędniczką w radomskiem magistracie).
Na zdjęciu pozował w mundurze strażackim:
W czasie okupacji hitlerowskiej służył dzielnie jako strażak (pierwszy z trzech "olbrzymów" z lewej):
W listopadzie 1944r. urodziła się moja mama Ewa, pierwsza z czwórki rodzeństwa. W kolejnych latach urodzili się: Grzegorz, Aleksandra i Janina. Pośrodku, ta piękność z warkoczykami, to maja mama, a obok niej jej mały braciszek Grzesio (1949-1991).
Po wojnie dziadek jeszcze podobno parę razy pływał po Oceanie Atlantyckim i Morzu Śródziemnym. Wówczas, już chyba nie na "Pułaskim" (bo ten nie pływał już pod polską banderą), ale na "Batorym" lub "Sobieskim" , który wtedy kursował na trasie Neapol-Genua-Cannes-Halifax-Nowy Jork.
Z tamtego okresu jest mało zdjęć. A tak na prawdę, to mam dwa jego portrety wykonane w Genui we Włoszech, skąd w 1947r. wypływał prawdopodobnie w rejsy do Ameryki Północnej.

To ostatnie wykonał zapewne na potrzeby tego paszportu, aby móc wrócić do Polski:
Tutaj też jest jedyny wpis o zatrudnieniu jako marynarz.
Ze stron tego dokumentu można również wywnioskować, że wyjechał z Polski wiosną 1947r. Na dziewiątej stronie paszportu jest adnotacja o podstawie wydania. Była nią książeczka żeglarska, jako stwierdzenie obywatelstwa polskiego, wydana przez Główny Urząd Morski w Gdyni 28.III.1947r. Paszport wydano 25. listopada, a wjazdowe pieczęcie graniczne są z 4. grudnia 1947r.
Z tamtych wypraw zachowało się parę kartek pocztowych. Można obejrzeć je na osobnej stronie internetowej.
Na tym się kończy historia podróży dziadka. W kolejnych latach, po 1947r. zaczęły się rodzić następne ich dzieci , wspomniane: Grzesio, Ola i Janeczka. A i babcia Marysia pewnie nie pozwalała mu już na tak długie rozłąki. Ona, w odróżnieniu od niego, była skrajną domatorką - nie pamiętam, aby gdzieś wyjeżdżała, podróżowała, zwiedzała. Nie ruszała się nigdzie poza swoje 34-metrowe mieszkanko przy ul. Filtrowej w Radomiu. Pewnie to przyczyniło się do "zacumowania statku ms Józef Leon" na stałe w porcie nad Mleczną w Radomiu. Panujący ustrój polityczny pomiędzy 1948-56 pewnie również nie nastrajał pozytywnie do zagranicznych wyjazdów. Pewna era w życiu skończyła się bezpowrotnie.
Przez kolejne swoje lata związany był ze strażą pożarną. Głównie drużynami przy zakładach i przedsiębiorstwach radomskich: Zakładach Metalowych, Magazynach Tytoniowych, Radomskiej Wytwórni Telefonów oraz radomskim Zakładzie Naprawczy Taboru Kolejowego (ZNTK).
Jednak woda ciągnęła go cały czas! Należał do zakładowego koła "wodniaków" przy RWT i w wolnych chwilach wraz z kumplami wypadał:
a to do Świerży nad Wisłę, a to do Warszawy łodziami, a to kajakami na Mazury...
Zmarł przedwcześnie na serce w wieku 55 lat.
Szkoda, że go nie poznałem...
Pewnie razem powłóczylibyśmy się i tu, i tam...
A na pewno ta opowieść byłaby dużo dłuższa, bardziej szczegółowa i ciekawsza...





































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz