Moja babcia Krysia ma 86 lat. Mieszka sama w małym domku, sąsiadującym z naszym, bez większych wygód. Zawsze się bardzo cieszy, jak przyjeżdżamy i jesteśmy obok niej.
Ja, kiedy byłem małym chłopcem, spędzałem u niej wszystkie wakacje - nie byłem nigdy na żadnym zorganizowanym wyjeździe, typu kolonia, czy obóz. Tam miałem wolność, swobodę, fajnych znajomych. Z sentymentem wspominam czasy sianokosów, żniw i prac z nimi związanymi, które wówczas były dla mnie i moich rówieśników wyśmienitą zabawą. Zanim powstał zbiornik wodny w Koszorowie, rzeczka Szabasówka, płynęła wartko, dając wspaniałe możliwości budowania tam, zapór i małego spiętrzania wody, tworząc w ten sposób fajne kąpieliska. Stawy u Pana Leszka, leżące tuż za rzeczką, też były głębsze, oczyszczone i zadbane. Ile to się tam napływałem kajakiem - płótnianym składakiem. Do dziś pamiętam groźną z niego wywrotkę, przy wysiadaniu obok pnia zwalonej wierzby, kiedy to utopiłem leżące w nim rzeczy, w tym komunijny zegarek elektroniczny, który dostałem od rodziców...
W tej chwili babcia już nie uprawia pola - nie zbiera zboża, ani ziemniaków, nie hoduje żadnej krówki, czy świnki, ale widać, że jej tego brakuje. Ma namiastkę roli w przydomowym ogródku - parę grządek ogórków, marchewki, pietruszki, sporo kwiatów - dużo cynii, mieczyków, astrów, piwonii, konwalii... Mimo, że wiek ma już słuszny, to ten ogródek jest jej oczkiem w głowie. Od lat zadziwia mnie, jak ładnie potrafi go doglądać i plewić. W okularach na nosie, prawie na kolanach, z dokuczającym nadciśnieniem, ale wszystkie chwaściska wyrwie co do jednego, zostawiając równe rzędy młodziutkich warzyw i kwiatów (przy okazji obleci jeszcze trochę mojego ogródka). Ostatnio opowiadała mi, bardzo poruszona, jakie spustoszenie sprawił jej kret, który zbobrował dużą część warzywniaka.
Oprócz tych paru zagonków, babcia krząta się przy paru stworzeniach - ma 5 kurek, 3 paroletnie kaczki i pieska Tofika, który jest młody, głupawy i skutecznie jej uszczupla to stadko, od czasu do czasu, jakąś przyduszając. Aaa, zapomniałem jeszcze o jaskółkach w oborze, które corocznie do babci przylatują. Zawsze wyczekuje ich przylotu na przedwiośniu i czeka na nie, zawczasu uchylając im wrota, aby mogły znaleźć gniazdo. Kiedy przylatują, babcia zawsze mi o tym mówi, a uśmiech na jej twarzy jest taki, jak u małego dziecka, otrzymującego długo wyczekiwaną zabawkę.
Kiedy przyjeżdżam na wieś ze swoimi dziećmi, babcia lubi, kiedy krzątają się obok niej - pozwala im karmić kurki, sypać im ziarno, kruszyć chleb kaczkom, strofuje Tofika, aby nadto na nich nie ujadał...
Szczególnie moja Tosia upodobała sobie to pomaganie prababci. Ostatnio często słyszę: "Babciu, babciu, złap mi kurkę, to ją pogłaszczę!" No i co? Babcia łapie i Tosia głaszcze kurkę po złocistych piórkach... i "alefajnym" grzebieniu.



1 komentarz:
Taka babcia to skarb:-))
Prześlij komentarz