czwartek, 19 lutego 2015

Opowieść o moim dziadku Lolku

Pisałem niedawno:

Wiem, że jestem podobny do niego...
Spojrzenie, włosy, wzrost...
Choć go nie widziałem, nie poznałem...
Kocham go jednak bardzo!
Wiem, że stamtąd gdzie jest, patrzy na mnie, wspiera i otacza opieką...
Dziadziuś Lolek.
Strażak, marynarz, członek załogi polskich transatlantyków, "wodniak".
Jeszcze przed wojną, pływając, jako obsługa na znanych polskich statkach pasażerskich (Pułaskim, Sobieskim i podobno Batorym) opłynął dużą część świata: Nowy York, Buenos Aires, Vitoria, Santos, Genua, Neapol,  Gibraltar, Puerto Rico...
Jego serce nie wytrzymało 03.02.1967r.
Choć dla mnie bije dalej...
W cząstce mnie...
W opowieściach i anegdotach o nim, które, od najwcześniejszych moich lat, opowiada mi mama...
W zdjęciach...
W pamiątkach po nim i babci...
W starych pocztówkach, które przysyłał lub przywoził ze swoich podróży...

W tym roku mija 48 lat od jego śmierci...

Dzisiaj przedstawię jego sylwetkę w oparciu o garść wspomnień, zdjęć i pocztówek, które przekazała mi moja mama.

Dziadziuś urodził się 3.XII.1911r. w Osówce Nowej (między Siennem, a Bałtowem - na pograniczu obecnych województw mazowieckiego i świętokrzyskiego).
Jego rodzicami byli Józef Nowakowski i Marianna Możdżyńska.
Tu, w zakładzie fotograficznym N.Ehrlicha w Ostrowcu Świętokrzyskim, pozują rodzice dziadka w dniu 24.IV.1911r . Prababcia Marianna była wówczas w ciąży z dziadkiem.

Na odwrocie znajduje się dedykacja dla siostry Eleonory Nowakowskiej z Warszawy.
Nie znam niestety imion ich rodziców, czyli moich prapradziadków, ale posiadam w domowym archiwum ich pożółkłą fotografię. Jest podpisana z tyłu, prawdopodobnie przez siostrę dziadka, adwokat Irenę Nowakowską (1916-1990) - matkę chrzestną mojej mamy: "Rodzice Tatusia i najstarsze rodzeństwo".
Przypuszczam, że jest wykonana przed narodzinami Józefa, gdyż wówczas fotografowano się ze wszystkimi członkami rodziny. Założyłem, że musiała zostać wykonana ok. 1880 roku.
Przez pierwsze lata małżeństwa pradziadków mały Lolek był sam.

Około 1916 (oficjalnie w 1918) narodziła się jego młodsza siostra - Irena.
Nie posiadam zdjęć z ich całą czwórką. Jedna z ostatnich chwil z czasów rodzicielskich pochodzi z okresu gimnazjalnego dziadka, kiedy uczęszczał do szkoły w Ostrowcu Świętokrzyskim. Lekko uszkodzona fotografia pokazuje go w mundurze gimnazjalisty, pewnie wykonana ok. 1926 roku.
W tym okresie coś złego wydarzyło się w małżeństwie pradziadków Marii i Józefa. Z rodzinnych, lakonicznych przekazów wiadomo, że prababcia zabrała dzieci i uciekła od męża. Powodem podobno był alkohol oraz przegranie w karty majątku (choć nie wiem, co znaczyło słowo "majątek" - czy wszystkie oszczędności życia, czy dom, posiadłość i ziemia). Od tamtego czasu był to temat tabu i nikt nie utrzymywał, ani nie szukał kontaktów, ani z pradziadkiem Józefem, ani z jego rodziną.
Kolejnym etapem w życiu dziadka był przyjazd do Radomia. Zamieszkali prawdopodobnie na ul Ciemnej 32 m. 7. Od tamtego czasu występują już tylko we troje: dziadek Lolek, ze swoją mamą Marią i siostrą Irką:
Kiedy miał 25 lat, czyli środek swojej młodości, Polska przeżywała swój rozkwit. Nie znam genezy rozpoczęcia przygody z pływaniem na słynnych transatlantykach tamtego okresu, tj. na pewno na ss "Pułaskim", ms "Sobieskim" i prawdopodobnie ms "Batorym". 
źródło: Internet

Moja mama twierdzi, że miało to związek z faktem, że dziadek w Radomiu był strażakiem. Może był delegowany z jednostki, jako swego rodzaju zabezpieczenie przeciwpożarowe tych statków... Wydaje się to mało prawdopodobne, szczególnie w połowie lat 30-tych. Przypuszczalnie była to tylko taka forma sezonowej pracy dorywczej..., a może i stałej jako marynarz lub jako inna załoga (może steward).
Jedno jest pewne: już w maju 1936r. przysłał swojej rodzinie pocztówkę z Buenos Aires:

Z tamtego okresu ostało się kilka zdjęć z rejsów przez Atlantyk do Ameryki Południowej. Można zobaczyć dziadka na pokładzie statku "Pułaski", kiedy odpoczywa od pracy, wylegując się w samych slipkach na pokładzie czy zażywającego kąpieli lub spacerów u wybrzeży południowoamerykańskich:

Jedno z tych ujęć jest szczególnie zabawne i pokazuje golasów przykrytych liśćmi figowca, prawdopodobnie tuż przed dziką kąpielą w oceanie.
Kolejne zdjęcia są szczególnie pamiątkowe, bo pokazują cząstkę historii. Na jednym dziadek klęczy na na jednym z pokładów "Pułaskiego" w kole ratunkowym u wybrzeży Vitorii. Drugie z kolei pokazuje część załogi (prawdopodobnie kucharsko-kelnersko-stewardową) wraz z kapitanem statku skupioną wokół ubranej choinki oraz odręcznie wykonanym napisem "Gwizdka na  s/s Pułaskim 1937r." Na ostatnim młody Leoś stoi na pokładzie statku (przy dużym powiększeniu widać pierwszą literę "P" na kole ratunkowym wiszącym na barierce), w stroju chyba kelnera, a po prawej stronie widać sylwetki oficerów.



Zachowało się jedyne zdjęcie z obrzędu morskiego, jakim jest chrzest równikowy. Słaba jakość nie pozwala mi dokładnie zidentyfikować dziadka na tej fotografii - myślę, że to ten uśmiechnięty diabeł :-)



W kolejnych latach, jak wszyscy pamiętamy, nastała II wojna światowa. Polskie transatlantyki przeszły pod banderę brytyjską i pływały jako okręty transportowe w marynarce wojennej po wodach całego świata transportując żołnierzy alianckich na wszystkie fronty i zaplecza II wojny.
Mój dziadek wówczas nie pływał. Mieszkał w Radomiu. Pracował w Miejskiej Straży Pożarnej, a w dniu 6 marca 1943r. wziął ślub z moją babcią - Marią z Kurowskich (urzędniczką w radomskiem magistracie).
Na zdjęciu pozował w mundurze strażackim:



W czasie okupacji hitlerowskiej służył dzielnie jako strażak (pierwszy z trzech "olbrzymów" z lewej):

W listopadzie 1944r. urodziła się moja mama Ewa, pierwsza z czwórki rodzeństwa. W kolejnych latach urodzili się: Grzegorz, Aleksandra i Janina. Pośrodku, ta piękność z warkoczykami, to maja mama, a obok niej jej mały braciszek Grzesio (1949-1991).


Po wojnie dziadek jeszcze podobno parę razy pływał po Oceanie Atlantyckim i Morzu Śródziemnym. Wówczas, już chyba nie na "Pułaskim" (bo ten nie pływał już pod polską banderą), ale na "Batorym" lub "Sobieskim" , który wtedy kursował na trasie Neapol-Genua-Cannes-Halifax-Nowy Jork.
Z tamtego okresu jest mało zdjęć. A tak na prawdę, to mam dwa jego portrety wykonane w Genui we Włoszech, skąd w 1947r. wypływał prawdopodobnie w rejsy do Ameryki Północnej.


To ostatnie wykonał zapewne na potrzeby tego paszportu, aby móc wrócić do Polski:

Tutaj też jest jedyny wpis o zatrudnieniu jako marynarz.
Ze stron tego dokumentu można również wywnioskować, że wyjechał z Polski wiosną 1947r. Na dziewiątej stronie paszportu jest adnotacja o podstawie wydania. Była nią książeczka żeglarska, jako stwierdzenie obywatelstwa polskiego, wydana przez Główny Urząd Morski w Gdyni 28.III.1947r. Paszport wydano 25. listopada, a wjazdowe pieczęcie graniczne są z 4. grudnia 1947r.

Z tamtych wypraw zachowało się parę kartek pocztowych. Można obejrzeć je na osobnej stronie internetowej.

Na tym się kończy historia podróży dziadka. W kolejnych latach, po 1947r. zaczęły się rodzić następne ich dzieci , wspomniane: Grzesio, Ola i Janeczka. A i babcia Marysia pewnie nie pozwalała mu już na tak długie rozłąki. Ona, w odróżnieniu od niego, była skrajną domatorką - nie pamiętam, aby gdzieś wyjeżdżała, podróżowała, zwiedzała. Nie ruszała się nigdzie poza swoje 34-metrowe mieszkanko przy ul. Filtrowej w Radomiu. Pewnie to przyczyniło się do "zacumowania statku ms Józef Leon" na stałe w porcie nad Mleczną w Radomiu. Panujący ustrój polityczny pomiędzy 1948-56 pewnie również nie nastrajał pozytywnie do zagranicznych wyjazdów. Pewna era w życiu skończyła się bezpowrotnie.
Przez kolejne swoje lata związany był ze strażą pożarną. Głównie drużynami przy zakładach i przedsiębiorstwach radomskich: Zakładach Metalowych, Magazynach Tytoniowych, Radomskiej Wytwórni Telefonów oraz radomskim Zakładzie Naprawczy Taboru Kolejowego (ZNTK).
Jednak woda ciągnęła go cały czas! Należał do zakładowego koła "wodniaków" przy RWT i w wolnych chwilach wraz z kumplami wypadał:
 a to do Świerży nad Wisłę, a to do Warszawy łodziami, a to kajakami na Mazury...
Zmarł przedwcześnie na serce w wieku 55 lat.
Szkoda, że go nie poznałem...
Pewnie razem powłóczylibyśmy się i tu, i tam...
A na pewno ta opowieść byłaby dużo dłuższa, bardziej szczegółowa i ciekawsza...

piątek, 13 lutego 2015

Krecia robota - czyli o nierównej walce z koparkami i kretami...

Wczoraj zaraz po pracy pojechałem na wieś zobaczyć co w trawie piszczy.
A że popołudnie było ładne, nawet mrugało zachodzące słońce, to "piszczenie" łatwiej było zauważyć.
Od jesieni gmina prowadzi wielką inwestycję i buduje oczyszczalnię ścieków oraz kanalizację sanitarną. W związku z tym trwają prace ziemne, które do miłych i przyjemnych, szczególnie dla mieszkańców, nie należą. Rozkopane podwórka, ogródki, trawniki. Pozdejmowane lub uszkodzone ogrodzenia. Pousuwane nasadzenia - iglaki, żywopłoty, drzewa. Pół biedy jak ktoś miał trawnik lub pusty o tej porze roku ogródek. Gorzej, jak front podwórka od strony drogi był zagospodarowany i było na nim wiele kilkunastoletnich nasadzeń. Tak, jak w moim przypadku - żywopłot modrzewiowy i ligustrowy, 2 świerki, jodła kamczacka, tuje, stare jabłonie. Ciekawe, jak sobie z tym poradzą - a prace prowadzą już za płotem (podobno na moim odcinku mają przebijać się ciśnieniowo bez kopania - zobaczymy).
Wszędobylskie błoto i breja. Zanim mieszkańcy skorzystają z dobrodziejstw tejże infrastruktury, stracą sporo nerwów. Ile trzeba ponieść nakładu pracy i funduszy, aby odtworzyć stan pierwotny oraz zaprowadzić ład i porządek. Nawet dojazd do posesji bywa chwilami utrudniony i trzeba poczekać parę minut na odblokowanie drogi.
 Tuż obok mnie powstały jakieś większe wykopy. Podobno ma tu być jakaś przepompownia, która przepchnie ścieki dalej w stronę oczyszczalni.
A na podwórku krety poszły w ślad koparek. Stwierdziły chyba, że jak wykopy, to na całego!
Tak zrytej murawy, to nie miałem w życiu.
Na jesieni, kiedy już rozpoczęły swoją krecią robotę, oczytałem się w sieci, żeby zainstalować odstraszacz. Kupiłem w Praktikerze za kilkadziesiąt złotych to piszczące i wibrujące urządzenie, wetknąłem w kretowisko i liczyłem, że udręczone zwierzątka pójdą sobie nad rzeczkę, tam gdzie ich uszom nikt nie będzie dokuczał.
Zmieniam zdanie, to nie jest odstraszacz , tylko oswajacz kretów!
Na opakowaniu producent przestrzegał, że w pierwszych dniach stosowania, wkurzone zwierzęta, zwiększają swoją aktywność i ilość kopców się zwiększa. Ale w moim przypadku, to wkurzyły się chyba na maxa! Nie dość, że od października ilość ziemnych wulkanów zwiększyła się ponad dziesięciokrotnie, to kopią cały czas i zamiaru przestać nie mają!

Kpią sobie z tego ustrojstwa - nie polecam i noszę się z zamiarem reklamacji, że nie spełnia swojej podstawowej funkcji.
A może ktoś zna skuteczne metody wytłumaczenia krecikom, żeby u mnie nie kopały?

czwartek, 5 lutego 2015

Stara szafa - początek jej nowego życia

Kiedy odeszła moja babcia Marysia musieliśmy rozstać się z babcinym mieszkankiem...
Nie rozstałem się jednak z większością mebli i sprzętów po staruszce.
Są teraz elementem wyposażenia mojej chatki, znakomicie wkomponowując się w jej charakter.
Święte obrazy, zegar, lampy, krzesła...
Tylko szafa została rozłożona na części i czekała "lepszych dni" w garażu. Przy zagospodarowywaniu poddasza powstała dla niej specjalna wnęka między kominami - "szyta na miarę".
Kilka dni temu ją również przewiozłem na wieś i rozpocząłem jej renowację.
Postanowiłem, że po oczyszczeniu i przeszlifowaniu pomaluję ją na biało.
Mam nadzieję, że będzie ładnie wyglądała i będzie nam służyła swoją pojemnością przynajmniej przez tyle lat co babci...
Tu jeszcze 2012r. - stoi na swoim starym miejscu...

wtorek, 3 lutego 2015

Luty - miesiąc zadumy...

Wiem, że jestem podobny do niego...
Spojrzenie, włosy, wzrost...
Choć go nie widziałem, nie poznałem...
Kocham go jednak bardzo!
Wiem, że stamtąd gdzie jest, patrzy na mnie, wspiera i otacza opieką...
Dziadziuś Lolek.
Strażak, podróżnik.
Jeszcze przed wojną, pływając, jako obsługa na znanych polskich statkach pasażerskich (Pułaskim i Batorym) opłynął dużą część świata: Nowy York, Buenos Aires, Genua, Neapol, Gibraltar, Puerto Rico...
Jego serce nie wytrzymało 03.02.1967r.
Choć dla mnie bije dalej...
W cząstce mnie...
W opowieściach i anegdotach o nim, które, od najwcześniejszych moich lat, opowiada mi mama...
W zdjęciach...
W pamiątkach po nim i babci...
W starych pocztówkach, które przysyłał lub przywoził ze swoich podróży...

Dziś mija 48 lat od jego śmierci...
A za trzy dni, będzie już 3 rocznica, kiedy odeszła do niego Babcia Marysia...



Pośrodku, ta piękność z warkoczykami, to maja mama.


Ślubne zdjęcie - Dziadziuś w strażackim mundurze.


Dziadek w czasach kiedy pływał po świecie.



piątek, 30 stycznia 2015

Bezśnieżne ferie

A miał być wypad w Bieszczady do Wetliny...
Niestety Polska zima jest chimeryczna i zgodnie z oczekiwaniami zrobiła nam na złość i śniegiem nie poprószyła!
Kolejny raz z rzędu nie mogę dzieciom pokazać zimy w górach, bo jak mam zaplanowany urlop, to wtedy - błota, chlapa i szarość!
Postanowiliśmy więc, te parę dni spędzić wspólnie na naszej wsi, grzejąc się przy kominku, wypadając na wycieczki.
Rozpoczęliśmy od pobliskiego Szydłowca - pięknie prezentuje się odrestaurowany ratusz i zrewitalizowany rynek. Miło pospacerować, przyglądając się wyeksponowanym przez światła elementom architektury. Kościuszko uradowany wskazuje nam kierunek zwiedzania...

Nawet stary pręgierz wygląda malowniczo u stóp wieży ratuszowej.


We wtorek odbyliśmy wycieczkę do Bałtowa. Chcieliśmy zweryfikować opowieści znajomych o zimowych atrakcjach dobrze tu w okolicach reklamowanej "Szwajcarii Bałtowskiej". W województwie świętokrzyskim ferie się wówczas jeszcze nie zaczęły, dlatego turystów i korzystających z zaplecza turystycznego nie było wielu. Nawet letnie atrakcje i place zabaw dawały mojej ferajnie sporo uciechy.

Kiedy dotarliśmy do stoków narciarskich i czynnych wyciągów (mimo wysokiej temperatury powietrza, bo było około 5 st. na plusie)  - chłopakom nagle zrzedły miny. Trzeba się przyznać, że nawet stanęły świeczki w oczach, bo uparli się, a my musieliśmy im niestety wybić to z głowy, żeby pojeździć na nartach. Na nieszczęście nasze i swoje, wybrali się z Radomia (zasugerowani bezśnieżną pogodą) bez odpowiednich ortalionowych i ocieplanych spodni. Założyli zwykłe dresiki, które przy pierwszym upadku, byłyby całe mokre. Nawet nie mieliśmy zapasowych, żeby w razie czego, zmienić na suche.


Na szczęście, dla udobruchania, znaleźliśmy inną bałtowską atrakcję, położoną pomiędzy jedną, a drugą trasą narciarską. Na sporym stoku był kilkusetmetrowy rollercoster. Chłopaki pierwszy raz w życiu mieli okazję zjeżdżać na czymś takim. Żona z resztą też. Piskom z radości i prędkości nie było końca. Tylko naszej najmłodszej Tosi nie wolno było zjeżdżać - ze względów bezpieczeństwa obsługa nie pozwoliła. Wtedy i jej zrobiło się przykro, szczególnie kiedy stała u podnóża góry marznąc i czekając na braci.


Kompleks w Bałtowie zapewnia wiele atrakcji, również dla tych co nie jeżdżą na nartach i desce.
W samym centrum, tuż przy stokach, znajduje się duża stadnina z kilkunastoma końmi. Można oczywiście skorzystać z możliwości nauki jazdy lub spacerów z końmi. Więc kiedy Ignaś z Filipem bawili się na "suchych sankach", Tosia ujeżdżała konika polskiego o dźwięcznym imieniu Konar.


Później obeszliśmy samotnie cały "Jurasic Park". Ignasia o mało nie upolował jeden z biegających tam dinozaurów...


Mój synek bardzo jest wrażliwy na krzywdę innych i bardzo lubi zwierzęta, więc walczył z neandertalczykami, chcącymi zabić mamuta...


Przed wieczorem zmarznięci i zmęczeni dotarliśmy do chatki. Środę spędziliśmy w domu odpoczywając i leniuchując, za to następnego dnia wybraliśmy się w przeciwną stronę.
Chcieliśmy poopowiadać dzieciom o okolicznych zabytkach związanych z rozwiniętym niegdyś w tych stronach przemysłem hutniczym. Muzeum w naszych gminnych Chlewiskach zwiedzaliśmy już parokrotnie, dlatego teraz przyjechaliśmy tuż obok, kierując się przez lasy niekłańskie w stronę Kielc, a dokładnie na teren gminy Zagnańsk, gdzie w Samsonowie znajdują się pozostałości starego zakładu i pieca hutniczego. Dobrze zachowane ruiny wskazywały na niesamowitą, jak na tamte czasy, technologii. Przepusty, kanały wodne, tunele podziemne... Zrobiło to na nas duże wrażenie. Postanowiliśmy, że wiosną wybierzemy się do Maleńca koło Końskich, gdzie jest dobrze zachowany zakład starej walcowni. Dla zainteresowanych polecam stronę: http://maleniec.wrota-swietokrzyskie.pl/o-muzeum .




Wycieczkę psuł nam ciągle siąpiący deszcz. Dlatego z Samsonowa udaliśmy się jedynie do pobliskiego Zagnańska, aby zobaczyć jedno z najstarszych polskich drzew - Dęba Bartka.
Nie byłem koło niego kilka lat - dlatego bardzo mnie ucieszyła poprawiona infrastruktura turystyczna. Widać dobrze zainwestowane fundusze unijne - parking, światła dla pieszych, barierki, podpory i zabezpieczenie drzewa. Może postoi jeszcze "parę" lat, ciesząc oczy kolejnych pokoleń.




Okazuje się, że nie wyjeżdżając daleko też można spędzić mile czas, ucząc się przy tym i poznając piękno, historię i tajemnicę swojego regionu.




wtorek, 13 stycznia 2015

Święta, Święta i Nowy Rok 2015

Czas płynie nieubłaganie...
Niedawno był kwiecień, jak byliśmy z Ignasiem w Centrum Zdrowia Dziecka.
Następną wizytę wyznaczono dopiero na drugą połowę grudnia. Wydawało się to niewyobrażalnie długim okresem oczekiwania... Zawsze tak jest, jak się na coś czeka! Wydaje się, że to taaak długo...
A tu proszę 17 grudnia przyszedł szybko. Chyba przygnał go mroźny wiatr. Ten sam, który tego samego dnia przywiał z wizytą do Polski  Prezydenta Ukrainy Pana Poroszenkę.
Po wizycie w CZD w Międzylesiu, postanowiliśmy pokazać Ignasiowi starówkę warszawską. Czytaliśmy dzieciom różne bajki i legendy o Warszawie, o bazyliszku, Warsie i Sawie, opowiadaliśmy o heroizmie w czasie powstania, o zniszczeniach i o odbudowaniu miasta.
Nadarzyła się wspaniała okazja - środa i środek dnia - zero korków, mało ludzi, cisza i spokój (jak "niewarszawa") i tylko ten wiatr przeszywający!
Jedziemy Marszałkowską, skręcamy w Królewską - chcę pokazać synkowi Grób Nieznanego Żołnierza, a przy okazji zaparkować samochód jak najbliżej rynku, żeby bardzo nie zmarznąć.
Przejeżdżamy przy pomniku, a tu na placu defilad stoi kompania honorowa WP i garstka policjantów, żandarmerii i eleganckich "borowików". W oczy rzuciły mi się również flagi, między innymi żółto-błękitna Ukrainy. Wiedziałem, że za chwilę pojawi się delegacja z Gościem z sąsiedniego państwa. Zaparkowaliśmy więc auto tuż przy skrzyżowaniu z Krakowskim Przedmieściem i postanowiliśmy zobaczyć uroczystość składania kwiatów.
Jeden z oficerów BORu poinformował nas, że kolumna z Prezydentem przyjedzie za kilkanaście minut. Dreptaliśmy po placu w tą i z powrotem i podziwialiśmy żołnierzy, którzy na tym wietrze i zimnie stali już od dłuższego czasu bez ruchu. Pewnie ich tam wywiało galancie!
Po obiecanej chwili, na plac od strony Pałacu Prezydenckiego, zaczęła na sygnałach wjeżdżać kolumna czarnych limuzyn. Prezydencki samochód asystowany był przez dziewiętnastokonny szwadron kawalerii. Wyglądało to imponująco.
Na zakończenie uroczystości mieliśmy okazję zrobić sobie wspólne zdjęcie z Panem Prezydentem, tylko o autograf trudno było poprosić...:-)

Zmarznięci, pobiegliśmy w stronę starówki. Ale ona ładna, dawno tam nie byłem, dlatego widziałem różnicę. Uroku dodawały jeszcze ozdoby świąteczne - choinki, lampiony, rozświetlone wielkie paki prezentów, mikołaje, sanie, bombki.... Na bogato! (cóż dziwnego, przecież to metropolia i stolica!)

Przywitaliśmy się z Zygmuntem, choć Ignaś upierał się, że na figurce którą dostał od braciszka Filipka ze szkolnej wycieczki, król miął miecz podniesiony do góry i wyglądał inaczej.

Pewnie skojarzyło mu się z pomnikiem Kilińskiego, który widział na zdjęciach. Potruchtaliśmy wzdłuż murów pokłonić się Małemu Powstańcowi i złożyć hołd poległym w powstaniu.

Później udaliśmy się na rynek. Syrenka pilnowała sztucznego lodowiska stojąc na jego środku, ale dla Ignasia najważniejszy był Bazyliszek i jego świecące oko! To była kulminacja wycieczki! Mogliśmy spokojnie wracać do domu, do naszej pozostałej dwójki, Filipka i Tosi, którzy z dziadkami czekali na nasz powrót i opowieści ze stolicy i szpitala.

Za kilka dni przyszły święta. Spędziliśmy je głównie w Radomiu. Ochrzciliśmy Olafka, synka Agatki. Ja i moja żona zostaliśmy dumnymi chrzestnymi rodzicami.
Korzystając z dodatkowej liczby gości, tj. świątecznych domowników, mogłem wymykać się do chatki na wsi, aby ją również przygotować na święta i przyjazd ferajny - rozgrzać, posprzątać, ubrać choinkę. No prawie choinkę - zawsze mi szkoda całych drzew wycinanych tylko dla ozdoby. Przeważnie robię stroik z obciętych dolnych gałęzi z moich działkowych świerków, które już porosły olbrzymie i rozłożyste, przez co zasłaniają inne rośliny.

Ogrzany dom czeka na przyjazd. W kominku napalone, grzejniki zaprogramowane. Zima nam nie straszna! Fajnie, że sypnęło między świętami śniegiem, to od razu zrobiło się milej, czyściej, przyjemniej. Można było pospacerować, nie tonąc w błocie i kałużach (tym bardziej, że na wsi robią kanalizację i kiedy nie ma mrozu, to breja niesamowita!).
W przerwie świątecznej zrobiliśmy sobie z chłopakami męski wypad. Pojechaliśmy na wieś, ale nie jak zawsze prosto główną drogą, a bokami... Korzystając z napędu 4x4 naszego foresterka pokluczyliśmy bocznymi dróżkami, kierując się z Orońska w stronę Łazisk, a później przez Wysoką, Jankowice, na Marywil. Stamtąd mieliśmy do domku około kilometra, ale musiałbym przeprawić się przez bród i powiem szczerze - spietrałem! Bałem się utknąć w lodowatej wodzie z chłopakami na pokładzie... Nie wierzyłem bardziej w swoje umiejętności jazdy po terenie niż w możliwości subaru, dlatego postanowiłem nadłożyć kilka kilometrów i dojechać do celu główną drogą.

W Orońsku w posiadłościach Józefa Brandta, gdzie mieści się Centrum rzeźby Polskiej, gwardia miała super zabawę! Biegali i robili "anioły" na śniegu, tropili bażanta, kruszyli lód w parkowym stawie, próbowali dorzucić patyki do niezamarzniętego jeszcze całkiem otworu w lodzie na środku jeziorka.

Później grzaliśmy się przy kominku, a chłopcy jeszcze ze dwa razy biegali na podwórko i przesypywali zawiany śnieg na bardziej łyse miejsca, bo spadło go w sumie, jak na lekarstwo! Słabo z tym śniegiem w centralnej Polsce! Już od kilku lat nie można  doczekać się porządnego białego opadu, który zapewni, że sanki będą się ślizgały, a nie szorowały po piachu, czy kamieniach! Trzeba by ruszyć na południe, ale i tam bywa różnie - można się wstrzelić w okres, gdzie halny wszystko wymiecie! 

 
W Trzech Króli maszerowaliśmy z radomianami w orszaku. Pogoda była spacerowa - zimno, ale słonecznie. Widowisko zorganizowane ładnie, z roku na rok coraz lepiej! Mimo tłumu ludzi, udało nam się sfotografować z królami i ich giermkami.

Królową Antoninę trzeba było tylko nosić, jak to przystało na królową!

Ferie za pasem, u nas zaczynają się od 19 stycznia, czyli za parę dni!
Chciałbym dzieciom pokazać zimę w górach...
Ciekawe, czy mi się uda?
Wszystkim Przyjaciołom i Czytelnikom życzę samych wspaniałych i wymarzonych dni w tym Nowym 2015 Roku!