poniedziałek, 30 maja 2016

Zasłużony odpoczynek po dłuuugim maju...


Wreszcie mogliśmy trochę odsapnąć...
Choć przez kilkanaście godzin...
Żona mogła wypróbować nowy prezent imieninowy - krzesełko brazylijskie, które zastąpiło małą, starą dziecięcą huśtaweczkę. Na razie wszyscy się o nie prawie biją, więc coś mi się wydaje, że będę musiał szybko dokupić drugie...
Maj w tym roku przebiegał pod hasłem "Pierwsza Komunia Święta" naszego najstarszego syna.
Miesiąc okazał się bardzo obfity w wydarzenia, tak ważne dla naszej rodziny.
Przygotowania, próby, zakupy, zaproszenia ...
Aż nastąpił Ten Dzień - 22. maja 2016r., kiedy
Ksiądz Marcin Andrzejewski, proboszcz Parafii pw. Chrystusa Króla w Radomiu, udzielił Filipowi tego ważnego sakramentu.

Później wiadomo: przyjęcie, zabawa, goście, prezenty...
W minionym tygodniu przeżywaliśmy tzw. "biały tydzień", procesję Bożego Ciała oraz wycieczkę dzieci pierwszokomunijnych do sanktuarium w Niepokalanowie.




Dobrze się złożyło, że w tym tygodniu wypadał "długi weekend" i mogliśmy między kościelnymi obowiązkami pocieszyć się przyrodą na naszej wsi.
Tam też wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Dopiero wycinaliśmy drzewa, sialiśmy trawę i kopaliśmy ogródek... Zaledwie parę tygodni temu w niektórych miejscach ogrodu świeciła goła ziemia z udeptanymi ziarenkami trawy. Kwitły pierwsze tulipany i krzewy, wschodziła posiana maciejka...





   

Dzisiaj już jest gąszcz liści, paprocie zarosły cały płot, nowa murawa zieleni się pięknie, jaszczurki buszują w krzakach bukszpanu, a dzieci w przelocie chętnie je podglądają...





Nowy tarasik sprawdza się wyśmienicie - bez znaczenia czy to w słońce, czy to w deszcz, czy w majową burzę...


A jak już lało mocno, to zawsze można się schronić na werandzie.



Można tam ugościć miłych gości, porobić z ciocią Agatką scrapbookingowe kartki i ozdoby, pojeździć na rowerach, postrzelać z nefrów, poudawać żołnierzy, powspinać się na drzewa...





Robić można wiele! A na koniec odpocząć po ciężkim miesiącu, tygodniu, dniu, czy popołudniu...


Do następnego wpisu ... Pozdrawiam











piątek, 22 kwietnia 2016

Wycinka

Rozstaliśmy się  z kilkoma drzewami. Przez ćwierć wieku porósł u nas spory las - kilkadziesiąt drzew i krzewów, reprezentantów większości polskich gatunków, ledwo mieściła się na 1200 metrach kwadratowych. Przerasatły jedne drugie, przeszkadzając sobie w należytym wzroście. Dodatkowo mocno zacieniały ogródek i stwarzały zagrożenie  dla linii energetycznych. Teraz mam sporo terenu pod kwiatuszki czy krzaczki. Czekamy tylko, żeby  nasz mistrz od prac ziemnych Tata Stach, pięknie  wyplantował miejsce pod płotami po drzewach.

Tak było jeszcze kilka dni temu...

A tak wczoraj po pracy koparki i taty...

piątek, 15 kwietnia 2016

Kanalizacyjne wykończenia

Wreszcie przyszedł czas na przywrócenie stanu pierwotnego ogródka wokół domu rozkopanego podczas zeszłorocznych robót związanych z budową w naszej wsi sieci kanalizacyjnej. Trzeba przyznać, że w moim przypadku nie do końca jest to identyczne "przywrócenie". Przy okazji nastąpiło kilka zmian. Jedną w kluczowych to podniesienie terenu przy furtce od strony rzeki, w miejscu gdzie podczas deszczy lub w wilgotnych porach roku wychodziła woda podskórna i zawsze płynął mały strumyczek lub stała kałuża (to zasługa, jak zawsze przy tego typu pracach związanych z plantowaniem terenu, mojego taty Stasia!). Druga wymuszona zmiana to renowacja trawnika - nie oszczędziły go koła i łycha koparki, a kreciki również szalały sobie na nim od dawna. Trzecia zmiana dotyczy mojego bogatego drzewostanu, kilka drzew zostało wyciętych, parę przesadzonych. W kolejce czeka parę sosenek (może powstanie z nich niedługo nowa drewutnia).
Pracy jak zawsze dużo, tylko czasu mało!
Na szczęście trawka posiana już wschodzi i ziemia się lekko zieleni.
Liście wygrabione odsłoniły wschodzące funkie, konwalie i paprocie.
Ogródek czeka w gotowości na zagospodarowanie - malinki odbijają, piwonie już spore, tulipany w pąkach. Szkoda tylko, że ta ziemia u mnie taka licha... W tym roku dokupiłem kilka worków torfu i ziemi ogrodowej - może lekko się wzmocni... Kiedyś w każdej oborze stało przynajmniej po jednej krowie, to i obornik był, aby użyźnić glebę. A dziś nie uświadczysz na dużej wsi nawet jednej krowy!
Co pozostaje? Chemia? Albo własny kompostownik! Muszę nad nim mocno pomyśleć!









wtorek, 5 kwietnia 2016

Żeby kózka nie szalała, to by palca nie złamała...

Pierwszy ciepły weekend tej wiosny i mamy jego skutki.
W sobotę, kiedy żona ciężko pracowała na swoim dyżurze, poszliśmy z dziećmi na dworek.
Chłopaki zabrali ulubione na osiedlowe alejki - trike'i, Tosia próbowała gonić ich na rowerku.
Chwilowa nieuwaga, duża prędkość przy zjeździe z górki, nagłe i sile hamowanie zamieniły wiosenny spacer w nieszczęście. Wyrzucony z hulajnogi Filip przeleciał na plecach obok betonowego kosza na śmieci i zatrzymał się przy szpiczastym metalowym płotku ograniczającym trawnik. Upadek wyglądał bardzo groźnie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Pierwotnie zraniony palec, nabrał opuchlizny i zaczął boleć. W niedzielny poranek konieczną okazała się wizyta w szpitalu. Po prześwietleniach i konsultacjach lekarskich padła diagnoza: palec złamany!
Zdjęcie zrobione 3 sekundy przed tragedią:

 Opatrunek zrobiony przez tatusia, bo mama w pracy, widać, że trochę boli.

Już po powrocie ze szpitala. Musi zejść obrzęk - palec w gips za kilka dni.

Choć z chorym palcem, to chociaż siostrunię powozi. 

A ja reaktywuję trawnik, po budowie kanalizacji i walce z kretami i ich kopcami. 

A żona odpoczywa w promieniach zachodzącego słonka na nowym tarasiku, czeka na ciepły deszczyk, aby powschodziła świeża trawa.



piątek, 25 marca 2016

Metamorfoza tarasowa

Z nową wiosną i z nowym sezonem postanowiliśmy zrobić porządek przed naszym domkiem.
Teren przed południową ścianą domu często wykorzystywaliśmy na "wiosenno-letnie" plażowanie.
Miło tam poleżeć na leżaczku z twarzą skierowaną ku ciepłym promieniom słonka.
Jednakże ukształtowanie terenu nie pozwalało na komfortowe wypoczywanie. Dodatkowo, w trakcie lata, miejsce to zostawało wydeptane, trawa wypalała się od gorąca, dodatkowo odbijanego od ściany budynku. Unosił się kurz i pył, a kiedy popadało, wnosiło się błotko do mieszkania.
Dlatego też przyszedł czas na "dobrą zmianę".
Pierwsze ładne dni marca spożytkowaliśmy na prace, dzięki którym powstał kamienny tarasik - przedłużenie naszego letniego bytowania na drewnianej werandzie, na której spędzamy w ciepłych okresach najwięcej czasu.
W pracach pomógł Pan Przemek z Szydłowca z firmy Kambud. Nad całością czuwał jak zawsze Mój Prywatny Kierownik Budowy, czyli Tatko Stach. Dzięki niemu każda praca przebiega z zachowaniem ładu, porządku, a teren budowy od razu nabiera wykończenia, dzięki plantowaniu, grabieniu, usuwaniu odpadów. Dzięki temu, że główne prace zostały skończone tak szybko (rozpoczęliśmy 14. marca - a skończyliśmy w środę 23-go), to jest szansa, że za kilka tygodni pojawi się świeża trawka (już posiana) i będzie można działać nad dalszą estetyką i cieszyć się z efektów pracy i pomysłu.


Tak było w zeszłym roku. Klapki pod nóżkami Żonki, żeby trawka ani piasek nie kłuł. Mimo zraszania widać, jak słonko wypalało murawę.
Teraz kilka ujęć z przebudowy:
Najpierw wytyczenie, usuniecie murawy i wstępne wyplantowanie terenu...,

następnie nawiezienie gruzu i utwardzenie zagęszczarką.


Lekkie zbrojenie pod murki oporowe.


Zasypane mokrym betonem i ubite.


Nad wszystkim czuwał Kierownik Stach. 



Kiedy powstały murki oporowe, można było rozpocząć układanie posadzki z otoczaków z ciętych płyt piaskowca na podsypce piaskowo-cementowej.


Prawie gotowe... Wieczorny odpoczynek, jeszcze może jeden dzień...


Dopasujemy schodki, pograbimy, udepczemy, umyjemy i ... tadam...! Gotowe!
A trzy kamienie ułozone jako schodki, to "zabytkowe" kamienie z rozbiórki chaty po pradziadkach!
Można teraz siać trawkę i rozpoczynać Święta Wielkanocne!
Dla wszystkich przesyłam wiosenne pozdrowienia i świąteczne życzenia!
Kordian









piątek, 15 stycznia 2016

Zimowo - lodowiskowo

Zimowo się zrobiło...
Te parę dni mrozów po Świętach zamieniło staw koło młyna w bezpieczne lodowisko.
Pokrywa lodowa sięgała gdzieś około 20 cm.
Miło było pobawić się na dworze, poślizgać, zmarznąć, przemoczyć spodnie i rękawiczki, a później jeszcze fajniejsze było grzanie i suszenie przy ogniu (szczególnie dla mnie).






sobota, 26 grudnia 2015

Świąteczne ciepło domowego ogniska

Kolejne Święta w naszym życiu.
Cieszymy się, że jesteśmy razem.
Że w odróżnieniu od innych dane nam jest wspólnie pokonywać trudy codziennego bycia.
Wiele osób nie docenia tego. Tego, że rodzina to siła! Na dobre i złe. Przyjaźń z więzów krwi.
Wiele teraz małżeństw rozstaje się. Jedne po krótkiej chwili wzajemnej znajomości, a inne po wielu latach spędzonych wspólnie. Ważniejsze okazują się: kariera, dostatek, pieniądze, wygoda.
A my? Trwamy! Mimo tego, że czasami łatwo nie jest. Codzienność jest jednakowa, prędka i zwyczajna... Praca, szkoła, przedszkole, zajęcia dodatkowe, zakupy, przygotowywanie posiłków... Choroby, infekcje, alergie...
Na szczęście  mamy azyl, miejsce gdzie możemy wpaść choć na chwilę. To nasza chatka! Tu świat ma inny koloryt i urok. Inny niż codzienność! Niecodzienny! Bajkowy!

niedziela, 6 grudnia 2015

Jesienna wiosna czy wiosenna jesień i Król Ziemi...

Udało się. W piątek wpadłem na wieś.
Prosto ze stolicy wracając z delegacji rozpędzony minąłem Radom, zahaczyłem  o Szydłowiec, by przed zachodem Słońca otworzyć bramę od działki.
Pusto tam teraz i smutno... Babcia w mieście dochodzi do zdrowia, a stęskniony Tofik wygląda w stronę bramy, że może zaraz pojawi się  przy furtce... Już jej nie widział ponad dwa tygodnie.


Na podwórku nie wiadomo do końca czy to późna jesień, czy może już wiosna. Moja drewniana droga zakwitła: pojawiło się żółte słoneczko, a na trawie rozbieliły się stokrotki. Nawet chryzantemy całkiem nie zmarzły podczas przymrozków i zdobią jeszcze poszarzały ogródek. Berberysy jeszcze nie oskubane przez ptaki, czerwienią się na tle zieleni w promieniach zachodzącego słońca.






Korzystając ze sposobności, że przyjechałem dosyć wcześnie i do zmroku miałem jeszcze jakieś półtorej godziny, zabrałem się za dalsze przycinanie starej, chyba "pradziadkowej", jabłoni, która latem bardzo skutecznie zasłaniała warzywniak swoim olbrzymim cieniem. Dzięki niedawno zakupionej pile łańcuchowej z OBI robota szła nad wyraz gładko i szybko. Ile to się wcześniej musiałem namachać i napocić zwykłą kabłąkową ręczną piłką, aby obciąć parę gałęzi. Teraz robota zajęła mi parę minut, aby pozbyć się kilku zbędnych konarów, a później parenaście następnych, aby pociąć na krótkie kawałki. Jak przeschną, to będzie czym palić w kominku! Zmęczony i głodny po całym dniu wszedłem do domku, a tu na termometrze niecałe 10 stopni. I to tylko dlatego, że zostawiłem złączone konwektory, bo gdyby nie one, to zapewne byłoby jeszcze zimniej, pewnie gdzieś około 6 stopni. Rozpaliłem więc czym prędzej w piecu, a że w lodówce tylko chłodne powietrze znalazłem, jedyne co mogłem zrobić ciepłego do jedzenia, to pieczone w ogniu ziemniaki. Warto było poczekać, grzejąc nogi przed gorącą szybą, aby po kilkudziesięciu minutach zjeść kilka rumianych kartofelków. Szkoda tylko, że z samą solą. Masełka niestety nic w lodówce nie zostało.



Jak zawsze żal było opuszczać mój wiejski domek, ale w tym drugim (a raczej pierwszym) miastowym, czekała moja kochana drużyna. Musiałem więc wracać, tym bardziej, że w niedzielę mikołajki i dziatwa wygląda Świętego i prezentów.
W sobotę tak czekali, tak czekali, aż się nie mogli doczekać. W oczekiwaniu na obiad, aby bardzo się nie nudzili, wypuściłem ich na osiedlowy plac zabaw. Przed wyjściem ostrzegałem: "Chłopaki, tylko bez głupich zabaw i wracajcie za godzinę!"
I wrócili... Ba! Nawet po 50 minutach i mówią od progu: "Tata! Ale była ekstra zabawa! Ignaś był królem ziemi! Tylko mu się trochę buty pobrudziły..." Przypomniałem sobie wtedy, że przed blokiem remontują chodniki - jest pełno piachu, zaprawy cementowej, gruzu, porozjeżdżanej ziemi...
Jak wyszedłem z kuchni, z rękami w cieście na pizzę i zobaczyłem ich w progu, dopiero co przed południem posprzątanego mieszkania, to przysiadłem z wrażenia.Tosia, która otworzyła im drzwi jęknęła tylko: "O, Boże!"
A  ja jedyne co mogłem zrobić, to krzyknąć: "Stójcie i czekajcie przed drzwiami!" 
Opanowując nerwy przypomniałem sobie, że "szczęśliwe dzieci, to brudne dzieci"!
Jakoś doprowadziliśmy z powrotem do ładu klatkę schodową i mieszkanie (z dużą pomocą skruszonych winowajców), nastawiliśmy pralkę z całym kompletem ubrań nygusów, wpierw wytrząsnowszy z kieszeni i zakamarków może z pół kilo piachu!
Na koniec próbowałem z wannie doprowadzić do stanu używalności traperki Ignasia, ze dwa miesiące temu kupione w Lidlu. Niestety nie dało się!
Nie wiem co ten Król Ziemi robił i gdzie wchodził, ale ilość piachu jaką miał wewnątrz butów, nie dała się wytrzepać! Po prostu poszły do kosza!
Jednakże mimo takich wybryków, człowiek i tak kocha tych swoich urwisów! Wieczorem, kiedy do domu dotarła zmęczona żona, zaraz za nią przybył Mikołaj. Wlazł przez otwarte okno. Zostawił siatkę z prezentami i list. I nawet rózgi nie przyniósł...