piątek, 25 marca 2016

Metamorfoza tarasowa

Z nową wiosną i z nowym sezonem postanowiliśmy zrobić porządek przed naszym domkiem.
Teren przed południową ścianą domu często wykorzystywaliśmy na "wiosenno-letnie" plażowanie.
Miło tam poleżeć na leżaczku z twarzą skierowaną ku ciepłym promieniom słonka.
Jednakże ukształtowanie terenu nie pozwalało na komfortowe wypoczywanie. Dodatkowo, w trakcie lata, miejsce to zostawało wydeptane, trawa wypalała się od gorąca, dodatkowo odbijanego od ściany budynku. Unosił się kurz i pył, a kiedy popadało, wnosiło się błotko do mieszkania.
Dlatego też przyszedł czas na "dobrą zmianę".
Pierwsze ładne dni marca spożytkowaliśmy na prace, dzięki którym powstał kamienny tarasik - przedłużenie naszego letniego bytowania na drewnianej werandzie, na której spędzamy w ciepłych okresach najwięcej czasu.
W pracach pomógł Pan Przemek z Szydłowca z firmy Kambud. Nad całością czuwał jak zawsze Mój Prywatny Kierownik Budowy, czyli Tatko Stach. Dzięki niemu każda praca przebiega z zachowaniem ładu, porządku, a teren budowy od razu nabiera wykończenia, dzięki plantowaniu, grabieniu, usuwaniu odpadów. Dzięki temu, że główne prace zostały skończone tak szybko (rozpoczęliśmy 14. marca - a skończyliśmy w środę 23-go), to jest szansa, że za kilka tygodni pojawi się świeża trawka (już posiana) i będzie można działać nad dalszą estetyką i cieszyć się z efektów pracy i pomysłu.


Tak było w zeszłym roku. Klapki pod nóżkami Żonki, żeby trawka ani piasek nie kłuł. Mimo zraszania widać, jak słonko wypalało murawę.
Teraz kilka ujęć z przebudowy:
Najpierw wytyczenie, usuniecie murawy i wstępne wyplantowanie terenu...,

następnie nawiezienie gruzu i utwardzenie zagęszczarką.


Lekkie zbrojenie pod murki oporowe.


Zasypane mokrym betonem i ubite.


Nad wszystkim czuwał Kierownik Stach. 



Kiedy powstały murki oporowe, można było rozpocząć układanie posadzki z otoczaków z ciętych płyt piaskowca na podsypce piaskowo-cementowej.


Prawie gotowe... Wieczorny odpoczynek, jeszcze może jeden dzień...


Dopasujemy schodki, pograbimy, udepczemy, umyjemy i ... tadam...! Gotowe!
A trzy kamienie ułozone jako schodki, to "zabytkowe" kamienie z rozbiórki chaty po pradziadkach!
Można teraz siać trawkę i rozpoczynać Święta Wielkanocne!
Dla wszystkich przesyłam wiosenne pozdrowienia i świąteczne życzenia!
Kordian









piątek, 15 stycznia 2016

Zimowo - lodowiskowo

Zimowo się zrobiło...
Te parę dni mrozów po Świętach zamieniło staw koło młyna w bezpieczne lodowisko.
Pokrywa lodowa sięgała gdzieś około 20 cm.
Miło było pobawić się na dworze, poślizgać, zmarznąć, przemoczyć spodnie i rękawiczki, a później jeszcze fajniejsze było grzanie i suszenie przy ogniu (szczególnie dla mnie).






sobota, 26 grudnia 2015

Świąteczne ciepło domowego ogniska

Kolejne Święta w naszym życiu.
Cieszymy się, że jesteśmy razem.
Że w odróżnieniu od innych dane nam jest wspólnie pokonywać trudy codziennego bycia.
Wiele osób nie docenia tego. Tego, że rodzina to siła! Na dobre i złe. Przyjaźń z więzów krwi.
Wiele teraz małżeństw rozstaje się. Jedne po krótkiej chwili wzajemnej znajomości, a inne po wielu latach spędzonych wspólnie. Ważniejsze okazują się: kariera, dostatek, pieniądze, wygoda.
A my? Trwamy! Mimo tego, że czasami łatwo nie jest. Codzienność jest jednakowa, prędka i zwyczajna... Praca, szkoła, przedszkole, zajęcia dodatkowe, zakupy, przygotowywanie posiłków... Choroby, infekcje, alergie...
Na szczęście  mamy azyl, miejsce gdzie możemy wpaść choć na chwilę. To nasza chatka! Tu świat ma inny koloryt i urok. Inny niż codzienność! Niecodzienny! Bajkowy!

niedziela, 6 grudnia 2015

Jesienna wiosna czy wiosenna jesień i Król Ziemi...

Udało się. W piątek wpadłem na wieś.
Prosto ze stolicy wracając z delegacji rozpędzony minąłem Radom, zahaczyłem  o Szydłowiec, by przed zachodem Słońca otworzyć bramę od działki.
Pusto tam teraz i smutno... Babcia w mieście dochodzi do zdrowia, a stęskniony Tofik wygląda w stronę bramy, że może zaraz pojawi się  przy furtce... Już jej nie widział ponad dwa tygodnie.


Na podwórku nie wiadomo do końca czy to późna jesień, czy może już wiosna. Moja drewniana droga zakwitła: pojawiło się żółte słoneczko, a na trawie rozbieliły się stokrotki. Nawet chryzantemy całkiem nie zmarzły podczas przymrozków i zdobią jeszcze poszarzały ogródek. Berberysy jeszcze nie oskubane przez ptaki, czerwienią się na tle zieleni w promieniach zachodzącego słońca.






Korzystając ze sposobności, że przyjechałem dosyć wcześnie i do zmroku miałem jeszcze jakieś półtorej godziny, zabrałem się za dalsze przycinanie starej, chyba "pradziadkowej", jabłoni, która latem bardzo skutecznie zasłaniała warzywniak swoim olbrzymim cieniem. Dzięki niedawno zakupionej pile łańcuchowej z OBI robota szła nad wyraz gładko i szybko. Ile to się wcześniej musiałem namachać i napocić zwykłą kabłąkową ręczną piłką, aby obciąć parę gałęzi. Teraz robota zajęła mi parę minut, aby pozbyć się kilku zbędnych konarów, a później parenaście następnych, aby pociąć na krótkie kawałki. Jak przeschną, to będzie czym palić w kominku! Zmęczony i głodny po całym dniu wszedłem do domku, a tu na termometrze niecałe 10 stopni. I to tylko dlatego, że zostawiłem złączone konwektory, bo gdyby nie one, to zapewne byłoby jeszcze zimniej, pewnie gdzieś około 6 stopni. Rozpaliłem więc czym prędzej w piecu, a że w lodówce tylko chłodne powietrze znalazłem, jedyne co mogłem zrobić ciepłego do jedzenia, to pieczone w ogniu ziemniaki. Warto było poczekać, grzejąc nogi przed gorącą szybą, aby po kilkudziesięciu minutach zjeść kilka rumianych kartofelków. Szkoda tylko, że z samą solą. Masełka niestety nic w lodówce nie zostało.



Jak zawsze żal było opuszczać mój wiejski domek, ale w tym drugim (a raczej pierwszym) miastowym, czekała moja kochana drużyna. Musiałem więc wracać, tym bardziej, że w niedzielę mikołajki i dziatwa wygląda Świętego i prezentów.
W sobotę tak czekali, tak czekali, aż się nie mogli doczekać. W oczekiwaniu na obiad, aby bardzo się nie nudzili, wypuściłem ich na osiedlowy plac zabaw. Przed wyjściem ostrzegałem: "Chłopaki, tylko bez głupich zabaw i wracajcie za godzinę!"
I wrócili... Ba! Nawet po 50 minutach i mówią od progu: "Tata! Ale była ekstra zabawa! Ignaś był królem ziemi! Tylko mu się trochę buty pobrudziły..." Przypomniałem sobie wtedy, że przed blokiem remontują chodniki - jest pełno piachu, zaprawy cementowej, gruzu, porozjeżdżanej ziemi...
Jak wyszedłem z kuchni, z rękami w cieście na pizzę i zobaczyłem ich w progu, dopiero co przed południem posprzątanego mieszkania, to przysiadłem z wrażenia.Tosia, która otworzyła im drzwi jęknęła tylko: "O, Boże!"
A  ja jedyne co mogłem zrobić, to krzyknąć: "Stójcie i czekajcie przed drzwiami!" 
Opanowując nerwy przypomniałem sobie, że "szczęśliwe dzieci, to brudne dzieci"!
Jakoś doprowadziliśmy z powrotem do ładu klatkę schodową i mieszkanie (z dużą pomocą skruszonych winowajców), nastawiliśmy pralkę z całym kompletem ubrań nygusów, wpierw wytrząsnowszy z kieszeni i zakamarków może z pół kilo piachu!
Na koniec próbowałem z wannie doprowadzić do stanu używalności traperki Ignasia, ze dwa miesiące temu kupione w Lidlu. Niestety nie dało się!
Nie wiem co ten Król Ziemi robił i gdzie wchodził, ale ilość piachu jaką miał wewnątrz butów, nie dała się wytrzepać! Po prostu poszły do kosza!
Jednakże mimo takich wybryków, człowiek i tak kocha tych swoich urwisów! Wieczorem, kiedy do domu dotarła zmęczona żona, zaraz za nią przybył Mikołaj. Wlazł przez otwarte okno. Zostawił siatkę z prezentami i list. I nawet rózgi nie przyniósł...


czwartek, 12 listopada 2015

Kto ty jesteś? Polak mały! Jaki znak twój?...

Moje ORŁY Białe...



Moi kochani, mali patrioci na obchodach Święta Niepodległości.
Przemarsz od katedry, przez Park Kościuszki, Żeromskiego, Rwańską i do Rynku pod Pomnik Czynu Legionowego.
Dostojnie, spokojnie i uroczyście!

wtorek, 27 października 2015

Piękna jesień

Złota polska jesień jest w pełnej krasie. Kiedy świeci słońce na świecie jest pięknie. Aż żal nie poobcować z przyrodą. Żeby nie przegapić tych ulotnych chwil, wybraliśmy się w niedzielne przedpołudnie do lasu - na skraj Puszczy Kozienieckiej w podradomskim Kozłowie. Podczas spaceru rozglądaliśmy się uważnie i znaleźliśmy wspólnie 23 podgrzybki. Filipek znalazł pierwszego.

niedziela, 4 października 2015

Orzechobranie i grzybobranie

Jesień jest piękna tego roku i nie chce odstępować od lata. Pierwszy przymrozek był dopiero 2 dni temu. Sucho dalej, jak przez wakacje. Grzybów w lasach jak na lekarstwo. Wpisy znajomych na Facebooku, czy innych blogach, obrazują obrazki lasu, bo koszyków nie ma co pokazywać, bo świecą pustką. A u nas niespodzianka - pod samym tarasem kolonia kilku koźlarzy babka. Słabo tylko rosną. Nie zrywaliśmy ich. Zobaczymy po kilku dniach, jak się zmienią. 

Oprócz niespodzianki w postaci grzybów, po przyjeździe na działkę, czekała na nas jeszcze jedna. A w zasadzie to para. Wiewiórki, jak Chip i Dale, bawiły się z nami w ciuciubabkę i podprowadzały  nam orzechy. Musieliśmy ścigać się z nimi, aby dla nas też coś zostało. A że i tak drzewo rozrosło się i zacieniło cały ogródek, to postanowiliśmy je trochę "ogolić"... Tym sposobem nazbieraliśmy 3 wiadra orzechów - będzie co skubać przez zimę...

Oprócz orzechów zebrałem ostatnie kwiaty ogródkowe tej jesieni dla mojej Żony...

poniedziałek, 21 września 2015

Wakacyjny wypad w Bieszczady

Lata minęło już bezpowrotnie. Po niedawnych upałach i temperaturach tropikalnych zostały wspomnienia. Teraz, kiedy wrześniowy chłód i deszcz przyprawia nas o pierwsze w tym sezonie katary, pora przypomnieć sobie minione chwile z wakacyjnego wyjazdu całej naszej pięcioosobowej brygady w Bieszczady.

Pod Otryt do domku leśniczego dotarliśmy o zmierzchu 13 lipca. Jednak odległość ponad 350 kilometrów, 4 rowery na dachu, troje dzieci, sporo fotoradarów, i kilkadziesiąt kilometrów bieszczadzkich dróg na finiszu zrobiła swoje – prawie 8 godzin w podróży, dotarcie na miejsce po zachodzie słońca, więc sił starczyło na rozpakowanie bagaży.

Ten poniedziałek był akurat chłodny i wilgotny, dlatego w domku panował taki sam klimat, który wraz z żoną i dziećmi, nakłonił mnie do zmiany temperatury przez rozpalenia ognia w kozie. Pani Basia, żona leśniczego, zawczasu przygotowała dla nas drewno w koszyku, dlatego szybko w chatce zrobiło się ciepło, a nawet gorąco. Jednak koza oddaje ciepło całą sobą, a ja wrzuciłem parę polan, jak w swoim wiejskim kominku. Efekt był taki, że zasypiać musieliśmy przy otwartych na oścież oknach, raz po raz wyganiając wpakowujące się do wnętrza ćmy i inne owady.

Nazajutrz wstaliśmy wypoczęci i w dobrym nastroju, pełni werwy i ochoty do zdobywania bieszczadzkich szczytów. Po zjedzeniu śniadanka, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy przez Dwernik i Nasiczne do przełęczy pomiędzy połoninami Caryńską i Wetlińską w Berehach Górnych. Tam na parkingu przy wiacie Bieszczadzkiego Parku Narodowego zostawiliśmy auto, wykorzystując dobrodziejstwa i przywileje jakie niesie za sobą bycie rodziną 2+3, czyli będąc posiadaczem „Karty Dużej Rodziny”, nie płacąc za wstęp na teren parku, a jedynie ponosząc opłatę za pozostawienia samochodu i ruszyliśmy czerwonym szlakiem w górę w kierunku górskich łąk, gdzie stoi najwyżej położone bieszczadzkie schronisko, czyli okryta legendą „Chatka Puchatka”.

Schronisko bardzo ascetyczne, warunki spartańskie, niecenzuralne napisy wyryte na stołach. Położone niebiańsko malowniczo, widoki, jakie ukazują się stamtąd oczom, cieszą duszę, na zdjęciach, pocztówkach, wygląda bajecznie… Niestety przy bliższym spotkaniu, miano kultowego schroniska ulega zmianie raczej na „schron”. Po powrocie przeczytałem w sieci, że obiekt ten został przejęty przez dyrekcję Bieszczadzkiego Parku Narodowego od PTTKu, po wieloletnich procesach, postępowaniach komorniczych, itp. Może coś się zmieni, może pozyskają fundusze unijne (jak w przypadku zaplecza sanitarnego u wejścia na bieszczadzkie szlaki – gdzie powstały cywilizowane, aczkolwiek znakomicie wkomponowane w otoczenie, toalety, prysznice) i może ten ważny punkt wypraw zmieni się trochę, nie tracąc wiele na swojej tradycji i legendzie. Po dotarciu do owej „Chatki” byłem dumny ze swojej drużyny, a najbardziej z Tosieńki, która mimo swojej skłonności do jęczenia, marudzenia i symulowania zmęczenia, szła samodzielnie, dzielnie znosząc trudy wspinaczki.

Chłopcy również radowali moje serce, kiedy bez najmniejszych oznak zmęczenia, w odróżnieniu ode mnie zalewanego masą strug potu zalewającego i szczypiącego oczy i moczącego plecy, koszulę i plecak, wbiegali na kolejne wzniesienia, przekomarzając się przy tym uparcie, który z nich ma być na przedzie i prowadzić naszą mała grupkę. Kiedy byliśmy na górze zmieniła się pogoda, nadeszły gęste chmury, na odkrytej przestrzeni wiał mocny wiatr, zmuszając nas do przywdziania peleryn. Baliśmy się, aby nie złapała nas groźna burza. Żółtym szlakiem udaliśmy się w dół, w kierunku Przełęczy Wyżnej. Po zejściu do parkingu przy obwodnicy bieszczadzkiej, za dzielny masz, w budce strażnika BdPN Filipkowi i Ignasiowi kupiliśmy po fajnym T-shirt’cie. Od tego czasu prawie nie zdejmowali tych koszulek opisujących ich jako „dzikich bieszczadników”. Ja natomiast dostałem taką z głową wyjącego wilka i odciskiem jego łap na plecach – też fajną.

Po zejściu ze szlaków posililiśmy się w "Starym Siole" - uroczej restauracji w Wetlinie. Polecamy miejsce ze względu na swoją atmosferę, pyszną kuchnię i niewygórowane ceny.

Kolejnego dnia pobytu postanowiliśmy spotkać się z osławioną atrakcją bieszczadzką – kolejką wąskotorową w Majdanie koło Cisnej. Przeczytaliśmy w Internecie (mimo słabego sygnału w komórce), że przejazdy organizowane są dwa razy dziennie: o 10:00 na trasie Majdan-Przysłup-Majdan oraz o 13:00 do Balnicy przy słowackiej granicy i z powrotem.

Próbowaliśmy dotrzeć na stację tak, aby zdążyć na pierwszy pociąg. Byliśmy na miejscu o 9:50, jednakże nie załapaliśmy się na zaplanowany kurs, gdyż wszystkie bilety już zostały wyprzedane. Nie pozostało nam nic innego, jak kupić bilety i poczekać do godziny 13tej na następną trasę w przeciwnym kierunku. Z racji, że mieliśmy te kilka godzin zapasu, postanowiliśmy dokładnie pooglądać skansen starej kolejki – stację, przeróżne rodzaje wagoników, parowozów i lokomotyw, zwrotnic, oznaczeń kolejowych. Później podjechaliśmy do Cisnej, poszwędać się pomiędzy straganami i knajpkami. Kupiliśmy i wysłaliśmy tradycyjne kartki do naszych przyjaciół i znajomych. Podczas wybierania pocztówek, na jednej z nich usiadła sobie pszczółka, a Tosia mądrze postanowiła ją zgonić. Nie trudno przewidzieć, czym to się skończyło. Oczywiście wieeelkim krzykiem i żądłem w palcu. Na szczęście zawsze pod ręką mamy pomoc medyczną w postaci mojej Iwonki, która w pobliskim ośrodku zdrowia zorganizowała igłę do strzykawki i przy głośnym „śpiewie” Tosi, wyjęła drażniące żądełko. Kiedy wsiadaliśmy do ciuchci po bólu nie było śladu. Za namową Filipka zajęliśmy miejsca w pierwszym wagoniku, tuż za lokomotywą. Skutek był taki, że dokładnie czuliśmy zapach spalin, wysilającej się przy podjazdach ciuchci oraz, ze względu na jej spore gabaryty, mieliśmy ograniczone pole widzenia i podziwiania widoków na trasie przejazdu. Na szczęście tylko w jedną stronę, bo po przyjeździe do Balnicy lokomotywę przetoczono po bocznym torze i przepięto na drugi koniec składu. Tym sposobem z powrotem jechaliśmy w ostatnim wagoniku i było już dużo przyjemniej. W powrotnej drodze przyjemny powiew chodził nasze głowy rozglądające się po trasie przejazdu. Na zakończenie wyjazdu zahaczyliśmy o leśny zwierzyniec nieopodal Cisnej.

Tam dzieciaki miały frajdę z obcowania ze zwierzętami – głaskali i karmili z ręki daniele, jelenie, kozy, muflony, a miały okazję zobaczyć jeszcze wiele innych stworzeń. Po całym dniu wróciliśmy do Chmiela, gubiąc po drodze na Przełęczy Wyżnej portfel Filipka, dzięki czemu kolejnego dnia  spotkaliśmy się z jego uczciwym znalazcą, przemiłym panem Ramzesem z Gniezna, który szukał mnie przez wszystkie dostępne portale społecznościowe, i z którym umówiliśmy się tuż u wejścia na szlak na Rawki przy drodze do schroniska „Pod Rawkami”.



Ten dzień był upalny, a wejście na Rawki z naszą trójką też nas wszystkich wymęczyło, dlatego kolejnego dnia postanowiliśmy wybrać się w bardziej rekreacyjne i leniwe obszary bieszczadzkie, mianowicie nad zbiornik soliński i na zaporę. Jej ogrom zawsze robi na mnie wrażanie, tym bardziej wiedziałem, że dzieciom również się spodoba.

Tym bardziej, że to nie tylko tama, ale także stragany, pamiątki, ryby wielkości człowieka pod zaporą, helikoptery parkujące pod elektrownią, największy ekologiczny mural w Polsce na betonowym płaszczu zapory… Po zobaczeniu tego wszystkiego posiedzieliśmy, poopalaliśmy, popluskaliśmy i porzucaliśmy „kaczki” nad jeziorem z przyjemnie chłodzącą wodą. Ignaś kolejny raz zadziwiał nas bawiąc się zapamiętale, kiedy znalazł w wodzie starą sznurówkę. Przywiązał do niej spory kamień i udawał, że to jego piesek. Czego on tam z nim nie robił? Ciągnął, kąpał, głaskał, obracał… Jak to czasami niewiele potrzeba do zabawy i do szczęścia! Może posiedzielibyśmy tam i dłużej, ale znad południowych wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, a powietrze robiło się coraz gęstsze i cięższe.

Burza wisiała na włosku, a my auto zostawiliśmy po drugiej stronie zbiornika w Solinie. Kiedy zebraliśmy się z plaży, poszliśmy na obiad, mając nadzieję, że popada jak będziemy pod dachem w restauracji. Niestety, upał tylko się spotęgował. Najedzeni ruszyliśmy z powrotem, lecz kiedy tylko weszliśmy na zaporę zaczęły padać pierwsze, wielkie krople deszczu. Z początku nieśmiałe, powolne, w sporej odległości od siebie. Przyśpieszyliśmy więc kroku, jednakże zapory solińskej, która ma ponad 600 m długości, nie da się przebiec błyskawicznie. Ta nieświadomość wówczas długości okazała się dla nas zgubna. Po przejściu ok. jednej trzeciej długości tamy deszcz siekł równo, a kropelki miały rozmiar pięciozłotówki. Rozpoczęliśmy bieg, trzymając za rączki nasze urwisy, chcieliśmy schronić się w otwartych pomieszczeniach na szczycie korony. Kiedy do nich dotarliśmy, okazało się, że już są pełne takich samych turystów jak my i nie ma nawet, gdzie palca wetknąć. Próbując przytulając się do ścian schronić pod okapem dachu, usłyszeliśmy nagle wycie syren, a za chwilę przez megafon rozległ się głos, który nakazywał natychmiastowe opuszczenie zapory, ze względu na zagrożenie piorunami. Nie pozostało nam nic innego, tylko znów złapać się za ręce i wskoczyć w lejący z nieba potok, i biec z kierunku bramy, za którą zaczynały się gęsto stojące budki z pamiątkami i małą gastronomią. Po przebiegnięciu truchtem kolejnych 300 metrów byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Na szczęście w plecaku mieliśmy suche koszulki, a spodnie i buty szybko przeschły, bo temperatura utrzymywała się dalej tropikalna, prawie taka sama, jak przed burzą. Korzystając z charakteru uroku miejsca, wydaliśmy trochę grosza przy straganach na pamiątki i drobnostki. Chłopcy kupili sobie upragnione scyzoryki, ale nie takie zwykłe noże, tylko funkcjonalne przyborniki harcerskie z łyżką i widelcem oraz jeszcze paroma funkcjami. Od tego czasu mieli je przytroczone do pasków i wszystko już nimi jedli – pierogi w restauracji, jajecznicę w schronisku.

My z żoną, tradycyjnie już, wróciliśmy z dwoma kolejnymi, ręcznie malowanymi filiżankami do kawy z motywem bieszczadzkim. Miło będzie popijać w domku kawę, wspominając kolejną wyprawę w ukochane góry.
Piątego dnia pobytu znowu wybraliśmy się w dziki Bieszczad. Tym razem chcieliśmy dzieciom pokazać malowniczą przełęcz na Przysłopie Caryńskim i znajdujące się tam schronisko Koliba. My bywaliśmy tam parokrotnie, podczas naszych wcześniejszych wędrówek i bardzo lubiliśmy urok tego miejsca. Jednakże my znaliśmy Kolibę inną, starą, małą. Ostatnio byliśmy w niej z małym rocznym Filipkiem w 2007 roku.

Ale tamtej chaty już nie ma. Od paru lat funkcjonuje w nowej, większej, a nawet dużo większej formie. Zdziwiła mnie natomiast pustka i cisza jaką zastaliśmy. Oprócz nas nie było na początku nikogo. Po dłuższym czasie zeszły dwie panie pomieszkujące w budynku, a po chwili przysiadł się jeden chłopak schodzący z Połoniny Caryńskiej, aby napić się trochę wody i zjeść kanapkę (okazało się w niedzielę, że to młody ksiądz, który w Chmielu z grupką oazowiczów spędzał wakacje). I nikogo więcej – w środku pięknego lata, na jednym z najgłówniejszych szlaków bieszczadzkich, w jednym z uroczych schronisk, z jednym z najbardziej malowniczych widoków na roztaczające się panoramy gór. Stwierdziłem wtedy, że jednak zmienił się sposób odpoczywania i spędzania wolnego czasu przez Polaków – szukają wygód, nowoczesnych atrakcji, czegoś „nowego”, „innego”… Z jednej strony to dobrze, bo przyroda skorzysta, odżyje, na nowo zdziczeje, odrodzi się. Ale z drugiej to jakoś tak dziwnie, że coraz mniej jest ludzi, którzy chcą z nią obcować, cieszyć się nią, odkrywać i poznawać…

Mnie się udało poobcować bardziej namacalnie, bo zbiegając samotnie do parkingu w Bereżkach, spotkałem pięknego, wielkiego jelenia, który podszedł do wodopoju. Kiedy mnie usłyszał czmychnął momentalnie w zarośla, a ja mogłem jedynie popatrzeć sobie na jego tropy, ładnie odciśnięte w miękkiej ściółce. Po dotarciu do auta, objechałem dookoła i przez Dwernik, starą malowniczą drożyną, udałem się przez kultowe Caryńskie (nieistniejącą już, a niegdyś tętniącą życiem wieś) w stronę Koliby, skąd schodzili Iwonka z dziećmi.

Spotkaliśmy się prawie przy tablicy upamiętniającej i opisującej tą starą miejscowość. Pokusiliśmy się również o odwiedzenie ukrytego nieco z boku w zaroślach cerkwiska i starego cmentarza, na którym mieliśmy kiedyś z żoną magiczną przygodę. Dla chłopców było to ogromne przeżycie, kiedy nagle za potokiem, po przedarciu się przez olbrzymie chaszcze, ich oczom okazało się stare ogrodzenie, a za nim masywne stare modrzewie, jesiony i świerki, a w śród których stał krzyż, a obok kilka kamiennych nagrobków i fragment cerkiewnej ściany.



Ta wyprawa była kulminacją naszego wyjazdu. Następnego dnia udaliśmy się poplażować trochę w Polańczyku. Mile spędziliśmy gorący dzień na aktywnym odpoczywaniu nad wodą. Nie leżeliśmy plackiem tylko pedałowaliśmy parę godzin po jeziorze na rowerze wodnym. Dla dzieciaków kreatywnym okazał się również sam brzeg wody, a zwłaszcza jego gliniaste podłoże. Taplali się w tej glinie, wymyślając różnego rodzaju wyroby. Wyobraźnia podsuwała im pączki, granaty, buławy z wyłowionych kiji i wodorostów. Czego to małe, mądre główki nie wymyślą? W powrotnej drodze do Chmiela mieliśmy też  małą przygodę. Z racji, że jechaliśmy po zmroku, okrężną drogą, tak aby nacieszyć oczy urokiem wysokich gór, w okolicy wsi Nasiczne zatrzymał nas do kontroli patrol straży granicznej. Wojskowi, kiedy zobaczyli troje śpiących w fotelikach dzieci, rozpytywali skąd i dokąd jedziemy, dokładnie sprawdzili wszystkie dokumenty, a nawet wrzucali coś na komputer. Wówczas to jeden z funkcjonariuszy wyjaśnił mi obecność bojowych helikopterów, które widzieliśmy dwukrotnie parę dni wcześniej pod Rawkami i nad Kolibą. To wojsko odbywało szkolenie ganiając się po lasach i uprawiając survival.
Nastał ostatni dzień naszego pobytu i pora wracać do Radomia. W powrotnej drodze zawitaliśmy do Sanoka, gdzie chcieliśmy zwiedzić słynny skansen z charakterystycznym „rynkiem galicyjskim”.


Interaktywny charakter miejsca sprawił, że spędziliśmy tam większość dnia i byliśmy prawie do zamknięcia muzeum. Przeróżne warsztaty rzemieślnicze, sklepy i urzędy zaprezentowały stare zawody i zajęcia. Szczególnie podobała się nam poczta, apteka, zakład fotograficzny, produkcja witraży i biżuterii, skąd żona dostała stylowy, ręcznie robiony, gięty, zielony wazon na kwiaty. Zwiedziliśmy także cały teren muzeum, wszystkie chaty, cerkwie, młyny, dworki i osobliwość tamtego miejsca – ekspozycję poświęconą przemysłowi naftowemu, który miał swoją kolebkę na polskim Podkarpaciu. W pamięci zostały wieże wiertnicze, kiwaki i pojemniki na paliwo.

Do Radomia wróciliśmy grubo po północy zmęczeni, ale szczęśliwi. Teraz mamy co pamiętać, wspominać i możemy oglądając zdjęcia, planować następne wakacje, wyjazdy i powroty w Bieszczady.