piątek, 25 marca 2016
Metamorfoza tarasowa
piątek, 15 stycznia 2016
Zimowo - lodowiskowo
sobota, 26 grudnia 2015
Świąteczne ciepło domowego ogniska
Kolejne Święta w naszym życiu.
Cieszymy się, że jesteśmy razem.
Że w odróżnieniu od innych dane nam jest wspólnie pokonywać trudy codziennego bycia.
Wiele osób nie docenia tego. Tego, że rodzina to siła! Na dobre i złe. Przyjaźń z więzów krwi.
Wiele teraz małżeństw rozstaje się. Jedne po krótkiej chwili wzajemnej znajomości, a inne po wielu latach spędzonych wspólnie. Ważniejsze okazują się: kariera, dostatek, pieniądze, wygoda.
A my? Trwamy! Mimo tego, że czasami łatwo nie jest. Codzienność jest jednakowa, prędka i zwyczajna... Praca, szkoła, przedszkole, zajęcia dodatkowe, zakupy, przygotowywanie posiłków... Choroby, infekcje, alergie...
Na szczęście mamy azyl, miejsce gdzie możemy wpaść choć na chwilę. To nasza chatka! Tu świat ma inny koloryt i urok. Inny niż codzienność! Niecodzienny! Bajkowy!
niedziela, 6 grudnia 2015
Jesienna wiosna czy wiosenna jesień i Król Ziemi...
Pusto tam teraz i smutno... Babcia w mieście dochodzi do zdrowia, a stęskniony Tofik wygląda w stronę bramy, że może zaraz pojawi się przy furtce... Już jej nie widział ponad dwa tygodnie.
Na podwórku nie wiadomo do końca czy to późna jesień, czy może już wiosna. Moja drewniana droga zakwitła: pojawiło się żółte słoneczko, a na trawie rozbieliły się stokrotki. Nawet chryzantemy całkiem nie zmarzły podczas przymrozków i zdobią jeszcze poszarzały ogródek. Berberysy jeszcze nie oskubane przez ptaki, czerwienią się na tle zieleni w promieniach zachodzącego słońca.
czwartek, 12 listopada 2015
Kto ty jesteś? Polak mały! Jaki znak twój?...
wtorek, 27 października 2015
Piękna jesień
Złota polska jesień jest w pełnej krasie. Kiedy świeci słońce na świecie jest pięknie. Aż żal nie poobcować z przyrodą. Żeby nie przegapić tych ulotnych chwil, wybraliśmy się w niedzielne przedpołudnie do lasu - na skraj Puszczy Kozienieckiej w podradomskim Kozłowie. Podczas spaceru rozglądaliśmy się uważnie i znaleźliśmy wspólnie 23 podgrzybki. Filipek znalazł pierwszego.
niedziela, 4 października 2015
Orzechobranie i grzybobranie
poniedziałek, 21 września 2015
Wakacyjny wypad w Bieszczady
Ten poniedziałek był akurat chłodny i wilgotny, dlatego w domku panował taki sam klimat, który wraz z żoną i dziećmi, nakłonił mnie do zmiany temperatury przez rozpalenia ognia w kozie. Pani Basia, żona leśniczego, zawczasu przygotowała dla nas drewno w koszyku, dlatego szybko w chatce zrobiło się ciepło, a nawet gorąco. Jednak koza oddaje ciepło całą sobą, a ja wrzuciłem parę polan, jak w swoim wiejskim kominku. Efekt był taki, że zasypiać musieliśmy przy otwartych na oścież oknach, raz po raz wyganiając wpakowujące się do wnętrza ćmy i inne owady.
Schronisko bardzo ascetyczne, warunki spartańskie, niecenzuralne napisy wyryte na stołach. Położone niebiańsko malowniczo, widoki, jakie ukazują się stamtąd oczom, cieszą duszę, na zdjęciach, pocztówkach, wygląda bajecznie… Niestety przy bliższym spotkaniu, miano kultowego schroniska ulega zmianie raczej na „schron”. Po powrocie przeczytałem w sieci, że obiekt ten został przejęty przez dyrekcję Bieszczadzkiego Parku Narodowego od PTTKu, po wieloletnich procesach, postępowaniach komorniczych, itp. Może coś się zmieni, może pozyskają fundusze unijne (jak w przypadku zaplecza sanitarnego u wejścia na bieszczadzkie szlaki – gdzie powstały cywilizowane, aczkolwiek znakomicie wkomponowane w otoczenie, toalety, prysznice) i może ten ważny punkt wypraw zmieni się trochę, nie tracąc wiele na swojej tradycji i legendzie. Po dotarciu do owej „Chatki” byłem dumny ze swojej drużyny, a najbardziej z Tosieńki, która mimo swojej skłonności do jęczenia, marudzenia i symulowania zmęczenia, szła samodzielnie, dzielnie znosząc trudy wspinaczki.
Chłopcy również radowali moje serce, kiedy bez najmniejszych oznak zmęczenia, w odróżnieniu ode mnie zalewanego masą strug potu zalewającego i szczypiącego oczy i moczącego plecy, koszulę i plecak, wbiegali na kolejne wzniesienia, przekomarzając się przy tym uparcie, który z nich ma być na przedzie i prowadzić naszą mała grupkę. Kiedy byliśmy na górze zmieniła się pogoda, nadeszły gęste chmury, na odkrytej przestrzeni wiał mocny wiatr, zmuszając nas do przywdziania peleryn. Baliśmy się, aby nie złapała nas groźna burza. Żółtym szlakiem udaliśmy się w dół, w kierunku Przełęczy Wyżnej. Po zejściu do parkingu przy obwodnicy bieszczadzkiej, za dzielny masz, w budce strażnika BdPN Filipkowi i Ignasiowi kupiliśmy po fajnym T-shirt’cie. Od tego czasu prawie nie zdejmowali tych koszulek opisujących ich jako „dzikich bieszczadników”. Ja natomiast dostałem taką z głową wyjącego wilka i odciskiem jego łap na plecach – też fajną.
Kolejnego dnia pobytu postanowiliśmy spotkać się z osławioną atrakcją bieszczadzką – kolejką wąskotorową w Majdanie koło Cisnej. Przeczytaliśmy w Internecie (mimo słabego sygnału w komórce), że przejazdy organizowane są dwa razy dziennie: o 10:00 na trasie Majdan-Przysłup-Majdan oraz o 13:00 do Balnicy przy słowackiej granicy i z powrotem.
Próbowaliśmy dotrzeć na stację tak, aby zdążyć na pierwszy pociąg. Byliśmy na miejscu o 9:50, jednakże nie załapaliśmy się na zaplanowany kurs, gdyż wszystkie bilety już zostały wyprzedane. Nie pozostało nam nic innego, jak kupić bilety i poczekać do godziny 13tej na następną trasę w przeciwnym kierunku. Z racji, że mieliśmy te kilka godzin zapasu, postanowiliśmy dokładnie pooglądać skansen starej kolejki – stację, przeróżne rodzaje wagoników, parowozów i lokomotyw, zwrotnic, oznaczeń kolejowych. Później podjechaliśmy do Cisnej, poszwędać się pomiędzy straganami i knajpkami. Kupiliśmy i wysłaliśmy tradycyjne kartki do naszych przyjaciół i znajomych. Podczas wybierania pocztówek, na jednej z nich usiadła sobie pszczółka, a Tosia mądrze postanowiła ją zgonić. Nie trudno przewidzieć, czym to się skończyło. Oczywiście wieeelkim krzykiem i żądłem w palcu. Na szczęście zawsze pod ręką mamy pomoc medyczną w postaci mojej Iwonki, która w pobliskim ośrodku zdrowia zorganizowała igłę do strzykawki i przy głośnym „śpiewie” Tosi, wyjęła drażniące żądełko. Kiedy wsiadaliśmy do ciuchci po bólu nie było śladu. Za namową Filipka zajęliśmy miejsca w pierwszym wagoniku, tuż za lokomotywą. Skutek był taki, że dokładnie czuliśmy zapach spalin, wysilającej się przy podjazdach ciuchci oraz, ze względu na jej spore gabaryty, mieliśmy ograniczone pole widzenia i podziwiania widoków na trasie przejazdu. Na szczęście tylko w jedną stronę, bo po przyjeździe do Balnicy lokomotywę przetoczono po bocznym torze i przepięto na drugi koniec składu. Tym sposobem z powrotem jechaliśmy w ostatnim wagoniku i było już dużo przyjemniej. W powrotnej drodze przyjemny powiew chodził nasze głowy rozglądające się po trasie przejazdu. Na zakończenie wyjazdu zahaczyliśmy o leśny zwierzyniec nieopodal Cisnej.
Tam dzieciaki miały frajdę z obcowania ze zwierzętami – głaskali i karmili z ręki daniele, jelenie, kozy, muflony, a miały okazję zobaczyć jeszcze wiele innych stworzeń. Po całym dniu wróciliśmy do Chmiela, gubiąc po drodze na Przełęczy Wyżnej portfel Filipka, dzięki czemu kolejnego dnia spotkaliśmy się z jego uczciwym znalazcą, przemiłym panem Ramzesem z Gniezna, który szukał mnie przez wszystkie dostępne portale społecznościowe, i z którym umówiliśmy się tuż u wejścia na szlak na Rawki przy drodze do schroniska „Pod Rawkami”.
Tym bardziej, że to nie tylko tama, ale także stragany, pamiątki, ryby wielkości człowieka pod zaporą, helikoptery parkujące pod elektrownią, największy ekologiczny mural w Polsce na betonowym płaszczu zapory… Po zobaczeniu tego wszystkiego posiedzieliśmy, poopalaliśmy, popluskaliśmy i porzucaliśmy „kaczki” nad jeziorem z przyjemnie chłodzącą wodą. Ignaś kolejny raz zadziwiał nas bawiąc się zapamiętale, kiedy znalazł w wodzie starą sznurówkę. Przywiązał do niej spory kamień i udawał, że to jego piesek. Czego on tam z nim nie robił? Ciągnął, kąpał, głaskał, obracał… Jak to czasami niewiele potrzeba do zabawy i do szczęścia! Może posiedzielibyśmy tam i dłużej, ale znad południowych wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, a powietrze robiło się coraz gęstsze i cięższe.
Burza wisiała na włosku, a my auto zostawiliśmy po drugiej stronie zbiornika w Solinie. Kiedy zebraliśmy się z plaży, poszliśmy na obiad, mając nadzieję, że popada jak będziemy pod dachem w restauracji. Niestety, upał tylko się spotęgował. Najedzeni ruszyliśmy z powrotem, lecz kiedy tylko weszliśmy na zaporę zaczęły padać pierwsze, wielkie krople deszczu. Z początku nieśmiałe, powolne, w sporej odległości od siebie. Przyśpieszyliśmy więc kroku, jednakże zapory solińskej, która ma ponad
My z żoną, tradycyjnie już, wróciliśmy z dwoma kolejnymi, ręcznie malowanymi filiżankami do kawy z motywem bieszczadzkim. Miło będzie popijać w domku kawę, wspominając kolejną wyprawę w ukochane góry.
Ale tamtej chaty już nie ma. Od paru lat funkcjonuje w nowej, większej, a nawet dużo większej formie. Zdziwiła mnie natomiast pustka i cisza jaką zastaliśmy. Oprócz nas nie było na początku nikogo. Po dłuższym czasie zeszły dwie panie pomieszkujące w budynku, a po chwili przysiadł się jeden chłopak schodzący z Połoniny Caryńskiej, aby napić się trochę wody i zjeść kanapkę (okazało się w niedzielę, że to młody ksiądz, który w Chmielu z grupką oazowiczów spędzał wakacje). I nikogo więcej – w środku pięknego lata, na jednym z najgłówniejszych szlaków bieszczadzkich, w jednym z uroczych schronisk, z jednym z najbardziej malowniczych widoków na roztaczające się panoramy gór. Stwierdziłem wtedy, że jednak zmienił się sposób odpoczywania i spędzania wolnego czasu przez Polaków – szukają wygód, nowoczesnych atrakcji, czegoś „nowego”, „innego”… Z jednej strony to dobrze, bo przyroda skorzysta, odżyje, na nowo zdziczeje, odrodzi się. Ale z drugiej to jakoś tak dziwnie, że coraz mniej jest ludzi, którzy chcą z nią obcować, cieszyć się nią, odkrywać i poznawać…
Mnie się udało poobcować bardziej namacalnie, bo zbiegając samotnie do parkingu w Bereżkach, spotkałem pięknego, wielkiego jelenia, który podszedł do wodopoju. Kiedy mnie usłyszał czmychnął momentalnie w zarośla, a ja mogłem jedynie popatrzeć sobie na jego tropy, ładnie odciśnięte w miękkiej ściółce. Po dotarciu do auta, objechałem dookoła i przez Dwernik, starą malowniczą drożyną, udałem się przez kultowe Caryńskie (nieistniejącą już, a niegdyś tętniącą życiem wieś) w stronę Koliby, skąd schodzili Iwonka z dziećmi.
Spotkaliśmy się prawie przy tablicy upamiętniającej i opisującej tą starą miejscowość. Pokusiliśmy się również o odwiedzenie ukrytego nieco z boku w zaroślach cerkwiska i starego cmentarza, na którym mieliśmy kiedyś z żoną magiczną przygodę. Dla chłopców było to ogromne przeżycie, kiedy nagle za potokiem, po przedarciu się przez olbrzymie chaszcze, ich oczom okazało się stare ogrodzenie, a za nim masywne stare modrzewie, jesiony i świerki, a w śród których stał krzyż, a obok kilka kamiennych nagrobków i fragment cerkiewnej ściany.
Interaktywny charakter miejsca sprawił, że spędziliśmy tam większość dnia i byliśmy prawie do zamknięcia muzeum. Przeróżne warsztaty rzemieślnicze, sklepy i urzędy zaprezentowały stare zawody i zajęcia. Szczególnie podobała się nam poczta, apteka, zakład fotograficzny, produkcja witraży i biżuterii, skąd żona dostała stylowy, ręcznie robiony, gięty, zielony wazon na kwiaty. Zwiedziliśmy także cały teren muzeum, wszystkie chaty, cerkwie, młyny, dworki i osobliwość tamtego miejsca – ekspozycję poświęconą przemysłowi naftowemu, który miał swoją kolebkę na polskim Podkarpaciu. W pamięci zostały wieże wiertnicze, kiwaki i pojemniki na paliwo.








































