W okresie walki z szerzącym się po świecie i Polsce koronawirusem, postanowiłem wykorzystać ten luźniejszy czas na zaplanowanie i zorganizowanie prac na mojej wiosce.
Grunt to mieć zaufaną i dobrą ekipę, która zrobi wszystko tak, jak ustalone, bez konieczności nadzorowania, nerwów i nadmiernych emocji - szczególnie jak nie ma innych, ważniejszych zleceń!
Można powiedzieć, że "zdalnie" (z małymi wyjątkami) nadzoruję zaplanowane i właśnie czynione prace.
Drewutnia doczekała się wylewki. Niedługo będzie pas wyłożony z płaskich piaskowców ciętych, których resztka już parę lat leży złożona pod werandą.
A w następnej kolejności może powstanie szopka na niezbędne narzędzia ogrodnicze.
Tak dobrze idzie chłopakom robota, a mi zarządzanie z daleka, że postanowiłem wykorzystać to, że nie mogą pójść na inne roboty (bo koronawirus!) i zrobią jeszcze utwardzenie pod werandą!
Przy okazji zniknie stamtąd trochę bałaganu, a wyciągnięty materiał może wykorzystam na naprawę podupadłych płotów.
czwartek, 2 kwietnia 2020
czwartek, 20 lutego 2020
Pożegnanie z brzozami...
Kilka lat temu zaczęło się od sosen. Dorodnych, wysokich, wyższych od domu... Miały już ze 20 lat...
Przyszła letnia burza i zwaliła jedną z nich. A tak naprawdę rozpołowiła i złamała jeden z dwóch konarów, który wyrastał z głównego pnia. Na nieszczęście spadła na stronę zewnętrzną, na boczną drogę i orzeczono w najbliższym otoczeniu, że są kruche i stanowią poważne zagrożenie. Zalecenie: wyciąć dla bezpieczeństwa! Cóż było począć? Wycięliśmy! A tak naprawdę to tata załatwił ekipę z koparką i wyrwali z korzeniami. Po paru dniach od akcji, nie było śladu po rosnących 4 drzewach!
Rozpacz nie trwała zbyt długo, bo innych drzew na moich 1200m2 jest jeszcze kilkadziesiąt, a w miejsce tych wyciętych posadziliśmy młode tuje, róże pnące i magnolie.
Upłynęło znów parę latek i przyszła pora na kolejną trudną decyzję: wycinamy z naszego zagajnika wszystkie brzozy. Całe 6 sztuk! Wybujały przez te ćwierć wieku wysoko na kilkanaście metrów, wyżej od innych drzew i budynków. Na dodatek mojemu synkowi zdiagnozowano wysoką alergię na pyłki drzew, w tym głównie brzóz. Decyzja przyszła łatwiej niż poprzednio, jednakże przedsięwzięcie okazało się trudniejsze technicznie do przeprowadzenia. Bliskość budynku, płotów, drogi oraz linii energetycznych spowodowała, że konieczna będzie akcja z użyciem podnośnika koszowego.
U nas na południowomazowieckiej prowincji znaleźć ekipę z podnośnikiem wcale nie było łatwo! To znaczy nie było trudno jej znaleźć, ale trudno było umówić się na termin, bo sprzętu niewiele, a zleceń innych dużo! Umawiałem się z gościem od listopada, aż pod koniec stycznia, dokładnie 23, udało się spotkać i wykonać robotę! Teraz mam o 6 drzew mniej, ale inne mają więcej miejsca i światła do wzrostu. No i trochę opału do kominka będzie!!!
Przyszła letnia burza i zwaliła jedną z nich. A tak naprawdę rozpołowiła i złamała jeden z dwóch konarów, który wyrastał z głównego pnia. Na nieszczęście spadła na stronę zewnętrzną, na boczną drogę i orzeczono w najbliższym otoczeniu, że są kruche i stanowią poważne zagrożenie. Zalecenie: wyciąć dla bezpieczeństwa! Cóż było począć? Wycięliśmy! A tak naprawdę to tata załatwił ekipę z koparką i wyrwali z korzeniami. Po paru dniach od akcji, nie było śladu po rosnących 4 drzewach!
Rozpacz nie trwała zbyt długo, bo innych drzew na moich 1200m2 jest jeszcze kilkadziesiąt, a w miejsce tych wyciętych posadziliśmy młode tuje, róże pnące i magnolie.
Upłynęło znów parę latek i przyszła pora na kolejną trudną decyzję: wycinamy z naszego zagajnika wszystkie brzozy. Całe 6 sztuk! Wybujały przez te ćwierć wieku wysoko na kilkanaście metrów, wyżej od innych drzew i budynków. Na dodatek mojemu synkowi zdiagnozowano wysoką alergię na pyłki drzew, w tym głównie brzóz. Decyzja przyszła łatwiej niż poprzednio, jednakże przedsięwzięcie okazało się trudniejsze technicznie do przeprowadzenia. Bliskość budynku, płotów, drogi oraz linii energetycznych spowodowała, że konieczna będzie akcja z użyciem podnośnika koszowego.
U nas na południowomazowieckiej prowincji znaleźć ekipę z podnośnikiem wcale nie było łatwo! To znaczy nie było trudno jej znaleźć, ale trudno było umówić się na termin, bo sprzętu niewiele, a zleceń innych dużo! Umawiałem się z gościem od listopada, aż pod koniec stycznia, dokładnie 23, udało się spotkać i wykonać robotę! Teraz mam o 6 drzew mniej, ale inne mają więcej miejsca i światła do wzrostu. No i trochę opału do kominka będzie!!!
piątek, 22 listopada 2019
Jesień 2019
Jesień ma się na ukończeniu. Za parę dni Andrzejki, a za dwa tygodnie Mikołajki.
W tym okresie częściej siedzimy w mieście.
Dużo zajęć szkolnych i pozaszkolnych, jak angielski, pływalnia, akrobatyka artystyczna, nie służy wyjazdom do naszego domku.
Dobrze, że w końcówce października udało się wpaść na parę godzin i pozgrabiać liście spod drzew.
A było tego trochę! Uzbierała się dobra przyczepa.
Teraz czekamy na czas bożonarodzeniowy - na kilka dni, które będziemy mogli spędzić przy cieple kominka, w blasku świec i zapachu świeżych gałązek jedliny.
Poniżej kilka kadrów z jesiennych wypadów na wioskę.
Wdrapałem się na dach i udało mi się nawet wyczyścić komin przed sezonem grzewczym.
Brzozy, które rosną przy domu niedługo zostaną wycięte. Zapadła decyzja i nawet uzyskałem pozwolenie z gminy. Rosły przez 25 lat. Wybujały bardzo, chwieją się na wietrze, prószą listkami i rozsiewają alergeny, na które Ignaś jest uczulony. I tak zostanie jeszcze wiele innych drzew, które będą miały trochę więcej miejsca i światła dla prawidłowego wzrostu.
No i dadzą trochę materiału opałowego do kominka!
wtorek, 3 września 2019
Zniechęcenie i smutek...
Homo homini lupus est...
Czasem tak jest, że bliski człowiek potrafi zabrać radość z życia...
Wydawałoby się, że wyjazd na wieś - na przysłowiowe łono natury, to najpiękniejszy i wyczekiwany moment w życiu!
Jednakże już wiem, że chwile spędzone na swojej ulubionej wsi wcale nie muszą mieć nic wspólnego z sielanką i błogim, czy miłym nastrojem.
Szkoda, że inna bliska osoba, potrafi zelżyć, obrzucić "błotem", zabrać każdą najmniejszą radość!
Tylko dlatego, że widzi radość, miłość, beztroski śmiech dzieci i bezinteresowne zaciekawienie.
Że mimo natłoku spraw, wielu prac, codziennych obowiązków, opieki nad dziećmi - znajdujemy czas, aby przyjechać, pokosić, zagospodarować teren, uporządkować drzewa i krzewy, naprawić płoty, pomalować okna, itp, itd...
A tu leje się zwykła, polska, gorzka żółć...
Widać po minie, po spojrzeniach, po odzywkach...
Aż się przelała! Wyzwiskami, przekleństwami, strasznymi obelgami, groźbami...
One już chyba świadczą, nie tylko o złym nastawieniu, ale chyba o chorobie psychicznej... (oby NIE!)
Taki miałem "piękny prezent urodzinowy"...!
Nie wiem, jak się zachować.
Nie wiem, co robić.
Teraz nie jeżdżę.
Uciekłem!
Wpadam w przelocie, na chwilę, na krótko - kiedy jest pusto...
Nie wiem, kiedy pojadę na dłużej...
Tylko JEJ mi szkoda! Bo wiem, że czeka, wygląda, płacze, tęskni za dziećmi...
Wiem, że to nie rozwiązanie!
Wiem, że tak nie można!
Ale...
wtorek, 25 czerwca 2019
Wakacje 2019 zainaugurowane!
Lato rozpoczęliśmy spontanicznym wyjazdem, zaraz po rozdaniu wspaniałych świadectw, nad morze do uroczych i ulubionych przez nas Dębek. Pobyt, mimo że krótki, należał do wybitnie udanych i obfitujących w przygody. Odwiedziliśmy ruchowe wydmy koło Łeby i przejechaliśmy cały Półwysep Helski.
Teraz przed nami dalsza część wakacji. Zobaczymy, gdzie nas zawiedzie!
czwartek, 30 maja 2019
Wiosna 2019 - czas zacząć remontować stare płoty...
Jak z bicza strzeliło ze 20 lat od wymiany płotu, który stawiał mój tata wokół naszej posesji!
Popróchniały rygle i ogrodzenie ledwo trzyma się na tujach i żywopłocie!
Od paru lat stosowałem terapię chwilową, czyli wzmacnianie rygla inną poziomą łatą lub deską.
Niestety efekt mierny i estetyka żadna ...
Dlatego teraz postawiłem na wymianę rygli na nowe. Chociaż jedno wyremontowane przęsło w tygodniu! Wypadałby odnowić z siedem odcinków.
Dobrze, że mam już pomocnika, który chętnie mi pomaga w pracach majsterkowych.
Popróchniały rygle i ogrodzenie ledwo trzyma się na tujach i żywopłocie!
Od paru lat stosowałem terapię chwilową, czyli wzmacnianie rygla inną poziomą łatą lub deską.
Niestety efekt mierny i estetyka żadna ...
Dlatego teraz postawiłem na wymianę rygli na nowe. Chociaż jedno wyremontowane przęsło w tygodniu! Wypadałby odnowić z siedem odcinków.
Dobrze, że mam już pomocnika, który chętnie mi pomaga w pracach majsterkowych.
Nowy płotek, a prezentuje się jak ten stary! To zasługa porządnych, grubych sztachet, które doskonale wysuszone przetrwały te kilkanaście lat. Wystarczyło je delikatnie odbić, powyciągać stare gwoździe i poprzykręcać do nowych rygli! Dwie nowe sztachetki to efekt zacieśnienia przerw między deskami :-)
Na chwilę wpadli do nas "oglądacze telewizora". Ale trzeba im wybaczyć, bo Igo cierpi na dokuczliwą alergię pyłkową i trawy, brzozy i pleśnie nie są jego przyjaciółmi.
Piwnica porasta pomału winobluszczem i czeka cierpliwie na obłożenie piaskowcem...
Piaskowiec z kolei czeka cierpliwie, aby móc kiedyś obłożyć piwniczkę...
Podjazd z setki starych podkładów kolejowych też lekko się posunął. Kiedyś bale leżały kilkadziesiąt lat pod torami, a od 15 już u nas. Niestety widać na nich ząb czasu. Już koło dziesięciu wymaga wymiany, bo spróchniałe i spękane drewno rozpada się pod kołami samochodów. Czas myśleć o czymś trwalszym!
Wreszcie przyjęły się malwy. I to chyba na dobre! Szkoda tylko, że rosną tak blisko ściny piwnicy, bo przy remoncie, trzeba będzie je wykopać!
środa, 19 grudnia 2018
Debiut wędzenia świątecznych szyneczek
Wreszcie się udało!
Od kilku lat zbierałem się do tego zadania.
Zawsze jakoś tak się układało, że nie było czasu, pogody, chwili skupienia, możliwości ostatecznego przygotowania.
Tym razem zabrałem się do tego wcześniej, aby wreszcie spełnić swoje plany.
Nie chciałem wydawać pieniędzy na zakup gotowych wędzarni ogrodowych, choć Allegro "ugina się" od tego typu ofert a najtańsze kosztują ok. 300 złotych.
Kilka lat temu mój tata przywiózł mi "wynalazek", który miał pełnić funkcję wędzarni - a mianowicie bęben po starej, PRL-owskiej, kultowej pralce Frani. Stała od tamtego czasu w kącie pod płotem czekając na swoje "pięć minut". Moim zadaniem było dorobić do niej palenisko i połączyć wszystko w całość.
Pomysłów było parę, jednakże wybrałem taki, który pozwolił mi wykonać wszystko z dostępnych u siebie materiałów, aby jak najmniej dokupować i dorabiać.
Miałem prawie całą rurę spiro, kawałek płyty żeliwnej po rozebranej kuchni węglowej i kilkanaście cegieł szamotowych po piecu kaflowym mojej babci oraz jakiś blaszany dekiel. Dokupiłem jedynie kołnierz do zamontowania rury i węglarkę, która posłużyła za wnętrze paleniska, do której dorobiłem ruszt z gwoździ krokwiaków. Całość ustawiłem w ostatnią sobotę "na sucho" w swoim przydomowym lasku. Blaszaną węglarkę obłożyłem cegłami, przykryłem żeliwną taflą, wypuszczając kołnierz umożliwiający nasadzenie rury kominowej, którą połączyłem z bębnem w miejscu po wirniku pralki. Funkcję drzwiczek pełnił blaszany dekiel podparty cegiełką. Przygotowałem odpowiednie drewno - postawiłem na olchę i śliwę.
Mięsko, dzięki mojej teściowej, peklowało się już od tygodnia - 2 ładne szynki. Nie chciałem robić od razu dużo, gdyż nie byłem pewien swoich możliwości i nie chciałem zepsuć ewentualnego jedzonka.
Wczoraj wziąłem urlop i z samego ranka wybrałem się na wieś.
Rozpocząłem od rozpalenia, wyprodukowania żaru i nagrzania wędzarni.
Od kilku lat zbierałem się do tego zadania.
Zawsze jakoś tak się układało, że nie było czasu, pogody, chwili skupienia, możliwości ostatecznego przygotowania.
Tym razem zabrałem się do tego wcześniej, aby wreszcie spełnić swoje plany.
Nie chciałem wydawać pieniędzy na zakup gotowych wędzarni ogrodowych, choć Allegro "ugina się" od tego typu ofert a najtańsze kosztują ok. 300 złotych.
Kilka lat temu mój tata przywiózł mi "wynalazek", który miał pełnić funkcję wędzarni - a mianowicie bęben po starej, PRL-owskiej, kultowej pralce Frani. Stała od tamtego czasu w kącie pod płotem czekając na swoje "pięć minut". Moim zadaniem było dorobić do niej palenisko i połączyć wszystko w całość.
Pomysłów było parę, jednakże wybrałem taki, który pozwolił mi wykonać wszystko z dostępnych u siebie materiałów, aby jak najmniej dokupować i dorabiać.
Miałem prawie całą rurę spiro, kawałek płyty żeliwnej po rozebranej kuchni węglowej i kilkanaście cegieł szamotowych po piecu kaflowym mojej babci oraz jakiś blaszany dekiel. Dokupiłem jedynie kołnierz do zamontowania rury i węglarkę, która posłużyła za wnętrze paleniska, do której dorobiłem ruszt z gwoździ krokwiaków. Całość ustawiłem w ostatnią sobotę "na sucho" w swoim przydomowym lasku. Blaszaną węglarkę obłożyłem cegłami, przykryłem żeliwną taflą, wypuszczając kołnierz umożliwiający nasadzenie rury kominowej, którą połączyłem z bębnem w miejscu po wirniku pralki. Funkcję drzwiczek pełnił blaszany dekiel podparty cegiełką. Przygotowałem odpowiednie drewno - postawiłem na olchę i śliwę.
Mięsko, dzięki mojej teściowej, peklowało się już od tygodnia - 2 ładne szynki. Nie chciałem robić od razu dużo, gdyż nie byłem pewien swoich możliwości i nie chciałem zepsuć ewentualnego jedzonka.
Wczoraj wziąłem urlop i z samego ranka wybrałem się na wieś.
Rozpocząłem od rozpalenia, wyprodukowania żaru i nagrzania wędzarni.
Kiedy już pięknie się żarzyło nadszedł czas na zapakowanie szynek do bębna.
I około godziny jedenastej rozpocząłem kilkugodzinny proces wędzenia.
Po trzech godzinach mięsko już miało piękny złoty kolor.
Po kolejnych trzech, czyli razem sześciu godzinach wędzenie zakończyłem,
a przez kolejne dwie zaparzałem wędliny w gorącej wodzie pilnując, aby temperatura nie wzrosła powyżej 80 stopni C.
O godziny 19tej był koniec - szyneczki wyjęte do obsuszenia i wystygnięcia.
Zostało jedynie pozmywać garnki, wykąpać się, bo pachniałem jak trzecia szynka i wracać do Radomia, do żony i dzieci ciekawych moich kulinarnych wyczynów.
Jeszcze nie próbowaliśmy, ale jeśli wyszło smakowicie, to myślę, że kolejny raz będzie już łatwiejszy!
Myślę, że wynalazek spełnił swoją funkcję pozwalając zaoszczędzić kilka złotych i wyprodukować swojskie jadło!
Życzę Wam wspaniałych, rodzinnych, błogosławionych Świąt
pachnących choinką
i choć trochę smakowitą wędzonką ... :-)
piątek, 23 listopada 2018
I lato, i jesień, i zaraz zima 2018
Lato minęło bezpowrotnie...
Złota jesień również...
Teraz trwa ta niezłota, zimna, wietrzna, pluchowata...
Parę dni temu spadł już pierwszy śnieg... I zima za pasem!
Dobrze, że dzień wcześniej pograbiłem liście i skosiłem ostatnią trawę.
Słonko tak jaskrawie świeciło, że nic nie zapowiadało niedzielnej śnieżycy.
Tonia dzielnie pomagała mi w pracy, a Ignaś biegał z aparatem uwieczniając nas na fotografiach.
Kilka dni temu obchodziliśmy 100-lecie odzyskania niepodległości.
Tradycyjnie już nie mogło nas zabraknąć na uroczystościach.
Urosła mi już ta moja gwardia!
Kocham ten czas, kiedy możemy uciec z miasta i wolne chwile spędzać na wsi grzejąc się przy kominku w blasku migoczącego ognia...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































