środa, 2 marca 2011

Spotkanie z Drugim Aniołem Bieszczadzkim...

Wydarzyło się to latem 2005 roku...
Wracaliśmy z żoną wieczorem Małą Obwodnicą bieszczadzką na kwaterę.
Prowadziłem auto, a Iwona umilała czas czytaniem ciekawostek o okolicy z przewodnika.
Łopienka - niegdyś duża, pięknie położona wieś, która słynęła z sanktuarium, pielgrzymek, miejsca kultu, itd. ...
Pojedziemy, zobaczymy - jesteśmy o rzut beretem - jedziemy w stronę Terki...
Dukt twardy, ubity, bez dziur... nasz samochód nie Jeep, ale może dojedziemy...

Po kilkunastu minutach przebrnęliśmy przez las i naszym oczom ukazała się piękna dolinka, którą zdobiły zabudowania kościelne - stara kamienna kapliczka, świeżo remontowany kościół i właśnie wznoszona rekonstruowana dzwonnica drewniana.
Zastaliśmy tam jednego człowieka - dozorcę placu i sprzętu budowlanego cieśli od dzwonnicy.
Ucieszył się na nasz widok, bo od kilku dni był sam na tym pustkowiu w środku lasu - ekipa robotników pojechała na odpoczynek w rodzinne strony.
Oprowadził nas po obejściu, otworzył kościół, pokazał ołtarz...
Kiedy już żegnaliśmy się z sympatycznym Panem, rzucił nagle pytanie:
"A nie chcecie czasami kotka?"
Jakiego kotka?
On na to: "kici, kici..." i z zarośli obok kościółka wybiegł, z ogonkiem w górze, piękny młody kot syjamski o ładnej szarosiwej maści...
Skąd tu taki rasowy zwierzak...?
Wyglądał na bardzo przyjacielskiego i oswojonego. Przybiegł do nas, łasił się do nóg, dał się głaskać i brać na ręce.
Pan wyjaśnił: "Dwa dni temu przyjechali tu tacy młodzi ludzie, jak wy. Był z nimi... Chodzili, oglądali... Nagle kot uciekł im miałcząc w krzaki. Szukali, biegali, wołali i nic... Zwierzak zapadł się jak kamień w wodę... Płakali, nie wiedzieli, co robić, wracać, czy nie. Spędzili tu cały wieczór czekając na niego. I nic! Więc odjechali. Zdążyli schować się za zakręt, a ten łobuz wylazł spod łopianu i teraz mam go na głowie..."
Spojrzeliśmy z żoną po sobie - kot piękny, młody, samotny, opiekun chętny do podarunku...
Zabierzemy!
Zawołałem tradycyjnie "kici, kici...!" Przybiegł, łasi się. Wziąłem go na ręce i wsadziłem do samochodu.
I rozpętało się piekło...
Kot zjeżył się cały, zaczął prychać i "latać" jak oszalały po całym wnętrzu auta - skacząc po desce rozdzielczej, fotelach, tylnym podszybiu, uderzał głową w szyby, jakby chciał wybić okno i wyskoczyć na zewnątrz. Zakryliśmy głowy rękami, żeby nas nie podrapał i nie wiedzieliśmy, co robić?
Kot szalał coraz bardziej. Zrezygnowany otworzyłem drzwi i kot natychmiast wyskoczył z samochodu na leśną drogę.
Ale nie uciekł... To było dla mnie najdziwniejsze!
Momentalnie się uspokoił, usiadł i spokojnie patrzył się na nas - nie spuszczając z nas wzroku.
Wysiadłem, zrobiłem dwa kroki w jego stronę.
Ale on już nie chciał, żebym się zbliżał... Odbiegł kilka kroków i znów przycupnął.
Jakby chciał powiedzieć: "Fajni jesteście, ale mnie tu dobrze... Nie chcę stad wyjeżdżać, mnie tu dobrze! Tu mój DOM!"

Zrozumiałem, że to ma jakiś inny sens.
Spojrzałem na kościół, dolinę, miejsce po wsi... Tu żyli kiedyś ludzie... Wyrwani stąd nagle, wygnani, zabici...
A zwierzęta, koty - mają jakieś INNE połączenia z tamtym ŚWIATEM...
Może jak ten kot tu przybył, to KOGOŚ spotkał...?
I został - na zawsze...

A może to przypadek...
A może tylko przekorna kocia natura...

A może Anioł Bieszczadzki...

6 komentarzy:

Unknown pisze...

Piękna opowieść. Dziękuję.

Aleksandra Stolarczyk pisze...

bardzo ciekawa opowieść-dziekuję

Aga pisze...

Heh.. Super :)

Zosia pisze...

Ladne zjecia. Bede wpadac. Pozdrowienia.

amelia10 pisze...

Pieknie tu u Was! Weszlam na chwilke na Wasza strone, ale po przeczytaniu wszystkiego jednym tchem, zauroczona, pozostane... bo to wszystko o czym piszesz jakze bliskie jest mojemu sercu.
Ciesze sie zawsze spotykajac ludzi, kochajacych wiejskie zycie i stare domy. To moje klimaty!
A opowiesc o Bieszczczadzkim Aniele niezwykle piekna.
Pozdrawiam serdecznie.

malga pisze...

Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twoją stronę. Są tu piękne zdjęcia, Bieszczady, ciekawe opowieści, a przede wszystkim Kochający Ludzie. Będę do Was zaglądać.
Pozdrawiam serdecznie, Małgorzata.