Pisałem niedawno o moim dziadku Lolku - nie o tym od młyna, ale drugim - jak to się mówi, po kądzieli.
Mimo, że nie miałem szczęścia go poznać - zżyty z NIM jestem bardzo.
Uważam, że to po nim jestem, jaki jestem.
Kocham podróże, piękne miejsca, spokój, biwak, góry, las...
Ja nieźle znam Polskę - szczególnie południe - Bieszczady, Pieniny, Gorce, Beskid Sądecki, Żywiecki, Karkonosze...
Ale jak wspomnę, co widział dziadziuś - radomski strażak, wodniak, marynarz - niemal 80 lat temu, to moje podróże przy tym to PIKUŚ ...
I to pismo ... kaligraficzne, o którym dzisiaj tylko wspomnienia...
środa, 16 marca 2011
niedziela, 13 marca 2011
Wiosna zawitała w pobliże Zyfertowego Młyna..., a ja z namiastką aparatu w kieszeni!
Zajechałem na wieś.
Ciepło. Temperatura 15 st. C.
Ptaki ćwierkały. Słoneczko przygrzewało.
Otworzyłem drzwi auta i prawie nadepnąłem na młodą, śliczną stokrotkę.
Jeszcze maleńka. Na krótkiej nóżce - ALE JEST.
Mały rekonesans po terenie i znalazłem kilka innych oznak nadchodzącej wiosny:
nieśmiały krokusik (przy moim "młyńskim" stole) i grupka białych przebiśniegów pod świerkami...
Zima ma swój urok...
Ale wiosna i lato - jest super!
Serce me się raduje...!
Nie zabrałem ze sobą aparatu - dobrze, że choć telefony mają jego namiastkę...
Ciepło. Temperatura 15 st. C.
Ptaki ćwierkały. Słoneczko przygrzewało.
Otworzyłem drzwi auta i prawie nadepnąłem na młodą, śliczną stokrotkę.
Jeszcze maleńka. Na krótkiej nóżce - ALE JEST.
Mały rekonesans po terenie i znalazłem kilka innych oznak nadchodzącej wiosny:
nieśmiały krokusik (przy moim "młyńskim" stole) i grupka białych przebiśniegów pod świerkami...
Zima ma swój urok...
Ale wiosna i lato - jest super!
Serce me się raduje...!
Nie zabrałem ze sobą aparatu - dobrze, że choć telefony mają jego namiastkę...
poniedziałek, 7 marca 2011
Artefakty rodzinne...
Zawsze kochałem stare przedmioty...
Szczególnie te rodzinne...
Nie zapomnę, jak gniewałem się na moją kochaną mamę za to, że WYRZUCIŁA na śmietnik stare, piękne, aczkolwiek niegrające radio retro..., które należało do jej rodziców!!!
Od tamtego czasu wie, że zanim coś wyrzuci trzeba się mnie spytać...
I w ten sposób obrastam w rodzinne fetysze, które stają się ozdobą mojego domu...
Nieobliczalny sentyment mam do przedmiotów, które należały do mojego dziadka Leona...
Nigdy GO nie znałem - zmarł na serce na długo przed moimi urodzinami...
Ale dzięki opowieściom mojej mamy i miłości, jaką ona do niego żywiła - wydaje mi się, jakbym znał go od zawsze...
Radomski strażak, marynarz, "wodniak" - cudny człowiek!
Przed wojną (i krótko po niej - do '48) pływał na Batorym i Pułaskim...
Odwiedził podczas rejsów Genuę, Neapol, Nowy Jork, Rio de Janeiro... i wiele innych cudnych miejsc - o których ja wiem tylko z telewizji...
Z tamtych lat zostały pocztówki, które wysyłał do swojej młodej żony oraz kochanej siostry i matki.
Teraz cieszą moje oczy widoki wspaniałych fotografii (o niesamowitej jakości wykonania) przedstawiające tamte miejsca, a na odwrocie przepiękna przedwojenna kaligrafia mojego dziadka i czułe słowa do rodziny...
Lubię też inne rzeczy:
Jego stary pogrzebacz od pieca kaflowego... służy do grzebania w moim kominku...
Szczególnie te rodzinne...
Nie zapomnę, jak gniewałem się na moją kochaną mamę za to, że WYRZUCIŁA na śmietnik stare, piękne, aczkolwiek niegrające radio retro..., które należało do jej rodziców!!!
Od tamtego czasu wie, że zanim coś wyrzuci trzeba się mnie spytać...
I w ten sposób obrastam w rodzinne fetysze, które stają się ozdobą mojego domu...
Nieobliczalny sentyment mam do przedmiotów, które należały do mojego dziadka Leona...
Nigdy GO nie znałem - zmarł na serce na długo przed moimi urodzinami...
Ale dzięki opowieściom mojej mamy i miłości, jaką ona do niego żywiła - wydaje mi się, jakbym znał go od zawsze...
Radomski strażak, marynarz, "wodniak" - cudny człowiek!
Przed wojną (i krótko po niej - do '48) pływał na Batorym i Pułaskim...
Odwiedził podczas rejsów Genuę, Neapol, Nowy Jork, Rio de Janeiro... i wiele innych cudnych miejsc - o których ja wiem tylko z telewizji...
Z tamtych lat zostały pocztówki, które wysyłał do swojej młodej żony oraz kochanej siostry i matki.
Teraz cieszą moje oczy widoki wspaniałych fotografii (o niesamowitej jakości wykonania) przedstawiające tamte miejsca, a na odwrocie przepiękna przedwojenna kaligrafia mojego dziadka i czułe słowa do rodziny...
Lubię też inne rzeczy:
Jego stary pogrzebacz od pieca kaflowego... służy do grzebania w moim kominku...
Maglownica, prasująca jego pościel i obrusy jest teraz ozdobą mojego parapetu...
niedziela, 6 marca 2011
Senny zakątek
Zima się znów obudziła...
Marzec od kilku dni...
Słoneczko z zeszłego tygodnia przypomniało, że wiosna idzie..., a tu wietrzysko, zadymka, mrozik...
Moje koło młyńskie pewnie już tęski za wiosennymi spotkaniami "przy okrągłym stole"...
A tymczasem przysypane śniegiem jeszcze drzemie...
Marzec od kilku dni...
Słoneczko z zeszłego tygodnia przypomniało, że wiosna idzie..., a tu wietrzysko, zadymka, mrozik...
Moje koło młyńskie pewnie już tęski za wiosennymi spotkaniami "przy okrągłym stole"...
A tymczasem przysypane śniegiem jeszcze drzemie...
czwartek, 3 marca 2011
Tablica pamiątkowa...
Jak mówił mi kiedyś mój dziadek - właśnie wówczas, właścicel Pan Zyfert, przeprowadził duży remont swojego majątku - stawów i młyna...
Szkoda, że wojna wszystko zniweczyła... nawet jego...
Od tego czasu sporo upłynęło wody w Szabasówce, wiele razy staw pokrywał lód...
Ale młyn stoi!
Groble tylko trochę wodę gubią..., pewnie korytarzami po korzeniach z olbrzymich drzew, których już nie ma...
Szkoda, że wojna wszystko zniweczyła... nawet jego...
Od tego czasu sporo upłynęło wody w Szabasówce, wiele razy staw pokrywał lód...
Ale młyn stoi!
Groble tylko trochę wodę gubią..., pewnie korytarzami po korzeniach z olbrzymich drzew, których już nie ma...
środa, 2 marca 2011
Spotkanie z Drugim Aniołem Bieszczadzkim...
Wydarzyło się to latem 2005 roku...
Wracaliśmy z żoną wieczorem Małą Obwodnicą bieszczadzką na kwaterę.
Prowadziłem auto, a Iwona umilała czas czytaniem ciekawostek o okolicy z przewodnika.
Łopienka - niegdyś duża, pięknie położona wieś, która słynęła z sanktuarium, pielgrzymek, miejsca kultu, itd. ...
Pojedziemy, zobaczymy - jesteśmy o rzut beretem - jedziemy w stronę Terki...
Dukt twardy, ubity, bez dziur... nasz samochód nie Jeep, ale może dojedziemy...
Po kilkunastu minutach przebrnęliśmy przez las i naszym oczom ukazała się piękna dolinka, którą zdobiły zabudowania kościelne - stara kamienna kapliczka, świeżo remontowany kościół i właśnie wznoszona rekonstruowana dzwonnica drewniana.
Zastaliśmy tam jednego człowieka - dozorcę placu i sprzętu budowlanego cieśli od dzwonnicy.
Ucieszył się na nasz widok, bo od kilku dni był sam na tym pustkowiu w środku lasu - ekipa robotników pojechała na odpoczynek w rodzinne strony.
Oprowadził nas po obejściu, otworzył kościół, pokazał ołtarz...
Kiedy już żegnaliśmy się z sympatycznym Panem, rzucił nagle pytanie:
"A nie chcecie czasami kotka?"
Jakiego kotka?
On na to: "kici, kici..." i z zarośli obok kościółka wybiegł, z ogonkiem w górze, piękny młody kot syjamski o ładnej szarosiwej maści...
Skąd tu taki rasowy zwierzak...?
Wyglądał na bardzo przyjacielskiego i oswojonego. Przybiegł do nas, łasił się do nóg, dał się głaskać i brać na ręce.
Pan wyjaśnił: "Dwa dni temu przyjechali tu tacy młodzi ludzie, jak wy. Był z nimi... Chodzili, oglądali... Nagle kot uciekł im miałcząc w krzaki. Szukali, biegali, wołali i nic... Zwierzak zapadł się jak kamień w wodę... Płakali, nie wiedzieli, co robić, wracać, czy nie. Spędzili tu cały wieczór czekając na niego. I nic! Więc odjechali. Zdążyli schować się za zakręt, a ten łobuz wylazł spod łopianu i teraz mam go na głowie..."
Spojrzeliśmy z żoną po sobie - kot piękny, młody, samotny, opiekun chętny do podarunku...
Zabierzemy!
Zawołałem tradycyjnie "kici, kici...!" Przybiegł, łasi się. Wziąłem go na ręce i wsadziłem do samochodu.
I rozpętało się piekło...
Kot zjeżył się cały, zaczął prychać i "latać" jak oszalały po całym wnętrzu auta - skacząc po desce rozdzielczej, fotelach, tylnym podszybiu, uderzał głową w szyby, jakby chciał wybić okno i wyskoczyć na zewnątrz. Zakryliśmy głowy rękami, żeby nas nie podrapał i nie wiedzieliśmy, co robić?
Kot szalał coraz bardziej. Zrezygnowany otworzyłem drzwi i kot natychmiast wyskoczył z samochodu na leśną drogę.
Ale nie uciekł... To było dla mnie najdziwniejsze!
Momentalnie się uspokoił, usiadł i spokojnie patrzył się na nas - nie spuszczając z nas wzroku.
Wysiadłem, zrobiłem dwa kroki w jego stronę.
Ale on już nie chciał, żebym się zbliżał... Odbiegł kilka kroków i znów przycupnął.
Jakby chciał powiedzieć: "Fajni jesteście, ale mnie tu dobrze... Nie chcę stad wyjeżdżać, mnie tu dobrze! Tu mój DOM!"
Zrozumiałem, że to ma jakiś inny sens.
Spojrzałem na kościół, dolinę, miejsce po wsi... Tu żyli kiedyś ludzie... Wyrwani stąd nagle, wygnani, zabici...
A zwierzęta, koty - mają jakieś INNE połączenia z tamtym ŚWIATEM...
Może jak ten kot tu przybył, to KOGOŚ spotkał...?
I został - na zawsze...
A może to przypadek...
A może tylko przekorna kocia natura...
Wracaliśmy z żoną wieczorem Małą Obwodnicą bieszczadzką na kwaterę.
Prowadziłem auto, a Iwona umilała czas czytaniem ciekawostek o okolicy z przewodnika.
Łopienka - niegdyś duża, pięknie położona wieś, która słynęła z sanktuarium, pielgrzymek, miejsca kultu, itd. ...
Pojedziemy, zobaczymy - jesteśmy o rzut beretem - jedziemy w stronę Terki...
Dukt twardy, ubity, bez dziur... nasz samochód nie Jeep, ale może dojedziemy...
Po kilkunastu minutach przebrnęliśmy przez las i naszym oczom ukazała się piękna dolinka, którą zdobiły zabudowania kościelne - stara kamienna kapliczka, świeżo remontowany kościół i właśnie wznoszona rekonstruowana dzwonnica drewniana.
Zastaliśmy tam jednego człowieka - dozorcę placu i sprzętu budowlanego cieśli od dzwonnicy.
Ucieszył się na nasz widok, bo od kilku dni był sam na tym pustkowiu w środku lasu - ekipa robotników pojechała na odpoczynek w rodzinne strony.
Oprowadził nas po obejściu, otworzył kościół, pokazał ołtarz...
Kiedy już żegnaliśmy się z sympatycznym Panem, rzucił nagle pytanie:
"A nie chcecie czasami kotka?"
Jakiego kotka?
On na to: "kici, kici..." i z zarośli obok kościółka wybiegł, z ogonkiem w górze, piękny młody kot syjamski o ładnej szarosiwej maści...
Skąd tu taki rasowy zwierzak...?
Wyglądał na bardzo przyjacielskiego i oswojonego. Przybiegł do nas, łasił się do nóg, dał się głaskać i brać na ręce.
Pan wyjaśnił: "Dwa dni temu przyjechali tu tacy młodzi ludzie, jak wy. Był z nimi... Chodzili, oglądali... Nagle kot uciekł im miałcząc w krzaki. Szukali, biegali, wołali i nic... Zwierzak zapadł się jak kamień w wodę... Płakali, nie wiedzieli, co robić, wracać, czy nie. Spędzili tu cały wieczór czekając na niego. I nic! Więc odjechali. Zdążyli schować się za zakręt, a ten łobuz wylazł spod łopianu i teraz mam go na głowie..."
Spojrzeliśmy z żoną po sobie - kot piękny, młody, samotny, opiekun chętny do podarunku...
Zabierzemy!
Zawołałem tradycyjnie "kici, kici...!" Przybiegł, łasi się. Wziąłem go na ręce i wsadziłem do samochodu.
I rozpętało się piekło...
Kot zjeżył się cały, zaczął prychać i "latać" jak oszalały po całym wnętrzu auta - skacząc po desce rozdzielczej, fotelach, tylnym podszybiu, uderzał głową w szyby, jakby chciał wybić okno i wyskoczyć na zewnątrz. Zakryliśmy głowy rękami, żeby nas nie podrapał i nie wiedzieliśmy, co robić?
Kot szalał coraz bardziej. Zrezygnowany otworzyłem drzwi i kot natychmiast wyskoczył z samochodu na leśną drogę.
Ale nie uciekł... To było dla mnie najdziwniejsze!
Momentalnie się uspokoił, usiadł i spokojnie patrzył się na nas - nie spuszczając z nas wzroku.
Wysiadłem, zrobiłem dwa kroki w jego stronę.
Ale on już nie chciał, żebym się zbliżał... Odbiegł kilka kroków i znów przycupnął.
Jakby chciał powiedzieć: "Fajni jesteście, ale mnie tu dobrze... Nie chcę stad wyjeżdżać, mnie tu dobrze! Tu mój DOM!"
Zrozumiałem, że to ma jakiś inny sens.
Spojrzałem na kościół, dolinę, miejsce po wsi... Tu żyli kiedyś ludzie... Wyrwani stąd nagle, wygnani, zabici...
A zwierzęta, koty - mają jakieś INNE połączenia z tamtym ŚWIATEM...
Może jak ten kot tu przybył, to KOGOŚ spotkał...?
I został - na zawsze...
A może to przypadek...
A może tylko przekorna kocia natura...
A może Anioł Bieszczadzki...
niedziela, 27 lutego 2011
Cudowny pobyt na wsi...

Jak mawia Ignaś: "Ojej! Caaała nasa lodzinaaa!"
Cała nasza rodzina spędziła uroczy weekend na wsi.
Pobyt upłynął w charakterze spacerów, zabaw na śniegu i robieniu zdjęć...
Cała nasza rodzina spędziła uroczy weekend na wsi.
Pobyt upłynął w charakterze spacerów, zabaw na śniegu i robieniu zdjęć...
W piątek wieczorem, zaraz po przyjeździe, Filip zatęsknił za bajką - tradycyjna pora wieczorynki dla maluchów - i mówi: "Tata, włączysz nam bajkę?"
Ja nie zdążyłem zareagować, a mały Igo szybo "wypalił":
"A widzis tu gdzieś telewizol?"
Wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem, a chłopcy od razu zapomnieli o bajkach, na 3 dni! (mimo, że w rezerwie miałem komputer, jakby chęć "bajkowania" była bardzo silna).
Najpierw pomagali mi rozpalić w kominku, a później ustawili swoje małe krzesełka przed rozświtloną ogniem szybą i siedzieli wpatrzeni w płomienie grzejąc dłonie.
Po kilkunastu minutach pobiegli na poddasze, gdzie szybciej robi się ciepło (bo odprowadzone jest ciepło z czopucha kominka) i gdzie mają urządzony swój dziecięcy kącik - książki, kolorowanki, narzędzia, samochody... Tam po krótkiej zabawie "temperatura" zrobiła z nich "ciepłe kluseczki" i szybko zasnęli...
A o 6.30 rano w sobotę Ignaś skoro tylko otworzył swe wielkie, niebieskie oczy zakomunikował: "Wstawaj tata, jus jest dzień! Idziemy na dwól"
Ledwo udało się go namówić na szybkie śniadanie. Jak tylko skończyli jeść, ubierali się na wyścigi, kto pierwszy. To był męski spacer - mama została z małą Tosią w domu, bo miała mały kaszelek, a pogoda nie była za piękna - spory mróz i wiatr do tego. Dziewczyny pilnowały domowego ogniska - dosłownie i w przenośni...
Wybraliśmy się tradycyjnie w stronę młyna, ale dzisiaj naszym celem było źródełko na "Dymarkach"...
"Dymarki" to określenie miejsca - tak mawiają o nim okoliczni mieszkańcy.
Położone jest kilkaset metrów za wsią, jeszcze spory kawałek drogi przez las za młynem. Leżące jest na skłonie terenu ciągnącym się od duktu pod lasem do samej rzeki. Dno rzeki w tym miejscu ma rdzawy kolor od złóż rudy żelaza, w które bogaty był tu teren. Podobno w dawnych czasach, znajdowaly się to kopalnie rudy i było tu miejsce wytopu żelaza w prymitywnych piecach hutniczych, zwanych dymarkami. Wypływa tu źródło znane u miejscowych ze smacznej i czystej wody (podobno nawet leczniczej). Kilku mieszkańców parę lat temu obudowało źródełko, żeby nikt go nie zanieczyszczał, i żeby łatwiej nabierać wodę do butelek.
Latem i wczesną jesienią teren ten jest bardziej urokliwy - tuż przy źródle rośnie okazały dąb czerwonolistny, a w bliskim sąsiedztwie znajdują się wrzosowiska i porastają kępy jeżyn. Wypływająca z Dymarek woda tworzy małe bagienko ciągnące się przez kilkadziesiąt metrów do rzeki. Podobno znaleźć tam można nawet owadożerną rosiczkę.
Tam właśnie wybraliśmy się z chłopcami.
Po drodze, spotkaliśmy pod Zyfertowym Młynem, kota należącego do Pana Leszka. I mieliśmy juz towarzystwo na cały spacer - nie odstępował nas ani na krok...
A Filip i Ignaś mieli z niego super uciechę. Szczególnie jak dla zabawy wskakiwał niemalże na każde napotkane większe drzewo...
Kiedy wróciliśmy - opowiadaniom nie było końca.
Mama zrobiła chłopcom ciepłej herbaty z cytryną i uprażyła popcornu.
A zimne ręce, buty i rękawiczki suszyły się przy cieple rozgrzanego kominka...
A oto kilka kadrów z tej wyprawy:
Najpierw musimy przekroczyć rzeczkę...
"Igo, nie bój się kotka, zobacz jak się łasi tacie do nóg..."
Filip pierwszy, Igo drugi, kot trzeci...
A w domku ciepły popcorn i herbata...
A oto kilka kadrów z tej wyprawy:
Najpierw musimy przekroczyć rzeczkę...
Koło młyna czekał na nas kot Pana Leszka...
Filip miał super zabawę, ale Igo wolał się patrzeć z pewnej odległości...
"Igo, nie bój się kotka, zobacz jak się łasi tacie do nóg..."
Kot ruszył w ślad za nami...
Kto pierwszy do źródełka?
A w domku ciepły popcorn i herbata...
czwartek, 24 lutego 2011
Polecam
http://www.pozamiastem.com
Wspaniale teksty, zdjęcia i siedlisko autorstwa Pana Mieczyslawa Pocobejo.
Wspaniale teksty, zdjęcia i siedlisko autorstwa Pana Mieczyslawa Pocobejo.
środa, 23 lutego 2011
Wspomnienie o Bieszczadzkich Aniołach...
Ferie dobiegają końca..., a ja wdrażam się do nowej pracy!
Wyjechać w tej chwili się nie da... Dzieci, obowiązki, brak funduszy...
Minus 15 stopni spędza sen z powiek, czy na działce nie zamarzną rury, jak nie pojadę o dzień za długo...
W sobotę, jak odjeżdżałem, było wewnatrz 23 stopnie. Dziś środa. Ciekawe ile na termometrze...?
Siedzę, myślę, martwię się ... i wspominam...
Bieszczady...
Wyjechać w tej chwili się nie da... Dzieci, obowiązki, brak funduszy...
Minus 15 stopni spędza sen z powiek, czy na działce nie zamarzną rury, jak nie pojadę o dzień za długo...
W sobotę, jak odjeżdżałem, było wewnatrz 23 stopnie. Dziś środa. Ciekawe ile na termometrze...?
Siedzę, myślę, martwię się ... i wspominam...
Bieszczady...
Z małym synkiem Filipem gdzieś pomiędzy Połoniną Caryńską, a schroniskiem Koliba na przełęczy Przysłup Caryński...
Pasmo Otrytu, dzikie ostępy. Schodzimy z Chaty Socjologa ścieżką pełną świeżych tropów jeleni i dzików...
Troje "transcendentalnych wędrowców" zmierza do schroniska "Pod Małą Rawka"...
Hurra! Zdobyliśmy Połoninę Caryńską! Trochę wieje...!
"Strzyga Skrzydlata w Bezruchu Bynajmniej" (od nazwy rzeźby obejrzanej na wystawie w galerii "Synagoga" w Lesku) przedziera się wzdłuż potoku Caryńczyk do ruin sanktuarium i cmentarza... na spotkanie z Bieszczadzkimi Aniołami... Wyszły nam naprzeciw...
Kiedy weszliśmy za ogrodzenie cmenarza coś się wydarzyło...
Z początku na to nie zwróciłem uwagi. Chodziłem w tą i z powrotem robiąc zdjęcia, to wchodząc na teren cmentarza, to wychodząc. Jak widać na fotografii był piękny, słoneczny dzień. Na niebie żadnej chmurki.
W pewnym momencie żona (która cierpi na niemożliwą podzielność uwagi - w odróżnieniu ode mnie) podeszła do mnie i spytała: "Widzisz, co się dzieje?"
Nie wiedziałem, o co jej chodzi. "Posłuchaj, co się dzieje, jak wchodzisz na cmentarz!"
I wtedy zrozumiałem... Jak tylko przekraczałem pozostałości ogrodzenia, drzewa zaczynały szumieć, jakby zrywał się wiatr!
Włosy na nieogolonej brodzie stanęły mi dęba!
Stwierdziłem, że ONI już nie chcą, abym fotgrafował... Wystarczy!
"Żegnajcie! Zostańcie w spokoju! Wychodzimy..."
W ciszy i ze zjeżonymi włosami zaczęliśmy wracać przez chaszcze na główny szlak.
W pewnym momencie stwierdziłem, że nie mam osłonki na obiektyw! A jak wychodziliśmy z cmentarza, zasłoniłem obiektyw!
Zginęła na kilkudziesięciometrowym odcinku ścieżki! Wróciłem...Niepewnie i powoli... Pewnie spadła, strącona przez badyle..., kiedy aparat dryndał mi na ramieniu...
Doszedłem do miejsca pod ogrodzeniem, gdzie się pakowałem. Nie było! Przepadła! Jak kamień w wodę!
Jak wyszliśmy na drogę biegnącą do schroniska Koliba, po wietrze nie było śladu...
Może to był tylko wiatr, może to był tylko przypadek...
A może Bieszczadzkie Anioły...
I jedno ze zdjęć wówczas zrobionych...
Subskrybuj:
Posty (Atom)























